– W tym jest przyszłość!
– Tylko że ta przyszłość na nasze pole lizie! – mruczy Kaźmierz przez zęby.
– Taż to moje pole! – oponuje Kargul, co jeszcze bardziej wścieka Pawlaka: moje-twoje, ważne, że nie państwowe! A kombajn z PGR-u!!
Kombajn pruł przez złocisty ocean, dawno przekroczywszy miedzę, odgraniczającą pola PGR-u od hektarów Pawlaka i Kargula. Siedzący na górze kombajnista Podoba jechał przed siebie, ale głowę miał zwróconą w lewo. Cały się wykręcił, zapatrzony w Anię niczym w święty obraz. Dziewczyna stała na skraju pola. Kombajnista Podoba, znużony upałem i całodziennym trzęsieniem się na garbie „bizona”, patrzył na Anię, jakby była mirażem na pustyni. Kombajn jechał prosto przed siebie, a Podoba coraz bardziej odwracał się do tyłu, by nie stracić z oczu tak pięknego obrazu.
– Obiektywnie patrząc w szkodę lezie! – rzucił przez zęby Zenek i zaczął odruchowo zawijać rękawy ślubnej marynarki.
– A on co, bleszczaty na oba oczy?! – wrzasnął Pawlak pod adresem Podoby i zaczął machać rękami jak wiatrak, by powstrzymać zbliżającego się czerwonego potwora. – Stój! Stój, ty państwowa zawołoko!
– Hańdry-mańdry z PGR-em chcesz zacząć? – próbował go ostrzec Kargul. Pawlak nie zwracał na niego uwagi. Patrzył z nadzieją na Zenka. Ten jak sprinter po strzale startera ruszył prosto pod nadjeżdżającą maszynę. Stanął przed nią, rozpościerając ramiona, jakby chciał nimi objąć tego ogromnego potwora. Ania krzyknęła, wciskając w usta obie piąstki; obracające się łopatki maszyny, które za każdym obrotem połykały nowe fale zboża były tuż-tuż przed twarzą chłopca. Zenek stał nieporuszony. Wzrok wbił w twarz kombajnisty, Podoba pochylił się do przodu, jakby nie wierzył własnym oczom. Nie zatrzymał „bizona”. Chciał zmusić zawalidrogę do ustąpienia. Jeszcze dwie-trzy sekundy, a łopatki zagarną głowę Zenka jak kłosy zbóż.
– Ty idyjoto! – wrzasnął Podoba, w ostatniej chwili zatrzymując maszynę, której cień już padł na twarz Zenka. – Ja ci zaraz pokażę, gdzie raki zimują, ty praktykancie jeden!
Podoba zeskoczył z góry, by wcielić w czyn tę zapowiedź. Zenek tylko na to czekał. Kiedy Podoba, nisko przyczajony w przysiadzie, odruchowo poprawiał sobie na głowie beret, dopadł go jednym susem i podciął mu kolana. Potoczyli się w kartofle i na chwilę zniknęli z oczu Pawlaka i Kargula.
– Widział ty, jaki charakterny? – zadudnił Kargul, czekając na wynik zmagań.
– Moja krew – bez wahania rzucił Pawlak. – A nowoczesnego zgrywa.
Coś kotłowało się w kartoflach. Po chwili z kolan podniósł się w czarnej marynarce Zenek i nie zwracając uwagi na pogróżki Podoby, zręcznie wskoczył na siodełko „bizona”. Skierował maszynę w stronę obejścia Pawlaka. Umazany ziemią Podoba uniósł się na łokciu i wygrażając pięścią, w pozycji leżącej obiecywał Zenkowi, że ten cienko będzie jodłował, jak wpadnie w jego ręce!
Zenek, dzierżąc kierownicę „bizona”, dumnym wzrokiem spoglądał z góry na Anię. Przed kombajnem kroczyli niczym straż przednia Kargul z Pawlakiem, gestami zachęcając Zenka, by wprowadził zajętą w szkodzie maszynę prosto do ich stodoły. Krocząc tak obok siebie, dzielili się uwagami na temat Zenka.
– Widzi mi się, że on samo-swój – dudnił Kargul, krocząc jak bocian wielkimi krokami.
– Mój charakter! Cudzego nie ruszy, a swojego ruszyć nie da! – nasładzał się Pawlak, szybko przebierając nogami, by nadążyć przed kombajnem.
– Na niego nie ma mocnych! – zgodził się Kargul.
– A kto jego wziął na kwaterę, a? – Pawlak zabiegł mu drogę, żeby zajrzeć pod obwisłe rondo kapelusza.
– Ty wziął narzeczonego, a ja wezmę młodą parę – zaproponował Kargul, co spowodowało szyderczy grymas na twarzy Pawlaka.
– Ot, pomorek! A załatwił ty jemu posadę?
– Nie boj sia, załatwię i wtedy u mnie gniazdo założą!
– Żeb' z głodu pomarli? Taż twoja Anielcia tylko kluski umie narządzać.
Kombajn hurkotał za ich plecami, a oni kroczyli jak na defiladzie, nie przestając ani na chwilę targować się o dalsze losy młodej pary, jakby ona nie miała tu nic do powiedzenia. Pawlak wpadł do stodoły, wrota szeroko otworzył i kombajn wtoczył się do środka jak hipopotam do klatki. Wtedy od strony pól dobiegł ich głos kombajnisty Podoby. Stojąc na wszelki wypadek w bezpiecznej odległości patrzył, jak za jego „bizonem” zamykają się wrota.
– Ja zamelduję, gdzie trzeba, wy dziady zabugalskie!
– Jak powiedział?!
Pawlak poczuł się do głębi dotknięty tym epitetem i postąpił kilka kroków ku Podobie. Ten, wycofując się tyłem w kartofle Kargula, machał pięścią w bezsilnej wściekłości.
– Milicja tu zaraz przyjedzie!
– Chyba po ciebie, kłusowniku jeden!
– Kłusownikiem byłem prywatnie, a kombajn państwowy!
– Tak i przyjdzie państwu zapłacić za szkodę – huknął Kargul, a Pawlak dorzucił od siebie dobrą radę: niech przyjdzie z dyrektorem, to wreszcie pan Pilch się przekona, kto tu teraz przyszłościowy!
W stodole zamilkł już warkot silnika „bizona”. Pawlak, uszczęśliwiony przebiegiem wydarzeń, które pokazały cechy charakteru Zenka, a równocześnie dały mu szansę zemsty na dyrektorze PGR-u, nagle spojrzał dookoła, jakby kogoś szukał.
– A gdzie Ania?
– Taż w stodole! Za kombajnem wleciawszy…
– Ot pomorek! – Pawlak machnął ręką na Podobę i ruszył spiesznie ku stodole. – Żeb' my tylko nie zapóźnili sia.
– A coż on taki silnie przestrachany, a? – dopytywał się Kargul, kolebiącym się krokiem zmierzając za Pawlakiem.
– A zapomniał ty, co my w stodole zastali, wróciwszy po tym pierwszym sądzie o kota?!
Nie musiał Kargulowi przypominać, jak to pasem rozdzielać musieli Jadźkę i Witię, którzy zasnęli przytuleni do siebie po męczącej młócce.
Wtedy do stodoły pierwszy wsunął się Kaźmierz. I teraz też tak było. Przed jego nosem wyrosła ściana kombajnu. Okrążył go ostrożnie na palcach i nagle zastygł w bezruchu: przed maszyną przyklejona do Zenka Ania obejmowała pod marynarką jego plecy. We włosach miała źdźbła świeżej słomy, a w oczach promienie słońca.
Kaźmierz odchrząknął. Ania wysunęła swoją dłoń przez naderwany pod pachą rękaw marynarki Zenka.
– Trzeba będzie zaszyć – powiedziała szybko, by przekonać obu dziadków, że chciała tylko sprawdzić, jakie straty poniósł jej narzeczony w trakcie odpierania inwazji PGR-u.
– To na co ona czeka? – Kaźmierz popchnął ją lekko ku wyjściu. – Galopem po igłę z nitką leć!
Ledwo Ania zniknęła, Kaźmierz zaszedł Zenka z boku i powiedział cicho, lecz z naciskiem:
– Niech wie, że on ściskać się z nią będzie dopierutko jak jemu organy zagrają. Wtedy prawdziwy ślub będzie.
– Teraz to tylko rejestracja – dodał od siebie Kargul. – Żeb' była podstawa jemu odroczenie przyłatwić.
Zenek nabrał powietrza, jakby chciał wyrzucić z siebie coś, co nie daje mu spokoju, ale nagle dostrzegł za plecami Pawlaka i Kargula Anię. Kładąc palec na ustach, najwyraźniej błagała go, by na razie milczał…
„Magister Palimąka wyśmiewał się ze mnie, że ja chcę kochać jak Stefcia z „Trędowatej”, a teraz nie ma już takich ordynatów jak Michorowski. A dla mnie Zenek zasługuje właśnie na takie same uznanie jak ten ordynat, bo potrafi bronić tego, co jest sensem jego życia, choćby było wbrew tradycjom rodzinnym…”.
Tak pisała Ania w pamiętniku, zerkając z facjatki domu Kargula na przygotowania do wesela: Zenek odbierał od Maryni rozgdakane kury, jednym pociągnięciem noża przecinał ich krzyk – i rzucał ofiarę na pierzasty stos. Anielcia zanurzała pozbawione głów kokoszki w szafliku z gorącą wodą. Dziadkowie Ani wynosili ze stodoły deski, zbijali koziołki z belek, by przygotować stoły na przyjęcie weselnych gości.