Выбрать главу

— Co powiesz na to?

— Nie, dziękuję — odparłem. — Cyryl i ja nie lubimy łabędzi.

Verity ustawiła małe blaszane pudełeczko z pokrywką na fiołki w cukrze.

— Tego nikt nie kupi — stwierdziła.

— I tu się mylisz — zaprzeczyłem, odpakowując poplamiony egzemplarz „Staromodnej dziewczyny”, który umieściłem pomiędzy dwiema marmurowymi podpórkami do książek z wyrzeźbionymi podobiznami Dydony i Eneasza, następnej nieszczęśliwej pary. Czy historia nie zna żadnych słynnych kochanków, którzy pobrali się, ustatkowali i żyli długo i szczęśliwie?

— Ludzie kupią wszystko na kiermaszu staroci — powiedziałem. — Na Dobroczynnej Wencie na Ewakuowane Dzieci jedna kobieta kupiła gałąź drzewa, która spadła na stragan.

— Nie patrz teraz — ostrzegła mnie Verity, zniżając głos do szeptu — ale właśnie nadchodzi twoja przyszła.

Obejrzałem się i zobaczyłem rozpromienioną Hortensję Chattisbourne.

— Och, panie Henry — zachichotała — proszę mi pomóc przy straganie z robótkami ręcznymi — i zaciągnęła mnie do układania serwetek na meble oraz koronkowych woreczków na chustki do nosa.

— Ja to zrobiłam — oznajmiła, pokazując mi parę szydełkowych kapci w kwiatowy deseń. — Bratki. To znaczy: „Myślę o tobie”.

— Ach — powiedziałem i nabyłem zakładkę do książek z wyhaftowanym napisem: „Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Mateusz 6:19”.

— Nie, nie, nie, panie Henry — zawołała pani Mering, spadając na mnie i moją serwetkę z haftem krzyżykowym niczym jakiś barwny drapieżny ptak. — Nie tutaj jest pana miejsce. Potrzebuję pana tutaj.

Poprowadziła mnie przez trawnik, obok straganu z robótkami szydełkowymi i na drutach, obok stawu wędkarskiego, kokosowych rzutków i namiotu z herbatą do miejsca na końcu trawnika, gdzie ustawiono drewnianą piaskownicę. Baine dzielił piasek ostrzem łopatki na kwadraty wielkości stopy.

— To jest nasz Ukryty Skarb, panie Henry — oznajmiła pani Mering i podała mi stosik złożonych tekturowych kwadratów. — To są numery działek. Ma pan kilka szylingów, panie Henry?

Wyłowiłem portmonetkę i wysypałem jej zawartość na dłoń. Pani Mering rozgarnęła pieniądze.

— Trzy szylingi na mniejsze nagrody — wygrzebała trzy srebrne monety i oddała mi — a drobne akurat się przydadzą do wydawania reszty w kiosku z wyrobami wełnianymi.

Zwróciła mi pojedynczą złotą monetę.

— Będzie pan tego potrzebował — wyjaśniła — na zakupy na kiermaszu staroci.

Zdecydowanie krewna lady Schrapnell.

— Pozwolę panu wybrać kwadraty do zakopania szylingów i Głównej Nagrody — obiecała. — Proszę uważać, żeby nikt pana zobaczył. Niech pan unika narożnych kwadratów i wszystkich szczęśliwych liczb… trzy, siedem i trzynaście… ludzie zawsze najpierw je wybierają, a jeśli szybko znajdą skarby, nie zbierzemy żadnych pieniędzy na odbudowę. I niech pan unika numerów poniżej dwunastu. Dzieci zawsze wybierają swój wiek. I czternastki. Dzisiaj jest czternasty czerwca, a ludzie zawsze wybierają datę. Niech pan pilnuje, żeby kopali tylko w jednym kwadracie. Baine, gdzie jest Wielka Nagroda?

— Tutaj, jaśnie pani — odpowiedział Baine, podając jej paczkę zawiniętą w brązowy papier.

— Opłata za kopanie wynosi dwupensówkę za kwadrat albo pięć pensów za trzy kwadraty — poinstruowała mnie, rozwijając paczkę — a to jest nasza Wielka Nagroda.

Podała mi talerz z wymalowanym młynem w Iffley i napisem: SZCZĘŚLIWE WSPOMNIENIA ZNAD TAMIZY. Wyglądał zupełnie jak ten, który próbował mi sprzedać czepek w Abingdon.

— Baine, gdzie jest łopata? — zapytała pani Mering.

— Tutaj, jaśnie pani. — Podał mi łopatkę i grabie. — Do wygładzenia piasku po zakopaniu skarbu — wyjaśnił.

— Baine, która godzina? — zapytała pani Mering.

— Za pięć dziesiąta, jaśnie pani — odpowiedział Baine i myślałem, że pani Mering zemdleje.

— O, wcale nie jesteśmy gotowa! — zawołała. — Baine, idźcie pokazać staw wędkarski profesorowi Peddickowi i przynieście moją kryształową kulę. Panie Henry, nie ma czasu do stracenia. Musi pan natychmiast zakopać skarb.

Ruszyłem w stronę piasku.

— I nie dwadzieścia osiem. To był wygrany numer w zeszłym roku — Ani szesnaście. To urodziny królowej.

Odpłynęła, a ja zająłem się zakopywaniem skarbów. Baine wyłożył trzydzieści kwadratów. Po odliczeniu numerów szesnaście, dwadzieścia osiem, trzy, siedem, trzynaście, czternaście i od jednego do dwunastu, niewiele zostało do wyboru.

Rozejrzałem się bystro na wypadek, gdyby jakiś złodziej talerzy z napisem PAMIĄTKA ZNAD TAMIZY czyhał w żywopłocie, i wetknąłem trzy szylingi w kwadraty dwadzieścia dziewięć, dwadzieścia trzy i dwadzieścia sześć. Nie, ten był narożny. Dwadzieścia jeden. A potem zacząłem się zastanawiać, który kwadrat wygląda najmniej prawdopodobnie i czy zdążę przeskoczyć przed rozpoczęciem festynu żeby złożyć raport panu Dunworthy’emu.

Wciąż jeszcze nie podjąłem decyzji, kiedy dzwon w kościele Muchings End zaczął wybijać godzinę, panna Mering wydała okrzyczek i festyn oficjalnie się rozpoczął. Pospiesznie zakopałem Wielką Nagrodę pod osiemnastką i zagrabiłem teren.

— Siedem — powiedział dziecięcy głosik za moimi plecami. Odwróciłem się. To była Eglantyna Chattisbourne w różowej sukience z wielką kokardą. Trzymała wazę do zupy w kształcie liścia sałaty.

— Jeszcze nie otwarte — odparłem, zagrabiłem kilka następnych kwadratów i pochyliłem się, żeby umieścić na nich tekturowe numery.

— Chcę kopać pod numerem siedem — oświadczyła Eglantyna, pokazując mi pięciopensówkę. — Mam trzy próby. Najpierw chcę siedem. To moja szczęśliwa liczba.

Podałem jej łopatkę, a ona odstawiła sałacianą wazę i kopała przez kilka minut.

— Chcesz spróbować w następnym kwadracie? — zaproponowałem.

— Jeszcze nie skończyłam — burknęła i dalej kopała. Wreszcie wstała i zmierzyła piaskownicę taksującym wzrokiem.

— Tego nigdy nie ma w rogach — powiedziała z namysłem — i nie będzie w czternastym. To nigdy nie jest data. Dwanaście — zdecydowała w końcu. — Tyle lat będę miała w urodziny.

Znowu zaczęła kopać.

— Na pewno włożył pan nagrody? — zapytała oskarżycielskim tonem.

— Tak — potwierdziłem. — Trzy szylingi i Wielką Nagrodę.

— Może pan tylko powiedział, że je włożył — zasugerowała — a naprawdę wziął je pan dla siebie.

— Są tam — zapewniłem. — Który kwadrat wybierasz do następnej próby?

— Żaden — odparła, podając mi łopatkę. — Chcę się namyślić.

— Jak sobie panienka życzy.

Wyciągnęła rękę.

— Chcę dostać z powrotem dwa pensy. Za trzecią próbę.

Ciekawe, czy ona też jest jakoś spokrewniona z lady Schrapnell. Może Elliott Chattisbourne, pomimo wszelkich pozorów, był jednak panem C.

— Nie mam drobnych — wykręciłem się.

Odeszła obrażona, a ja ponownie zagrabiłem kwadraty, oparłem się o drzewo i czekałem na następnych klientów.

Nikt nie przyszedł. Widocznie wszyscy najpierw trafiali na kiermasz staroci. Przez pierwszą godzinę interes szedł tak marnie, że łatwo mogłem wymknąć się na skok, gdyby nie Eglantyna, która krążyła w pobliżu i deliberowała, na jaki numer ma zużyć swoją ostatnią dwupensówkę.

I nie spuszczała mnie z oka, co wyszło na jaw, kiedy wreszcie wybrała numer siedemnasty i kopała bez powodzenia.

— Myślę, że pan przenosi nagrody, kiedy nikt nie patrzy — oświadczyła, wymachując łopatką. — Dlatego pana pilnuję.