— Doskonały pomysł — pochwaliłem go.
— Ale najbardziej martwi mnie wpływ madame Iritosky na panią Mering. Boję się, że padnie ofiarą jakiegoś łajdackiego spisku madam Iritosky i księcia de Vecchio. — Mówił z przejęciem i prawdziwą troską. — Przy herbacie madame Iritosky wróżyła z dłoni pannie Mering. Posiedziała, że widzi w jej przyszłości małżeństwo. Małżeństwo z cudzoziemcem. Panna Mering to wrażliwa młoda dziewczyna — dodał poważnym tonem. — Nie nauczono jej logicznego myślenia ani bezstronnego podejścia do uczuć. Boję się, że popełni jakieś głupstwo.
— Naprawdę wam na niej zależy? — zdziwiłem się. Szyja mu poczerwieniała.
— Ona ma wiele wad. Jest próżna, płytka i niemądra, ale te cechy zaszczepiło w niej złe wychowanie. Psuto ją i rozpieszczano, ale serce ma dobre. — Zrobił zakłopotaną minę. — Tylko że prawie nie zna świata. Dlatego przyszedłem do pana.
— Panna Brown i ja także się martwimy — powiedziałem. — Zamierzamy namówić pannę Mering, żeby jutro wybrała się z nami na wycieczkę do Coventry; chcemy ją odciągnąć od księcia i madame Iritosky.
— Och. — Na twarzy Baine’a odmalowała się ulga. — To doskonały plan. Jeśli mogę jakoś pomóc…
— Lepiej to odłóżcie, zanim madame Iritosky zauważy brak — poradziłem i niechętnie oddałem mu buteleczkę Świecącej Farby Balmaina. Świetnie by się nadawała do napisania COVENTRY na stole podczas seansu.
— Tak, sir — powiedział i zabrał butelkę.
— I może lepiej pozamykać srebra.
— Już to zrobiłem, sir. Dziękuję, sir. — Ruszył do drzwi.
— Baine — zawołałem za nim. — Coś mi przyszło do głowy. De Vecchio na pewno nie jest autentycznym księciem. Możliwe, że podróżuje pod przybranym nazwiskiem. Przy rozpakowywaniu jego rzeczy, jeśli traficie na jakieś papiery czy listy…
— Rozumiem, sir — dokończył. — Jeśli mogę jeszcze cokolwiek zrobić to proszę tylko powiedzieć. — Milczał przez chwilę. — Mam na względzie jedynie dobro panny Mering.
— Wiem — przyznałem i zszedłem do kuchni poszukać mocnego, cienkiego drutu.
— Drut? — zdziwiła się Jane, wycierając ręce w fartuch. — Na co, sorr?
— Do okręcenia walizki — wyjaśniłem. — Zamek się zepsuł.
— Baine go naprawi — oznajmiła. — Czy dzisiaj wieczorem odbędzie się seans, skoro ta madam przyjechała?
— Tak.
— Myśli sorr, że będą mieli trąbki? Moja siostra Sharon jest na służbie w Londynie, jej pani urządziła seans i trąbka przefrunęła nad stołem i odegrała „Już zapada nocy mrok”!
— Nie wiem, czy będą trąbki — powiedziałem. — Baine jest zajęty bagażem księcia de Vecchio i nie chcę mu przeszkadzać. Potrzebuje dwóch kawałków drutu, długich na półtorej stopy.
— Mogę panu dać kawałek szpagatu — zaproponowała Jane. — To wystarczy?
— Nie — odparłem, żałując, że nie kazałem po prostu Baine’owi ukraść trochę z bagażu madame Iritosky. — Musi być drut.
Jane otworzyła szufladę i zaczęła w niej grzebać.
— Wie pan, ja mam dar jasnowidzenia. Moja matka też to miała.
— Uhm — mruknąłem i zajrzałem do szuflady, zawierającej rozmaite przybory nieznanego przeznaczenia. Ale nie drut.
— Jak Sean wtedy złamał obojczyk, widziałam wszystko we śnie. Zawsze mnie ściska w żołądku, jak coś złego ma się zdarzyć.
Jak ten seans?, pomyślałem.
— Zeszłej nocy przyśnił mi się wielki okręt. Zapamiętaj moje słowa, mówię do kucharki dzisiaj rano, ktoś z tego domu pojedzie w podróż. A po południu kto tu przyjeżdża, jak nie ta madam, i przyjechali pociągiem! Myśli pan, że dzisiaj będzie manifestacja?
Mam szczerą nadzieję, że nie, pomyślałem sobie, chociaż z Verity nigdy nic nie wiadomo.
— Co właściwie planujesz? — zapytałem ją, kiedy wróciła tuż przed obiadem. — Chyba nie przebierzesz się w gazę?
— Nie — szepnęła z niejakim żalem.
Staliśmy przy oszklonych drzwiach salonu, czekając na obiad. Pani Mering opisywała Tossie nocne odgłosy oddychania Cyryla — „Szloch straszliwie udręczonej duszy!” — a pułkownik i profesor Peddick zanudzali Terence’a wędkarskimi historyjkami w kącie przy kominku, więc musieliśmy rozmawiać cicho. Ani madame Iritosky, ani książę jeszcze nie zeszli. Pewnie wciąż „odpoczywali”. Miałem nadzieję, że nie przyłapią Baine’a na gorącym uczynku.
— Moim zdaniem najlepiej rozegrać to prosto — powiedziała Verity. — Dostałeś druty?
— Tak — wyjąłem je spod marynarki. — Po półtoragodzinnym wysłuchiwaniu jasnowidzeń Jane. Po co ci one?
— Do przechylania stołu — wyjaśniła i przesunęła się lekko, żeby nas nie widziano. — Robisz hak na końcu każdego druta, a potem przed seansem wkładasz je do rękawów. Kiedy światła gasną, wysuwasz druty za nadgarstki i zahaczasz o brzeg stołu. W ten sposób możesz unieść stół, trzymając sąsiadów za ręce.
— Unieść stół? — powtórzyłem, chowając druty pod marynarkę. — Który stół? Ten solidny mebel z drewna różanego w salonie? Żaden drut nie uniesie tego grata.
— Owszem, uniesie — odparła. — To działa na zasadzie dźwigni.
— Skąd wiesz?
— Czytałam w kryminalnej powieści. Oczywiście.
— A jeśli ktoś mnie przyłapie?
— Nie przyłapie. Będzie ciemno.
— A jeśli ktoś poprosi, żeby nie gasić światła?
— Światło nie pozwala duchom się zmaterializować.
— Wygodne — przyznałem.
— Wyjątkowo. I nie mogą się pojawić, jeśli wśród obecnych jest osoba niewierząca. Ani jeśli ktoś przeszkodzi medium czy komuś innemu w kręgu. Więc nikt cię nie przyłapie, kiedy uniesiesz stół.
— Jeśli uniosę stół. Ten grat waży tonę.
— Panna Climpson uniosła. W „Silnej truciźnie”. Musiała. Lord Peter miał mało czasu. Tak jak my.
— Rozmawiałaś z Finchem? — zapytałem.
— Tak. Wreszcie. Musiałam iść aż na farmę Bakera, gdzie kupował szparagi. Co on knuje?
— I cyfra na pewno była piątką?
— To nie była cyfra. Napisała datę słownie. Nie ma innego liczebnika z literami „p” i „s”. To na pewno był piętnasty czerwca.
— Piętnasty czerwca — rzucił profesor Peddick od kominka. — Wigilia bitwy o Quatre Bras i fatalnych błędów, które doprowadziły do klęski pod Waterloo. Tego dnia Napoleon niesłusznie powierzył generałowi Neyowi wzięcie Quatre Bras. Fatalny dzień.
— Tak, to będzie fatalny dzień, jeśli nie zaciągniemy Tossie do Coventry — mruknęła Verity. — Zrobimy tak. Przechylisz stół raz czy dwa. Wtedy madame Iritosky zapyta, czy jest tu obecny duch, a ja stuknę raz na tak. A potem zapyta mnie, czy mam dla kogoś wiadomość, a ja ją przeliteruję.
— Przeliterujesz?
— Stukaniem. Medium recytuje alfabet, a duch stuka przy literze.
— Dosyć czasochłonny sposób — zauważyłem. — Myślałem, że na tamtym świecie wszystko wiedzą. Powinni wymyślić bardziej efektywną metodę komunikacji.
— Wymyślili, tablicę ouija, ale wynaleziono ją dopiero w 1891 roku, więc musimy jakoś sobie poradzić.
— Jak będziesz stukać?
— Przyszyłam pudełko na fiołki w cukrze do jednej podwiązki, a wieczko do drugiej. Kiedy złączę kolana, wydają bardzo ładny głuchy stuk. Wypróbowałam to na górze w moim pokoju.
— Jak powstrzymasz się od stukania w nieodpowiedniej chwili? — zapytałem, zerkając na jej spódnicę. — Na przykład w trakcie obiadu.