Выбрать главу

Popołudnie wlokło się powoli. Ludzie wybierali cztery, szesnaście, dwadzieścia jeden i dwadzieścia dziewięć, i nawet odnaleziono dwa szylingi. Eglantyna wydała resztę pieniędzy na próżno i odeszła naburmuszona. W pewnej chwili zjawił się Baine z Księżniczką Ardżumand i wepchnął mi ja w ramiona.

— Mógłby pan jej popilnować, panie Henry? — poprosił. — Pani Mering życzy sobie, żebym poprowadził kokosowe rzutki, a obawiam się że Księżniczki Ardżumand nie można zostawić samej nawet na chwilę — zakończył, mierząc ją surowym spojrzeniem.

— Znowu ten perłowy ryunkin? — zapytałem.

— Tak, sir.

Wielka skrzynia z piaskiem również nie wydawała się najlepszym miejscem dla kota.

— Czemu nie możesz przespać całego dnia na wystawie robótek, ten cętkowany kot na kiermaszu staroci Narodzenia Maryi Dziewicy? — zapytałem ją.

— Mouę — odpowiedziała i potarła nosem o moją dłoń.

Pogłaskałem ją, myśląc, jaka szkoda, że nie utonęła i nie osiągnęła nieistotności, żeby sieć zamknęła się przede mną, kiedy próbowałem zwrócić, i żebym mógł ją zatrzymać.

Oczywiście tak naprawdę nie mógłbym jej zatrzymać. Porwałby ją jakiś miliarder, a jeden kot nie zastąpi całego wymarłego gatunku, nawet przez klonowanie. A jednak, rozmyślałem drapiąc ją za uszami ona jest bardzo miłym kotem. Oczywiście nie licząc perłowego ryunkina. I niebieskiego klenia profesora Peddicka.

Finch nadszedł w pośpiechu. Rozejrzał się szybko, nachylił się do mnie i szepnął:

— Mam wiadomość od pana Dunworthy’ego. Polecił panu przekazać, że rozmawiał z biegłą sądową, która odcyfrowała datę wycieczki do Coventry. Powiedział…

— Mamusia mówi, żeby pan pozwolił mi jeszcze na trzy próby — odezwała się Eglantyna, pojawiwszy się znikąd — a ona zapłaci panu pięć pensów, jak festyn się skończy.

Finch zerknął nerwowo na Eglantynę.

— Czy możemy gdzieś porozmawiać prywatnie, sir? — zapytał.

— Eglantyno — zacząłem. — Chciałabyś poprowadzić Ukryty Skarb przez kilka minut?

Pokręciła głową.

— Chcę kopać. Osobie prowadzącej nie wolno wygrywać nagród. Chcę numer dwa.

— Przepraszam — powiedziałem. — Ten dżentelmen był przed tobą. Panie Finch, który kwadrat pan wybiera?

— Kwadrat? — powtórzył Finch.

— Kwadrat do kopania. — Wskazałem piaskownicę. — Ponieważ jest trzydzieści kwadratów, większość ludzi wybiera datę. Jeśli to jeden z numerów — dodałem, przypomniawszy sobie, że miesiąc może mieć trzydzieści jeden dni. — Czy ma pan jakąś konkretną datę na myśli panie Finch?

— Och — połapał się Finch. — Data. Chciałbym kwadrat numer…

— On nie zapłacił — przerwała Eglantyna. — Najpierw musi pan zapłacić dwupensówkę, żeby kopać.

Finch pogrzebał w kieszeniach.

— Obawiam się, że nie mam…

— Kamerdynerzy mogą spróbować za darmo — oświadczyłem.

— Jaki numer…?

— To niesprawiedliwe — zajęczała Eglantyna. — Dlaczego kamerdynerzy mogą próbować za darmo?

— Zasada kościelnych festynów — wyjaśniłem.

— Kamerdynerowi pani Mering pan nie pozwolił spróbować darmo — wytknęła mi.

— On wykorzystał swoją szansę na kokosowych rzutkach — odparłem podając Finchowi łopatę. — Data, panie Finch?

— Piętnaście poproszę, panie Henry — powiedział szybko.

— Piętnaście? — zachłysnąłem się. — Na pewno?

— Nie może pan wybrać piętnastki — wtrąciła Eglantyna. — Już była wybrana. Ani szesnastki, ani siedemnastki. Nie może pan wybrać numeru, który już był wybrany. To wbrew zasadom.

— Piętnaście — powtórzył twardo Finch.

— Ależ to niemożliwe — zaprotestowałem. — Piętnasty jest jutro.

— I nie może pan kupić szóstki ani dwadzieścia dwa — ciągnęła Eglantyna — bo ja zamierzam je kupić.

— Czy była absolutnie pewna? — zapytałem.

— Tak, sir — potwierdził Finch.

— A miesiąc? Może chodziło o lipiec? Albo sierpień? — Chociaż wiedziałem, że to niemożliwe. Verity powiedziała mi tamtego dnia w Iffley, że wycieczka do Coventry odbyła się w czerwcu.

— Wybrałabym jakiś róg — podsunęła Eglantyna. — Trzydzieści albo jeden.

— Na pewno to był piętnasty? Jutro?

— Tak, sir — powiedział Finch. — Pan Dunworthy wysłał mnie natychmiast, żebym pana uprzedził.

— Muszę zawiadomić Verity — powiedziałem. — Finch, zamykamy sklepik.

— Pan nie może — zaskomlała Eglantyna. — Mam jeszcze trzy szanse.

— Pozwól pan jej kopać w trzech kwadratach, a potem zamknij interes — poleciłem i ruszyłem w stronę straganu ze starociami, zanim któreś z nich zdążyło zaprotestować, przemykając się bokiem, żeby nie opadła mnie pani Mering ani żadna z dziewcząt Chattisbourne’ów. Verity sprzedawała banjo bez strun młodemu człowiekowi w kapeluszu derby i z podkręconym wąsem. Podniosłem niezidentyfikowany przyrząd z dużym zębatym kółkiem oraz dwoma rzędami zakrzywionych ostrzy i udawałem, że znam jego przeznaczenie, dopóki młodzieniec nie odszedł.

— Niejaki pan Kilbreth — oznajmiła Verity. — Pisany przez „K”.

— Biegła sądowa odcyfrowała datę wycieczki do Coventry — powiedziałem szybko, zanim ktoś zdążył nam przeszkodzić. — To piętnasty czerwca.

Verity była wstrząśnięta.

— Ale to niemożliwe. Piętnasty jest jutro.

— Dokładnie tak samo uważam.

— Skąd się dowiedziałeś? Przeszedłeś jeszcze raz?

— Nie. Finch przeszedł i powiedział mi.

— On jest pewien?

— Tak. I co zrobimy? — zapytałem. — Chyba nie mogę po prostu zaproponować wypadu do Coventry jutro rano? Żeby podziwiać widoki?

Verity potrząsnęła głową.

— Po takim wydarzeniu przez cały następny dzień obgadują je z Chattisbourne’ami, wikarym i wdową Wallace. Za nic nie wyjadą, żeby nie stracić plotek. To najlepsza część festynu.

— A ryby? — zapytałem.

— Ryby?

— Możemy powiedzieć pułkownikowi i profesorowi Peddickowi, że tam są doskonałe płycizny albo głębie, albo kamieniste dno na leszcze czy co innego. Czy Coventry leży nad rzeką? Pułkownik i profesor Peddick nie oprą się żadnej pokusie związanej z rybami.

— No, nie wiem — mruknęła Verity z namysłem — ale podsunąłeś mi pomysł. Pewnie nie potrafisz strzelać palcami u nóg?

— Co?

— Tak to robiły siostry Fox. Nie szkodzi, wystarczy nam… — zaczęła grzebać wśród rupieci na stoisku. — O, świetnie, jeszcze tu jest — powiedziała i podniosła metalowe puzderko na fiołki w cukrze. — Masz, kup to — zażądała, wtykając mi pudełeczko. — Ja nie mam pieniędzy.

— Po co?

— Mam pomysł — oznajmiła. — Kup to. Kosztuje pięć pensów. Posłusznie podałem jej szylinga.

— Ja chciałam to kupić — oznajmiła Eglantyna, pojawiając się znikąd.

— Myślałem, że kopiesz w Ukrytym Skarbie — powiedziałem.

— Kopałam — odparła. — Kwadraty dziesięć, jedenaście i dwadzieścia siedem. W żadnym nie było skarbu. Nie wierzę, że tam jest. Nie wierzę, że pan tam włożył skarb. — Odwróciła się do Verity. — Mówiłam pani dzisiaj rano, że chcę kupić pudełko na fiołki w cukrze.

— Niestety — odparła Verity — pan Henry już je kupił. Bądź grzeczną dziewczynką i znajdź panią Mering. Muszę z nią pomówić.

— Ma akurat odpowiednią wielkość, żeby trzymać w nim guziki — powiedziała Eglantyna. — I mówiłam pani dzisiaj rano, że chcę je kupić.