— Przepraszam bardzo — bąknąłem. — Nigdy tego nie robiłem.
Wsunęła rękę w moją dłoń.
— Baine, zgaście światła — poleciła. — Duchy przychodzą tylko przy świecach. Przynieście świecę. Tutaj.
Wskazała stojak na doniczki przy swoim łokciu. Baine zapalił świecę i zgasił światło.
— Nie zapalajcie światła pod żadnym pozorem — ostrzegła madame. — I nie próbujcie dotykać duchów ani medium. To niebezpieczne.
Tossie zachichotała, a madame Iritosky zaczęła kasłać. Puściła moją dłoń. Skorzystałem z okazji, żeby wysunąć druty za nadgarstki i zahaczyć pod stołem.
— Proszę o wybaczenie. Kłopoty z gardłem — wyjaśniła madame Iritosky i znowu wzięła mnie za rękę. Gdyby Baine zapalił światło, rzeczywiście naraziłby nas na niebezpieczeństwo. Z pewnością ujawniłby fakt, że w mojej dłoni spoczywała dłoń księcia de Vecchio. Nie wspominając o moich własnych szachrajstwach.
Z prawej strony rozległ się lekki szelest. Verity przesuwała podwiązkę.
— Nigdy jeszcze nie uczestniczyłem w seansie spirytystycznym — powiedziałem głośno, żeby zagłuszyć ten odgłos. — Chyba nie usłyszymy złych nowin?
— Duchy mówią, co zechcą — odparła madame Iritosky.
— Czyż to nie fascynujące? — zawołała pani Mering.
— Cisza — zapowiedziała madame Iritosky grobowym głosem. — Duchy, wzywamy was z Tamtego Świata. Przybądźcie do nas i odsłońcie nam nasze losy.
Świeca zgasła.
Pani Mering wrzasnęła.
— Cisza — powtórzyła madame Iritosky. — Nadchodzą.
Przez długą chwilę panowało milczenie, kilka osób zakaszlało, a potem Verity kopnęła mnie w kostkę. Puściłem jej dłoń, wsunąłem rękę pod stół i zdjąłem pokrywę z koszyka.
— Poczułam coś — oznajmiła Verity i skłamała, ponieważ Księżniczka Ardżumand ocierała się o moje nogi.
— Ja też coś poczułem — odezwał się po chwili wielebny Arbitage — Jakby zimny powiew.
— Och! — zawołała Tossie. — Teraz to poczułam.
— Czy jest tutaj duch? — zapytała madame Iritosky, a ja pochyliłem się do przodu i uniosłem nadgarstki.
Zdumiewające, ale stół naprawdę się poruszył. Tylko odrobinę, wystarczająco jednak, żeby Tossie i pani Mering wydały swoje okrzyczki, a Terence zawołał:
— A niech mnie!
— Jeśli jesteś tutaj, duchu — podjęła madame Iritosky lekko zirytowanym tonem — przemów do nas. Stuknij raz na tak, dwa razy na nie — Czy jesteś życzliwym duchem?
Wstrzymałem oddech.
„Klik”, stuknęło pudełko na fiołki w cukrze i przywróciło mi wiarę w powieści kryminalne.
— Czy jesteś Gicziwata? — zapytała madame Iritosky.
— To jej duch przewodni — wyjaśniła pani Mering. — Wódz czerwonych Indian.
Klik, klik.
— Czy jesteś tym duchem, którego widziałam zeszłej nocy? — zapytała pani Mering.
Klik.
— Wiedziałam — wykrzyknęła pani Mering.
— Kim jesteś? — zapytała madame Iritosky. Zapadła cisza.
— On chce, żebyśmy użyli alfabetu — podpowiedziała Verity i nawet w ciemnościach poczułem, jak madame Iritosky piorunuje ją wzrokiem.
— Czy chcesz komunikować się za pomocą alfabetu? — zapytała z przejęciem pani Mering.
Klik. A potem drugie stuknięcie, trochę inne, jakby ktoś strzelił palcami.
— Nie chcesz się komunikować przez alfabet? — zmieszała się pali Mering.
Klik i bolesny kopniak w kostkę.
— Chce — powiedziałem pospiesznie. — A, B, C…
Klik.
— C — zawołała Tossie. — O, madame Iritosky, pani mnie ostrzegła Przed C.
— Co dalej? — zapytała pani Mering. — Proszę kontynuować, panie Henry.
O nie, dopóki pewna stopa operowała swobodnie. Zsunąłem się do przodu w krześle, wyciągnąłem lewą nogę, aż dotknęła spódnicy madame Iritosky, i mocno przycisnąłem stopę do jej stopy.
— ABCDEFGHIJK — powiedziałem szybko, blokując jej stopę LMNO…
Klik.
Cofnęła nogę, a ja w pierwszej chwili miałem ochotę przytrzymać ją za kolano. Za późno.
— ABCD — zaczęła pani Mering i znowu rozległo się stuknięcie.
— C-O-D? — zdziwiła się pani Mering.
— Cod, coda, cody — zastanawiał się na głos wielebny Arbitage. — Czy jesteś duchem Buffalo Billa Cody?
— Nie! — krzyknąłem, zanim ktoś zdążył wystukać odpowiedź. — Już wiem! To litera G, nie C. C i G wyglądają prawie tak samo — ciągnąłem w nadziei, że nikt nie zauważy, że litery były recytowane, nie pisane, i wcale nie sąsiadują ze sobą w alfabecie. — G-O-D. Ona próbuje przeliterować „Godiva”. Czy jesteś duchem lady Godivy?
Bardzo stanowczy „klik” i znowu zawróciliśmy na właściwy kurs.
— Lady Godiva? — powtórzyła niepewnie pani Mering. Tossie zapytała:
— Czy to ona przejechała na koniu przez miasto bez…
— Tocelyn! — skarciła córkę pani Mering.
— Lady Godiva była świętą kobietą — oznajmiła Verity. — Tylko dobro poddanych leżało jej na sercu. Na pewno chce przekazać bardzo ważną wiadomość.
— Tak — potwierdziłem i mocno przycisnąłem nogę madame Iritosky. — Co pragniesz nam powiedzieć, lady Godivo? ABC…
Klik.
Ponownie wyklepałem alfabet w takim tempie, żeby madame Iritosky nie zdążyła stuknąć. — ABCDEFG…
Dotarłem aż do H. Rozległ się ostry trzask, jakby ktoś gniewnie strzelił palcami. Zignorowałem to i próbowałem dociągnąć do O, ale bez powodzenia.
— H — powiedziała pani Mering. — CH.
— Dużo słów zaczyna się od CH — zauważył Terence.
— Może ona chce powiedzieć: „Chodź”? — podsunęła Tossie.
— Tak, oczywiście — zgodziła się pani Mering. — Ale dokąd mamy pójść? ABC… — Verity stuknęła, chociaż moim zdaniem niepotrzebnie się fatygowała. Nigdy nie dojedziemy do „O”, nie mówiąc już o „V”. A… — zaczęła pani Mering.
Mocno nadepnąłem na nogę madame Iritosky, ale spóźniłem się Trzask. Tym razem w trzaśnięciu dźwięczała niewątpliwa furia. Zabrzmiało tak, jakby madame Iritosky złamała sobie palec.
— ABCDEFGHIJKLMNOPR… — recytowała pani Mering. Verity nie dawała znaku życia.
Trzask.
— R — oświadczyła madame Iritosky. — Ardżumand. Duchy próbują przekazać nam wiadomość o kotce panny Mering. — Nagle zmieniła głos. — Przynoszę wam wieści o Księżniczce Ardżumand — wymówiła chrapliwym basem. — Ona jest z nami na Tamtym Świecie…
— Księżniczka Ardżumand? Na tamtym świecie? — zawołała Tossie. — Niemożliwe! Przecież ona…
— Nie smuć się, że odeszła. Ona jest tam szczęśliwa. Księżniczka Ardżumand wybrała właśnie tę chwilę, żeby wskoczyć na stół i śmiertelnie nas wystraszyć. Tossie wydała okrzyczek.
— O, Księżniczko Ardżumand! — zawołała z radością. — Wiedziałam, że nie odeszłaś. Dlaczego duchy tak powiedziały, madame Iritosky?
Nie czekałem, aż madame wymyśli odpowiedź.
— Wiadomość wcale nie zaczynała się od „A”, tylko od „C”. C-A… co chcesz nam powiedzieć, duchu? — i wyklepałem alfabet najszybciej, jak potrafiłem. — ABCDEFGHIJKLMNOPRSTUV…
Verity stuknęła, a Tossie zapytała:
— C-A-V? Co to znaczy?
— Caveat — podpowiedział uczynnie profesor Peddick. — Strzeż się.