— Podciągnęłam jedną podwiązkę wyżej niż drugą. Opuszczę ją do tej samej wysokości, kiedy usiądziemy przy stole. Ty dopilnuj, żeby madame Iritosky nie stukała.
— Ona też ma pudełko na fiołki w cukrze?
— Nie. Robi to stopami. Strzela dużymi palcami u nóg jak siostry Fox. Jeśli przysuniesz nogę do jej nogi, żeby wyczuć każde poruszenie, chyba nie odważy się stukać, przynajmniej dopóki nie wystukam: „Jedź do Coventry”.
— Myślisz, że się uda?
— Pannie Climpson się udało — oświadczyła. — Poza tym musi się udać. Słyszałeś Fincha. Tossie napisała w pamiętniku, że piętnastego pojechała do Coventry, więc musi pojechać. Więc musimy ją przekonać, żeby pojechała. Więc seans musi się udać.
— To nie ma sensu — stwierdziłem.
— To jest epoka wiktoriańska — odparła. — Kobiety nie muszą mówić z sensem.
Wsunęła mi rękę pod ramię.
— Oto madame Iritosky i książę. Idziemy na obiad?
Na obiad mieliśmy solę z rusztu, pieczony mostek jagnięcy oraz spóźnioną krytykę Napoleona.
— Nie powinien był zostać na noc we Fleurus — oznajmił pułkownik. — Gdyby pojechał dalej do Quatre Bras, bitwa odbyłaby się dwadzieścia cztery godziny wcześniej, a Wellington i Blucher nie połączyliby swoich sił.
— Banialuki! — fuknął profesor Peddick. — Powinien był zaczekać aż ziemia wyschnie po deszczu. Nie powinien brnąć naprzód w błocie.
To wydawało się strasznie niesprawiedliwe. Ostatecznie oni z góry wiedzieli, jak się wszystko skończyło, podczas gdy Napoleon, Verity i ja mieliśmy tylko garść meldunków z pola bitwy oraz datę w zamoczonym pamiętniku.
— Brednie! — sprzeciwił się pułkownik Mering. — Powinien był zaatakować dzień wcześniej i zdobyć Ligny. Gdyby tak zrobił, wcale nie doszłoby do bitwy pod Waterloo.
— Na pewno pan widział wiele bitew podczas pobytu w Indiach, pułkowniku — odezwała się madame Iritosky. — I mnóstwo bajecznych skarbów. Czy przywiózł pan jakieś do domu? Może szmaragdy radży? Albo zakazany księżycowy kamień z oka posągu?
— Co? — burknął pułkownik Mering przez wąsy. — Księżycowy kamień? Posąg?
— Tak, przecież wiesz, papo — wtrąciła Tossie. — „Księżycowy kamień”. To powieść.
— Phi! Nigdy nie słyszałem — mruknął.
— Napisał ją Wilkie Collins — uparcie ciągnęła Tossie. — Skradziono księżycowy kamień i jest tam detektyw, i lotne piaski, i bohater to zrobił, tylko o tym nie wiedział. Musisz to przeczytać.
— Teraz już nie ma sensu, skoro opowiedziałaś mi zakończenie — stwierdził pułkownik. — I nie ma żadnych posągów z klejnotami.
— Ale Mesiel przywiózł mi śliczny naszyjnik z rubinów — odezwała się pani Mering — z Benares.
— Rubiny! — zawołała madame Iritosky i zerknęła na księcia de Vecchio. — Doprawdy!
— Signora nie potszebuje rubinów — zabrał głos książę — szkoro ma taki klejnot za córkę. Ona jeszt jak diament. Nie, jak zaffiro perfetto jak wy mówicie, nieszkazitelny szafir.
Spojrzałem na Baine’a, który ponuro podawał zupę. — Madame Iritosky nawiązała kiedyś łączność z duchem radży — Powiedziała pani Mering. — Myśli pani, że dzisiaj będzie manifestacja naszym seansie, madame?
— Dzisiaj? — zaniepokoiła się madame Iritosky. — Nie, nie, dzisiaj nie możemy urządzić seansu. Ani jutro. Tych rzeczy nie wolno robić w pośpiechu. Potrzebuję czasu, żeby przygotować się spirytualnie.
I rozpakować trąbki, pomyślałem. Popatrzyłem na Verity, spodziewając się miny równie ponurej jak u Baine’a, ale ona spokojni jadła zupę.
— I nie wiem, czy manifestacje będą tutaj możliwe — ciągnęła madame. — Wizualne zjawiska występują jedynie w pobliżu tego, co nazywamy portalem, bramą łączącą nasz świat z zaświatami…
— Ależ tutaj jest portal — przerwała jej pani Mering. — Na pewno. Widziałam duchy w tym domu i na terenie posiadłości. Jestem pewna, że jeśli tylko zgodzi się pani na seans dzisiaj wieczorem, będziemy mieli manifestację.
— Nie powinniśmy zamęczać madame Iritosky — wtrąciła Verity. — Madame ma całkowitą rację. Podróże koleją rzeczywiście są wyczerpujące, i nie powinniśmy żądać, żeby madame nadmiernie wytężała swoje cudowne psychiczne moce. Urządzimy dzisiaj seans bez niej.
— Beze mnie? — wycedziła lodowato madame Iritosky.
— Nie ośmielimy się nadużywać pani spirytystycznych mocy dla naszej skromnej, domowej imprezy. Kiedy pani odzyska siły, urządzimy prawdziwy seans spirytystyczny.
Madame Iritosky otwarła usta, zamknęła je i znowu otwarła, zupełnie jak wyłupiastooki ryunkin pułkownika Meringa.
— Ryba? — zapytał Baine, pochylając się nad nią z półmiskiem soli.
Pierwsza runda wygrana. Teraz żeby tylko seans się udał.
Wielebny pan Arbitage przyszedł o dziewiątej, skorzystałem z zamieszania przy powitalnej prezentacji, żeby wsunąć druty do rękawów, i wszyscy (oprócz madame Iritosky, która przeprosiła dość opryskliwie i poszła na górę, oraz pułkownika Meringa, który burknął — „Bajdy!” i poszedł do biblioteki poczytać gazetę) zasiedliśmy w salonie wokół stołu z drewna różanego, którego za żadne skarby nie zdołałbym unieść, nawet z pomocą dźwigni.
Verity skinęła na mnie, żebym usiadł obok niej. Spełniłem pole cenie i natychmiast poczułem ciężar na kolanach.
— Co to jest? — szepnąłem dyskretnie, kiedy Terence, książę i wielebny pan Arbitage walczyli o miejsce obok Tossie.
— Koszyk Księżniczki Ardżumand — odszepnęła Verity. — Otwórz go, kiedy dam ci znak.
— Jaki znak? — zapytałem i poczułem mocne kopnięcie w kostkę u nogi.
Książę i wielebny pan Arbitage zwyciężyli i Terence wylądował między panem Arbitage a panią Mering. Profesor Peddick usiadł obok mnie.
— Napoleon interesował się spirytyzmem — oznajmił. — Urządził seans w Wielkiej Piramidzie w Gizie.
— Musimy złączyć dłonie — powiedział książę do Tossie i wziął ją za rękę. — O tak…
— Tak, wszyscy musimy złączyć dłonie — potwierdziła pani Mering. — Ależ, madame Iritosky!
Madame Iritosky stała w drzwiach, udrapowana w powłóczystą purpurową szatę z szerokimi rękawami.
— Wezwały mnie duchy, abym służyła wam dzisiaj za przewodnika przy uchylaniu zasłony. — Dotknęła czoła wierzchem dłoni. — To mój obowiązek, bez względu na stan zdrowia.
— Cudownie! — zawołała pani Mering. — Proszę usiąść. Baine, przysuńcie krzesło dla madame Iritosky.
— Nie, nie — zaprotestowała madame Iritosky i wskazała krzesło profesora Peddicka. — To tutaj skupiają się teleplazmiczne wibracje.
Profesor Peddick posłusznie zamienił się na krzesła.
Przynajmniej madame nie usiadła obok Verity, ale siedziała obok księcia de Vecchio, co oznaczało, że miała jedną rękę wolną. I obok mnie, co oznaczało, że unoszenie stołów będzie jeszcze trudniejsze.
— Za dużo światła — stwierdziła madame. — Musi być ciemno… — rozejrzała się po salonie. — Gdzie moja gablota?
— Właśnie, Baine — poparła ją pani Mering. — Kazałam wam ją przynieść.
— Tak, jaśnie pani — powiedział Baine z ukłonem. — Jedne drzwiczki pękły i nie domykały się należycie, więc zabrałem ją do kuchni i naprawiłem uszkodzenie. Mam ją teraz przynieść?
— Nie! — odparła madame Iritosky. — Nie trzeba.
— Jak pani sobie życzy — powiedział Baine.
— Czuję, że dzisiaj nie będzie manifestacji — oświadczyła madame Iritosky. — Duchy pragną tylko z nami rozmawiać. Złączcie dłonie — poleciła układając na stole fałdy swoich szerokich purpurowych rękawów. Chwyciłem jej dłoń i ścisnąłem mocno. — Nie! — zawołała i wyrwała dłoń. — Lekko.