Выбрать главу

— Ale jeśli mnie pilnujesz — powiedziałem rozsądnie — to jak mogłem przenieść nagrodę?

— Nie wiem — przyznała ponuro — ale pan przeniósł. To jedyne wyjaśnienie. Zawsze jest w siedemnastym.

Teraz, kiedy skończyły jej się pieniądze, miałem nadzieję, że sobie pójdzie, ale ona wciąż sterczała przy mnie i patrzyła, jak mały chłopczyk wybiera szóstkę (jego wiek), a jego mama wybiera czternastkę (dzisiejsza data).

— Pewno pan wcale nie włożył nagród — powiedziała Eglantyna, kiedy odeszli, chłopczyk zapłakany, ponieważ nie znalazł nagrody. — Pewno pan tylko tak powiedział.

— Nie chcesz się przejechać na kucyku? — zaproponowałem. — Pan St. Trewes prowadzi tam obok Jazdę na Kucyku.

— Jazda na Kucyku jest dla dzieci — rzuciła pogardliwie.

— Byłaś już sobie powróżyć? — zapytałem.

— Tak — potwierdziła. — Wróżka powiedziała, że w przyszłości czeka mnie długa podróż.

Im szybciej, tym lepiej, pomyślałem.

— Na straganie z robótkami mają śliczne wycieraczki do piór — zachęcałem ją bezwstydnie.

— Nie chcę wycieraczki do piór — odparła. — Chcę Wielką Nagrodę.

Przez następne pół godziny obserwowała mnie sokolim wzrokiem. Po czym nadszedł profesor Peddick.

— Wygląda dokładnie jak równina pod Runnymede — oznajmił, obejmując szerokim gestem trawnik, stragany i namiot na herbatę. — Lordowie pod namiotami, z rozwiniętymi chorągwiami, czekają na przybycie króla Jana i jego orszaku.

— Skoro mowa o Runnymede — podchwyciłem — nie powinniśmy popłynąć w dół rzeki, a potem wrócić do Oksfordu, do pańskiej siostry i siostrzenicy? Na pewno za panem tęsknią.

— Bagatela! — rzucił profesor. — Jest mnóstwo czasu. Zostają na całe lato, a pułkownik zamówił srebrnego czerwono nakrapianego tancho, którego ma jutro otrzymać.

— Terence i ja możemy pana odwieźć jutro pociągiem, tylko żeby sprawdzić, co w domu, a potem pan wróci obejrzeć czerwono nakrapianego srebrnego tancho.

— Nie trzeba — zapewnił. — Maud to zaradna dziewczyna. Na pewno poradziła sobie ze wszystkim. Zresztą wątpię, czy Terence chciałby jechać teraz, kiedy się zaręczył z panną Mering. — Pokręcił głową. — Nie mogę powiedzieć, że pochwalam takie pospieszne zaręczyny. A pan jak uważa, panie Henry?

— Że małe dzieci mają duże uszy — odparłem, zerkając na Eglantynę, która stała obok Ukrytego Skarbu z rękami założonymi za plecy, wpatrując się uporczywie w kwadraty.

— Ładne stworzonko, ale nic nie wie o historii — ciągnął profesor, nie chwyciwszy aluzji. — Myślała, że Nelson stracił ramię w walce z hiszpańską Armadą.

— Będzie pan kopać? — zwróciła się do niego Eglantyna.

— Kopać? — zdziwił się profesor.

— Wykopywać skarby — wyjaśniła.

— Tak jak profesor Schliemann wykopał starożytną Troję. Fuimus Troes; fuit Ilium — zacytował profesor, sięgając po łopatkę.

— Najpierw pan musi zapłacić dwa pensy — oznajmiła Eglantyna — I wybrać numer.

— Wybrać numer? — powtórzył profesor, wyciągając dwa pensy. Doskonale. Piętnaście za dzień i rok podpisania Magna Carta. — Rzucił mi pensy. — Piętnastego czerwca 1215 roku.

— To jutro — zauważyłem. — Cóż za wspaniała okazja, żeby popłynąć do Runnymede w samą rocznicę podpisania. Możemy wysłać telegram do pańskiej siostry i bratanicy, żeby spotkały się tam z nami, i jutro rano możemy popłynąć łódką.

— Za dużo wycieczkowiczów — sprzeciwił się profesor Peddick. — Zepsują wędkowanie.

— Piętnaście to bardzo zły numer — oceniła Eglantyna. — Ja bym wybrała dziewięć.

— Masz — profesor Peddick podał jej łopatkę. — Kop za mnie.

— Mogę zatrzymać to, co znajdę? — zapytała.

— Podzielimy łupy — zaproponował profesor. — Fortuna belli semper anticipiti in loco est.

— Co dostanę za kopanie, jeśli nic nie ma w piętnastym?

— Lemoniadę i ciastka w namiocie z herbatą — obiecał profesor.

— Nic nie ma w piętnastym — mruknęła Eglantyna, ale zaczęła kopać.

— Fatalny dzień, ten piętnasty czerwca — stwierdził profesor, patrząc na nią. — Napoleon wkroczył ze swoją armią do Belgii piętnastego czerwca 1814 roku. Gdyby maszerował dalej do Ligny, zamiast zatrzymać się we Fleurus, rozdzieliłby armie Wellingtona i Bluchera i wygrałby bitwę pod Waterloo. Piętnasty czerwca, dzień, który na zawsze odmienił bieg historii.

— Mówiłam, że tego nie ma w piętnastym — powiedziała Eglantyna. — Myślę, że w żadnym niczego nie ma. Kiedy dostanę lemoniadę i ciastka?

— Zaraz, jeśli sobie życzysz.

Profesor Peddick wziął ją za ramię i poprowadził w stronę namiotu z herbatą, a ja wreszcie mogłem zameldować się u pana Dunworthy’ego.

Ruszyłem w stronę belwederku, ale nie uszedłem trzech kroków, kędy zatrzymała mnie pani Chattisbourne.

— Panie Henry — powiedziała — widział pan Eglantynę?

Wyjaśniłem, że jest w namiocie z herbatą.

— Pewnie pan słyszał radosną nowinę o zaręczynach panny Mering i pana St. Trewesa — ciągnęła.

Powiedziałem, że słyszałem.

— Zawsze uważałam, że czerwiec to cudowny miesiąc na zaręczyny, a pan, panie Henry? I tyle ślicznych dziewcząt dookoła. Nie zdziwiłabym się, gdyby pan też się zaręczył.

Powtórzyłem, że Eglantyna jest w namiocie z herbatą.

— Dziękuję — powiedziała. — Och, i jeśli pan spotka Fincha, proszę mu powiedzieć, że kończy nam się wino pasternakowe na straganie z wypiekami.

— Tak, pani Chattisbourne.

— Finch to taki cudowny kamerdyner — paplała. — Taki uważający. Wie pan, że on poszedł aż do Stowcester po placek z makiem na festyn? Każdą wolną chwilę spędza na wsi, wyszukując przysmaki na nasz stół. Wczoraj poszedł do farmera Biltona po truskawki. Jest po prostu zdumiewający. Najlepszy kamerdyner, jakiego dotąd mieliśmy, Zamartwiam się dzień i noc, że nam go ukradną.

Obawa uzasadniona w danych okolicznościach, pomyślałem. Chciałbym wiedzieć, po co Finch naprawdę poszedł do Stowcester i do farmera Biltona. I czy pani Chattisbourne wreszcie sobie pójdzie.

Poszła, ale dopiero kiedy zjawiły się rozchichotane Hortensja oraz Lilia, które wydały po dwa pensy na trójkę i trzynastkę (ich szczęśliwe liczby). Zanim pozbyłem się dziewcząt, minęło prawie pół godziny i Eglantyna mogła wrócić w każdej chwili.

Pobiegłem przez podjazd do Jazdy na Kucyku i poprosiłem Terence’a, żeby mnie zastąpił na parę minut przy Ukrytym Skarbie.

— Co miałbym robić? — Zabrzmiało to podejrzliwie.

— Podawać ludziom łopatę i inkasować dwupensówki — wyjaśniłem, pomijając osobę Eglantyny.

— Zrobię to — oświadczył Terence, przywiązując kucyka do drzewa. — Wydaje się łatwe w porównaniu z tym zajęciem. Przez całe rano zbierałem kopniaki.

— Od kucyka? — zapytałem, czujnie obserwując zwierzę.

— Od dzieci.

Pokazałem mu rozkład Ukrytego Skarbu i wręczyłem łopatkę.

— Wrócę za kwadrans — obiecałem.

— Nie musisz się spieszyć — powiedział.

Podziękowałem mu i ruszyłem w stronę belwederku. I prawie mi się udało. Przy krzewach bzu przyłapał mnie wikary i zapytał:

— Podoba się panu festyn, panie Henry?

— Ogromnie — zapewniłem. — Chciałbym…

— Czy już pan sobie powróżył?