Выбрать главу

— Nie, i jeszcze nie zdołaliśmy zajrzeć do pamiętnika — wyznałem. Verity ma nadzieję, że pan C. przyjdzie jutro na kościelny festyn.

Próbowałem sobie przypomnieć, czy miałem jeszcze coś im powiedzieć albo o coś zapytać.

— T.J., wspominałeś o poślizgu przy powrotnym skoku.

— A tak. Warder! — krzyknął w stronę konsoli, gdzie techniczka wściekle waliła w klawisze. — Już pani obliczyła poślizg?

— Przecież próbuję…

— Wiem, wiem, próbuje pani wyciągnąć Carruthersa.

— Nie — odparła — próbuję przenieść Fincha.

— To może zaczekać — oświadczył TJ. — Potrzebuję poślizgu przy powrotnym skoku Neda.

— Dobrze! — warknęła, błyskając setką serafinowych oczu. Stukała w klawisze przez pół minuty. — Trzy godziny, osiem minut.

— Trzy godziny! — wykrzyknąłem.

— Lepiej niż przy ostatnim skoku Verity — powiedział pan Dunworthy. — Ona miała dwa dni.

TJ. rozłożył ręce i wzruszył ramionami.

— Tego nie było w żadnym symie. Coś mi przyszło do głowy.

— Jaki dzisiaj dzień?

— Piątek — odpowiedział T.J.

— Zostało dziewięć dni do konsekracji — dodał w zamyśleniu pan Dunworthy. — Piątego listopada.

— Dziewięć dni! — powtórzyłem. — Dobry Boże! I pewnie strusia noga biskupa jeszcze się nie znalazła?

Pan Dunworthy pokręcił głową.

— Sprawy nie wyglądają dobrze, co, chorąży Kleppermanie?

— Z jednym wyjątkiem — oznajmił T.J., podbiegł do komputera i stuknął w klawisze. — Zrobiłem kilka scenariuszy bombardowania Berlina. — Ekrany pokazały lekko zmieniony deseń szarych smug. — Samolot zabłądził, trafienie samolotu, trafienie pilota, nawet eliminacja samolotu razem z pilotem, i nic z tego nie wpłynęło na wynik. Londyn wciąż zostaje zbombardowany.

— Też mi dobra nowina — rzucił kwaśno pan Dunworthy.

— No, zawsze to coś — powiedziałem, chociaż sam w to nie wierzyłem.

Sieć zamigotała i pojawił się Finch. Zaczekał, aż Warder podniesie zasłony, a potem ruszył prosto do pana Dunworthy’ego i oznajmił.

— Mam wspaniałe nowiny dotyczące… — Urwał i spojrzał na mnie. Zaczekam w pańskim gabinecie, sir — powiedział i wyszedł pospiesznie.

— Chcę wiedzieć, co knuje Finch — zażądałem. — Czy pan go wysłał, żeby utopił Księżniczkę Ardżumand?

— Utopił…? — powtórzył T.J. i parsknął śmiechem.

— Tak czy nie? — warknąłem. — I proszę nie mówić, że nie wolno panu powiedzieć.

— Naprawdę nie możemy ci powiedzieć, na czym polega misja Fincha — odparł pan Dunworthy — ale zapewniam cię, że Księżniczce Ardżumand nic nie grozi i że ucieszą cię rezultaty tej misji.

— Jeśli Henry wraca — rzuciła opryskliwie Warder od konsoli — muszę go wysłać teraz, żeby zacząć półgodzinne intermisje dla Carruthersa.

— Potrzebujemy informacji biegłej, jak tylko pan ją otrzyma — powiedziałem do pana Dunworthy’ego. — Spróbuję przeskoczyć dzisiaj wieczorem albo jutro.

Pan Dunworthy kiwnął głową.

— Nie mogę marnować całego dnia — syknęła Warder. — Próbuję…

— Już dobrze — rzuciłem i podszedłem do sieci.

— Na którą pana odesłać? — zapytała Warder. — Pięć minut po przejściu?

Nadzieja nagle rozkwitła we mnie niczym jedna z tęczy Wordswortha.

— Mogę wrócić wtedy, kiedy zechcę?

— Przecież to podróże w czasie — zirytowała się Warder. — Nie mogę marnować całego…

— Wpół do piątej — powiedziałem. Przy odrobinie szczęścia będę miał dwadzieścia minut poślizgu i festyn dawno się skończy.

— Wpół do piątej? — oburzyła się Warder. — Nikt nie będzie pana szukać?

— Nie — zapewniłem. — Terence ucieszy się, że nie musi wracać do Jazdy na Kucyku.

Warder wzruszyła ramionami i zaczęła nastawiać koordynaty. — Wejść do sieci — rozkazała i uderzyła w klawisz SEND. Sieć zamigotała. Poprawiłem krawat i kapelusz, po czym dziarsko wkroczyłem na festyn. Niebo wciąż było zachmurzone, więc nie poznałem po słońcu, która godzina, a zegarek był bezużyteczny, tłum jednak wydawali się przerzedzać. Na pewno było co najmniej wpół do czwartej. Podszedłem do straganu ze starociami, żeby zameldować Verity, że nie mam o czym meldować.

Nie było jej. Stragan obsługiwały Róża i Lilia Chattisbourne, które próbowały mi sprzedać srebrny młotek do cukru.

— Ona jest w namiocie z herbatą — powiedziały, ale tam też jej nie było.

Natomiast kręcił się tam Cyryl w złudnej nadziei, że ktoś upuści kanapkę, i sprawiał wrażenie, że spędził tam cały dzień. Kupiłem mu jagodziankę, a sobie brukowca i filiżankę herbaty, które zaniosłem z powrotem do Ukrytego Skarbu.

— Coś szybko wróciłeś — stwierdził Terence. — Mówiłem, żebyś się nie spieszył.

— Która godzina? — zapytałem i poczułem, że ziemia usuwa mi się spod nóg. — Mój zegarek… stanął.

— „Było to najlepsze masło” — zacytował Terence. — Pięć po dwunastej. Pewnie nie chcesz poprowadzić dla odmiany Jazdy na Kucyku? — zagadnął z nadzieją.

— Nie — powiedziałem.

Powędrował smętnie w stronę podjazdu, a ja popijałem herbatę, pogryzałem brukowca i rozmyślałem o niesprawiedliwości Losu.

To było bardzo długie popołudnie. Eglantyna, która wyżebrała od sióstr następną pięciopensówkę, spędziła większość dnia przykucnięta nad piaskiem, planując swoją strategię.

— Myślę, że w żadnym kwadracie nie ma Wielkiej Nagrody — oznajmiła, kiedy zmarnowała dwupensówkę na numer dwa.

— Jest — odparłem. — Sam ją włożyłem, czy mi wierzysz, czy nie.

— Ja panu wierzę — powiedziała. — Wielebny Arbitage widział, jak pan to robił. Ale może ktoś się zakradł i zabrał ją, kiedy nikt nie patrzył.

— Ktoś tu był przez cały czas.

— Mogli się zakraść od tyłu — wyjaśniła. — Kiedy rozmawialiśmy.

Znowu przykucnęła, a ja wróciłem do brukowca, który był nawet twardszy niż brukowiec na Modlitwie za Służbę RAF i Wencie Wypieków, i rozmyślałem o strusiej nodze biskupa.

Czy ktoś ją wyniósł od tyłu, kiedy nikt nie patrzył? Twierdziłem że nikt się na nią nie połaszczy, ale spójrzcie tylko, jakie rzeczy ludzie kupują na kiermaszach staroci. Może jednak jakiś szabrownik wygrzebał ją z gruzów. A może Verity miała rację i zabrano ją z katedry jeszcze przed nalotem. Albo była w katedrze podczas nalotu, albo jej nie było, rozmyślałem patrząc na kwadraty piasku. To jedyne dwie możliwości. I w obu przypadkach musiała gdzieś być. Ale gdzie? Pod numerem osiemnastym? Dwudziestym piątym?

O wpół do drugiej wikary przyszedł mnie zastąpić, żebym mógł „zjeść porządny lunch” i „obejrzeć festyn”. Rzeczony „porządny lunch” składał się z kanapki z pastą rybną, której połowę oddałem Cyrylowi, oraz następnej filiżanki herbaty. Potem zrobiłem obchód straganów. Wygrałem czerwony szklany pierścionek w stawie wędkarskim, kupiłem pikowany kapturek na imbryczek do herbaty, pachnidełko zrobione z pomarańczy naszpikowanej goździkami, porcelanowego krokodyla i słoik galaretki z cielęcych nóżek, powiedziałem Verity, że nie poznałem daty ani nazwiska pana C, i wróciłem do Ukrytego Skarbu. Kiedy Eglantyna nie patrzyła, zakopałem krokodyla pod numerem dziewiątym.