jego ta komisja z województwa na grzybki nie posławszy!
– Dowie się pan od prokuratora, że to jest państwowy samolot!
– Ale po moim niebie lata – Pawlak ujął się pod boki, co dla tych, którzy znali jego charakter, było niechybnym znakiem, że szykuje się do ataku.
– I opyla waszą ziemię.
– A kto jemu kazał, a? Że przez jego hurgot kury nieść przestali sia to moja strata, a że dziki on do cała bezlitośnie wypłoszył – pańska! – wycelował paluchem prosto w pierś Pilcha, wykrzywiając twarz w grymasie triumfu. – I obaczym teraz, kto tu „przyszłościowy”, jak ten Ważny kontroler na pana obrazi sia…
Więc już nawet i Pawlak słyszał o jego kłopotach, którym Podoba nie chciał zaradzić? Pilch poczuł się osaczony, jakby sam był dzikiem, którego obchodzi nagonka, a psy już dobierają mu się do skóry. Zatrzasnął drzwi „warszawy”, zapalił silnik. Koła zabuksowały w piasku. Silnik ryczał niczym zarzynany wół, a samochód coraz bardziej grzęznął, aż osiadł jak łódź na mieliźnie.
Pawlak znów podparł się pod boki i patrzył szyderczo, rad, że jego przeciwnika spotkała kara boża.
– Ot, patrzaj – zawołał triumfalnie w stronę kombajnu. – Wasz dyrektor taki „państwowy” jak wasz majątek i utknął, jak całe nasze państwo! Bez chłopskich koników nie ruszy on z miejsca…
– Umoczył się po pachy – ryknął radośnie z wysokości siodełka „bizona” Podoba i zawrócił wielkim kołem. Ani myślał udzielić pomocy komuś, kto i tak już był przeznaczony do odstrzału.
„Zastanawiałam się, kto powinien być moim świadkiem na ślubie.
Najbardziej bym chciała zaprosić Irmę, bo jej błędy życiowe przysporzyły mi sporo doświadczeń. Ale nie wiem, czy Irma jako uwiedziona nie poczułaby się w głupiej sytuacji (że może ja chcę się wynieść nad nią jako panna młoda, która nie dała się uwieść przed ślubem?). Fakt, że jestem niedzisiejsza, ale ja uważam, że nie ma co jeść deseru przed zupą. Ale magister Palimąka uważa inaczej i jeszcze dzisiaj dawał mi do zrozumienia, że noc przedślubna jak każdy grzech ma większy format rozkosznych wrażeń niż noc poślubna, która smakuje jak chleb przy torcie. Nie ukrywał wcale, że gotów jest mi pomóc, żebym miała się z czego spowiadać i że jeszcze dzisiaj przyjedzie po mnie „wartburgiem” i uwiezie w krainę niepowtarzalnych uniesień. Wedle niego kobieta swoim dziewictwem robi krzywdę przyszłemu mężowi (bo on wówczas musi zaczynać życie seksualne od pierwszej klasy podstawówki). I za to właśnie oberwał po mordzie od Zenka. Och, Zeniu, Zeniu, jeśli ty umiesz tak kochać, jak bić, to będą o nas w gazetach pisali albo w takich książkach jak „Trędowata”…”
Ten zapis w pamiętniku Anny Pawlak był efektem wyprawy handlowej do Lutomyśla. Wieczorem poprzedniego dnia dostała od obu dziadków fundusze, żeby przygotować siebie i narzeczonego do ślubu. Dla nikogo z organizatorów tej uroczystości nie ulegało wątpliwości, że Zenobiusz Adamiec, choć mechanizator z dyplomem, jest bez grosza przy duszy. Tak więc Ania miała mu wybrać odpowiedni garnitur, by mógł w nim także stanąć przed ołtarzem, kiedy przyjdzie czas złożyć przysięgę wierności przed Bogiem. Sobie też miała wybrać sukienkę, pantofle i torebkę. Tych zakupów miał dopilnować Tadeusz Budzyński, który specjalnie na tę wyprawę został wynajęty wraz z furgonetką „nysa”. Miał w niej pomieścić skrzynki z wódką, piwem i oranżadą. Pawlak i Kargul okazali mu najwyższe zaufanie nie tyle tym, że zlecili mu zakup alkoholu na wesele, ile że kazali mu nie spuszczać z oka młodej pary.
– U młodych krew gotująca sia – powiedział Kaźmierz, patrząc Warszawiakowi głęboko w oczy. – Pójdą gdzie we dwoje koszulę przymierzać i ani ty obejrzysz sia, jak czut-czut przyprędko pradziadkiem zostaniesz.
Budzyński potraktował poważnie swoją misję. Ubrany w beret i wiatrówkę chodził krok w krok za młodymi. Kiedy Ania poszła do fryzjera, Budzyński nosił razem z Zenkiem ze sklepu monopolowego skrzynki z niebieską i czerwoną kartką, ustawiając je piętrowo w furgonetce. Zauważył, że Zenek wciąż zerka niespokojnie na boki.
– Za czym pan tak kikujesz? – chciał wiedzieć wszystko, by móc złożyć wyczerpujący meldunek Pawlakowi o każdym kroku przyszłego członka rodziny.
– Chcę wyskoczyć na chwilę, żeby zrobić Ani niespodziankę – powiedział Zenek, wciąż rozglądając się po rynku Lutomyśla.
– Tylko niech pan uważa, żeby kto inny jemu nie zrobił niespodzianki – Warszawiak wskazał na parkującego obok „wartburga” zootechnika Palimąki. – Pan magister kręcił się koło Pawlakówny. A on tylko wobec krów stosuje sztuczną inseminację…
Budzyński myślał, że tą aluzją poruszy zazdrość narzeczonego, i skłoni go do nieodstępowania Ani na krok. Zenek wzruszył ramionami. Albo nie kocha, albo zbyt pewny siebie – pomyślał Warszawiak. Kiedy podszedł przywitać się z zootechnikiem, stracił z oczu Zenka, który zniknął gdzieś w podcieniach rynku. Poczuł się jak strażnik, któremu uciekł więzień.
Ania siedziała w zakładzie „Uroda” pod hełmem suszarki. Ale gdzie jest Adamiec? Jeśli chciał zrobić Ani niespodziankę, to pewnie jest w sklepie jubilerskim albo w perfumerii. Budzyński zajrzał i tu, i tu, ale nigdzie nie natknął się na masywną postać narzeczonego.
Tymczasem ten na poczcie wypisywał pospiesznie blankiet telegramu.
Był to chyba już czwarty, który zmiął w garści. Dziewczyna zza okienka, smętna jak gazeta sprzed tygodnia, najwyraźniej przygnębiona swoim losem i kolorem czarnego fartucha służbowego, patrzyła na niego z politowaniem. Zenek co chwila zerkał przez okno poczty, jakby nie chciał być w tym miejscu przyłapany ani przez Anię, ani przez swego anioła stróża. Wreszcie podpisał się pod tekstem i podsunął telegram urzędniczce.
– Dojdzie na dziś? – przekrzywił głowę, starając się ją wcisnąć w półkoliste wycięcie okienka. Urzędniczka najpierw przeczytała głośno tekst: „Kocham, kocham, kocham”! po czym spojrzała na Zenka z taką nienawiścią, jakby on był sprawcą wszelkiego zła na świecie.
– Tak się panu z tym kłamstwem spieszy?
– A skąd pani wie, że to kłamstwo? – uśmiechnął się, próbując ją olśnić pełnym garniturem swoich wilczych zębów.
– Też kiedyś dostawałam takie depesze, ale potem alimentów to już nie.
W tej chwili Zenek, spojrzawszy przez okno pocztowego urzędu na rynek, zobaczył przy furgonetce Budzyńskiego Anię w nowym uczesaniu oraz zootechnika Palimąkę, który miał taki wyraz twarzy, jakby w tej właśnie chwili był na grzybobraniu i znalazł okaz prawdziwka, nadający się do pokazania w telewizji. W dodatku otworzył drzwiczki swego seledynowego „wartburga” i zapraszającym gestem wskazał Ani miejsce.
Właśnie w tym momencie, wykorzystując fakt, że Warszawiak przestawiał z tyłu furgonetki spiętrzone skrzynki z alkoholem, magister Palimąka złożył Ani namiętnie stonowanym głosem propozycję nie do odrzucenia:
– Ślub z jednym nie przeszkadza, żeby przeżyć rozkosz z drugim – przekonywał dziewczynę, delikatnie ciągnąc palcami po jej ręce od kiści do łokcia, aż zatrzymał się przy dołku, w zgięciu ramienia.
– Zamiast ograniczać się do schematu nocy poślubnej, można pamiętać dwie noce: przedślubną i poślubną…
– O czym pan magister mówi? – Ania konsekwentnie udawała głupią.
– A co ty, maleńka, wolisz? Chleb czy tort orzechowy?
– Na co dzień to chleb.
– Ale noc, każda noc, powinna być słodka jak tort orzechowy.
– Niech pan uważa, bo nadchodzi mój narzeczony.
Magister Palimąka nawet się nie obejrzał. Ściszył tylko głos do namiętnego szeptu.
– Ja właśnie występuję w jego imieniu – zapewnił ją gorąco. – Bo wychodząc nietknięta za mąż zrobisz mu, maleńka, krzywdę, bo nie mając doświadczeń, nie potrafisz mu dać szerokiej skali emocjonalnych uniesień…