— Nie wolałabyś ładnej książeczki? — zasugerowała Verity i podsunęła jej „Staromodną dziewczynę”.
— Masz dwa pensy — zaproponowałem. — Jeśli przyprowadzisz panią Mering, powiem ci, gdzie jest skarb.
— To wbrew zasadom — sprzeciwiła się Eglantyna.
— Ale nie podpowiedz. — Nachyliłem się i szepnąłem jej do ucha: — Bitwa pod Waterloo.
— Dzień czy rok?
— Musisz sama odgadnąć.
— Podpowie mi pan, w którym kwadracie jest szyling?
— Nie — zaprzeczyłem. — I przyprowadź panią Mering, zanim zaczniesz kopać.
Odbiegła pędem.
— Szybko, zanim ona wróci — powiedziałem — jaki masz pomysł? Verity odebrała mi pudełeczko, zdjęła pokrywkę i uniosła nad pudełkiem jak nad cymbałkami, a potem złączyła obie części z metalicznym trzaskiem.
— Seans spirytystyczny — oznajmiła.
— Seans? — powtórzyłem. — Żałuję, że nie pozwoliłem Eglantynie kupić tego pudełeczka.
— Mówiłeś, że pułkownik i profesor Peddick nie oprą się żadnej pokusie związanej z rybami — przypomniała mi. — No więc pani Mering nie oprze się żadnej pokusie związanej z duchami czy seansami spirytystycznymi…
— Seans? — podchwyciła pani Mering, nadciągając w swojej Sukni Rozmaitych Farb. — Proponujesz nam seans, Verity?
— Tak, ciociu Malwinio — przyświadczyła Verity, pospiesznie zawinęła pudełeczko w bibułkę, włożyła je do koszyka w kształcie łabędzia i wręczyła mi obie rzeczy. — Z pewnością będzie pan zadowolony zakupów, panie Henry — powiedziała i zwróciła się do pani Mering: — Pan Henry właśnie mi mówił, że nigdy nie brał udziału w seansie spirytystycznym.
— Czy to prawda, panie Henry? — wykrzyknęła pani Mering. — O, w takim razie musimy koniecznie urządzić dzisiaj seans, specjalnie dla Pana. Poproszę wielebnego pana Arbitage’a, żeby się przyłączył. Panie Arbitage! — zawołała i odeszła w pośpiechu.
— Daj mi pudełeczko na fiołki — szepnęła Verity. Odwróciłem się nieco, żeby nikt nie widział naszych dłoni, i podałem jej bibułkowe zawiniątko.
— Do czego chcesz go użyć?
— Do stukania w stół — szepnęła i schowała pudełeczko do torebki. — Dzisiaj otrzymamy spirytystyczną wiadomość, żeby jechać do Coventry.
— Myślisz, że to podziała? — wyraziłem wątpliwość.
— Podziałało w przypadku madame Iritosky — odparła. — I D.D. Home, i sióstr Fox, i Florence Cook. Nabrał się naukowiec William Crookes oraz Arthur Conan Doyle. Pani Mering wzięła ciebie za ducha. Nam też się uda. Dlaczego nie?
Pani Mering podbiegła do nas, łopocząc szatą.
— Wielebny pan Arbitage prowadzi loterię ciast. Muszę pamiętać, żeby zapytać go później. O, panie Henry — wzięła mnie za ramię — wiem, że urządzimy wspaniały seans. Już teraz wyczuwam w pobliżu obecność duchów.
Właściwie to był Baine, który stanął za jej plecami i czekał na przerwę, żeby zabrać głos.
— Może to ten sam duch, którego pan słyszał poprzedniej nocy, panie Hen… o co chodzi, Baine? — rzuciła niecierpliwie.
— Madame Iritosky, jaśnie pani — powiedział.
— Tak, tak, co z nią?
— Jest tutaj.
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
W Dolinę Śmierci…
Madame Iritosky czekała w westybulu z dziewięcioma sztukami bagażu, wielką, czarną, emaliowaną gablotą oraz księciem de Vecchio.
— Madame Iritosky! — zagulgotała pani Mering. — Co za urocza niespodzianka! I książę! Baine, przyprowadźcie pułkownika i powiedzcie mu, że mamy gości! Tak się ucieszy! Znacie państwo pannę Brown — wskazała Verity — a to jest pan Henry.
Weszliśmy za nią do domu.
— Co ona tutaj robi? — mamrotała Verity. — Myślałam, że nigdy nie opuszcza domu.
— Milo pana poznacz, signor Henri — powiedział książę de Vecchio z ukłonem.
— Dlaczego pani nas nie zawiadomiła o swoim przyjeździe? — wypytywała pani Mering. — Baine wyszedłby po was na stację.
— Sama nic nie wiedziałam aż do wczorajszej nocy — odparła madame Iritosky — kiedy to odebrałam wiadomość z Tamtego Świata. Nie wolno ignorować wezwania duchów.
Nie wyglądała tak, jak się spodziewałem. Niska, kluchowata kobiecina z kartoflowatym nosem i zmierzwionymi siwymi włosami, w dość wytartej brązowej sukni. Kapelusz też miała obszargany, a pióra na nim pochodziły chyba od koguta. Przypuszczałem, że pani Mering będzie kręcić nosem na osobę tego rodzaju, ale ona dosłownie płaszczyła się przed gościem.
— Wiadomość od duchów? — zawołała, klaszcząc w ręce. — Jakie podniecające! Co powiedziały?
— „Jedź!” — oznajmiła dramatycznie madame Iritosky.
— Avanti! — przetłumaczył książę de Vecchio. — Wysztukali to na sztole. „Jedź”.
— „Dokąd mam jechać?”, zapytałam je — ciągnęła madame Iritosky — i czekałam, żeby wystukały odpowiedź. Ale panowała cisza.
— Silencio — uzupełnił książę.
— „Dokąd mam jechać?”, zapytałam je ponownie — mówiła madame Iritosky — i nagle na stole przede mną zabłysło białe światło, które rosło i rosło, aż zmieniło się… — zrobiła dramatyczną pauzę — w pani list!
— Mój list! — westchnęła pani Mering, a ja przysunąłem się do niej w obawie, że będziemy świadkami następnego omdlenia, ona jednak tylko zachwiała się i odzyskała równowagę. — Napisałam do madame o duchach, które widziałam — zwróciła się do mnie — a teraz one po nią posłały!
— One próbują coś pani powiedzieć — oświadczyła madame Iritosky, wpatrując się w sufit. — Wyczuwam ich obecność. Są teraz z nami.
Podobnie jak Tossie, Terence i Baine. I pułkownik Mering w stanie krańcowej irytacji. Miał na sobie wodery i trzymał podbierak.
— O co znowu chodzi? — burknął. — Lepiej, żeby to było coś ważnego. Dyskutujemy z Peddickiem o bitwie Monmoutha.
— Panno Mering, amor mia — zawołał książę i natychmiast podszedł do Tossie. — Jestem szczęśliwy, że znowu panią widzę.
Nachylił się nad dłonią Tossie, jakby chciał ją ucałować.
— Jak się pan miewa? — rzucił Terence. Wysunął się przed Tossie i sztywno wyciągnął rękę. — Terence St. Trewes, narzeczony panny Mering.
Książę i madame Iritosky wymienili spojrzenia.
— Mesiel, nigdy nie zgadniesz, kto przyjechał! — zawołała pani Mering. — Madame Iritosky, przedstawiam pani mojego męża, pułkownika Meringa!
— Pułkowniku Mering, dziękujemy, że przyjął nas pan w swoi domu — powiedziała madame Iritosky, pochylając przed nim kogucie pióra na głowie.
— Hrrumm — mruknął pułkownik przez wąsy.
— Mówiłam ci, Mesiel, że widziałam ducha — paplała pani Mering. — Madame Iritosky przyjechała, żeby nawiązać z nim kontakt. Mówi, ze duchy są z nami nawet teraz.
— Ciekawe jak — burknął pułkownik. — Brakuje miejsca w tym przeklętym westybulu. Mamy dom. Po co tutaj stać z bagażami.
— Och, oczywiście — zreflektowała się pani Mering, jakby dopiero teraz zauważyła tłok panujący w westybulu. — Proszę wejść, madame Iritosky, książę, przejdźmy do biblioteki. Baine, każcie Jane podać herbatę, zanieście rzeczy madame Iritosky i księcia do ich pokojów.