Выбрать главу

Ania, w swej wyobraźni zamieniona w pannę Stefanię Rudecką, objęła gorącym spojrzeniem przyobleczony w podkoszulek tors Zenka; chłopak nawet w najśmielszych snach nie mógł przypuszczać, że kiedyś będzie dla kogoś uosabiał postać ordynata Michorowskiego, bohatera „Trędowatej”. Zresztą Ania zapewne nie przyznałaby się nawet do tego skojarzenia, znała bowiem postępowe poglądy swego przyszłego męża. Ale w tym pamiętniku pisała to, co uwznioślało szarą rzeczywistość. A także to, co nie było przeznaczone dla cudzych oczu. Dlatego znalazła się w nim uwaga, o której ani Pawlak, ani Kargul nie powinni byli na razie wiedzieć: że Zenek gotów jest twardo bronić swoich przekonań i dlatego właśnie może być porównywany z ordynatem Michorowskim:

„ Ordynat przecież wykazał się godną szacunku postawą: syn i wnuk arystokratycznej krwi obdarzył wzniosłym uczuciem istotę z niższej sfery. W imię miłości nie wahał się zadrzeć z całym swym rodem. W naszym przypadku to ja nie waham się postawić wszystkiego na jedną kartę. Gdyby tak dziadkowie dowiedzieli się o poglądach Zenka, to sierp byłby w robocie. Czy ja popełniam jakiś występek, nie zdradzając im uzgodnionego przez nas stanowiska? Ordynat też ryzykował, że straci oparcie w swoim rodzie. Robimy to dla miłości! Bez niej życie jest puste i szare. Czyż nie po to istniejemy, by latać wyżej niż kura? Życie jest szansą i zarazem ryzykiem: muszę stać za Zenkiem! Starzy muszą się pogodzić z tym, że mogą mieć albo nas, albo błogosławieństwo nieba. Ja jestem gotowa wznieść się na wyżyny miłości i zrezygnować z sakramentu, by nie deptać czyjegoś światopoglądu. Gorzej, że cokolwiek zrobię – będzie źle. Albo podepczę poglądy Zenka, albo tradycję rodziny.

Boże, Boże, czy zawsze wszystko musi się kończyć tak tragicznie jak „Trędowata”? Przecież żyjemy w XX wieku, a ja już na szczęście mam za sobą jedną próbę samobójstwa nieudaną, następnej nie mogę ryzykować…”

Kargul i Pawlak, dobierając w miarę gładkie deski na stoły dla weselnych gości, z utęsknieniem liczyli godziny do chwili, kiedy w Gminnym Urzędzie Stanu Cywilnego ich wnuczka i lokator zostaną połączeni węzłem małżeńskim. Przez to conocne ich pilnowanie obaj już z sił spadli, oczy mieli czerwone z niewyspania jak króliki. W dodatku wciąż ich dręczyła obawa, że Jadźka i Witia uprowadzą siłą Anię do domu, a to by oznaczało koniec ich nadziei na pozyskanie następców. Wójt Fogiel bez wahania przyspieszył termin ślubu, gdy tylko uzyskał od Pawlaka obietnicę, że jak ten pozyska mechanizatora rolnictwa na męża swej wnuczki, sprzeda wójtowi klaczkę. Ogiera miał mu odstąpić w chwili uzyskania odroczenia służby wojskowej.

Załatwili wszystkie sprawy cudzej i własnej przyszłości, organizowali wesele, nie przeczuwając nawet, z jak wielu stron czai się zagrożenie. Najgorsza była zdrada, która zalęgła się w umyśle i w duszy ich wnuczki niczym czerw w zdrowym jabłku.

Pilnowali jej nie tylko w nocy, ale i w dzień, kierując się słusznym podejrzeniem, że krew młodych jest bardziej gorąca niż gotujący się właśnie w ogromnym garze rosół z dwudziestu kur. Nie uszło ich uwadze, że spojrzenie Zenka chodzi za Anią jak wierny pies, że chłopak szuka każdego pretekstu, by zostać z nią sam na sam. Gdyby nie to, że udowodnił wierność ich ziemi, przenosząc chorągiewki poza granice pegeerowskich kartofli i zajmując w szkodzie państwowy kombajn, nie byliby wcale tacy pewni, czy to właśnie on jest najlepszą inwestycją na przyszłość dla nich i dla ich wnuczki. Sierota, bez pieniędzy – dawniej taki nie mógłby tak łatwo stać się jednym z samych swoich. Ale dawniej – jak mówił Tadeusz Budzyński, który na wszystko potrafił znaleźć chwyt – statki były drewniane, a marynarze z żelaza. Teraz, niestety, jest całkiem na odwrót. Z żelaza, a może nawet z hartowanej stali, było tylko ich przekonanie, że życie małżeńskie trzeba rozpoczynać z błogosławieństwem bożym…

Ledwie Ania w ślubnej sukience przefrunęła przez podwórze, by pod kierunkiem babci Maryni skrócić ją do pół kolana – a już Zenek odłożył nóż, umył ręce pod studnią i ruszył w ślad za nią.

– Isz go, buhajka – Kaźmierz przerwał krojenie flaków na kiełbasy i podejrzliwie zerkał w ślad za lokatorem. – Lizie za nią jak pastuch za wojskową orkiestrą!

– To źle? – Kargul widział w tym jedynie zaletę. – Taż po to ją z życiem uratował, żeb' się teraz mógł nią cieszyć.

– Aj, Władek, zapomniał ty, że zdrowy chłop pod względem kochania jest tak urządzony, że jemu obojętne, czy jedzie w siwki, czy w kare, byle jechać?

– Taż przecie on ślub bierze, żeb' jak najszybciej dojechać.

– Ot, ciekawość – półgłosem zwierzył się Kaźmierz z nurtujących go wątpliwości. – A wie on przynajmniej, że my jemu przed kościelnym tknąć Ani nie damy?

– A jak ty ich po cywilnym dopilnujesz, Kaźmierz? – westchnął z pewną bezradnością Kargul. – Taż mnie od tego stróżowania w głowie aż kołędzi sia.

– Żeb' jego wilcy! Ty by mógł księdzu proboszczowi w oczy popatrzeć, że o Panu Bogu nie wspomnę, jakby ty do grzechu dopuścił?

– A może my już z tym i tak zapóźnili? – Kargul zerknął na okna sypialni Pawlaka. – Bo coś cicho tam…

Pawlak nastawił czujnie ucha. Od strony domu rozległ się terkot maszyny do szycia.

Marynia podszywała sukienkę Ani, zerkając co chwila przez otwarte drzwi kuchni w stronę dużego pokoju. Zenek w marynarce od ślubnego garnituru stał z rękoma do góry: Ania obchodziła go jak słup ogłoszeniowy, sprawdzając szkody, którym uległa marynarka w czasie szamotaniny z kombajnistą Podobą. Pod pachami puściły szwy obu rękawów, ukazując białą podszewkę. Ania kazała mu zdjąć marynarkę, sama zaś podeszła do okna i unosząc ręce, zaczęła nawlekać nitkę w uszko igły. Jej piersi uniosły się. Zenek przełknął ślinę. Zbliżył się do drzwi, przymknął je. Jak kot zaszedł dziewczynę od tyłu i nagle objął swoimi wielkimi łapami jej piersi, jakby je zasłaniał przed ciosem noża.

Bo w tej chwili właśnie w drzwiach pokoju stanął Kaźmierz z rzeźnickim nożem w ręku. Ramiona Zenka opadły jak podcięte gałęzie. Odsunął się od Ani i skwapliwie pokazał Pawlakowi wyłażącą spod pachy marynarki naddartą podszewkę.

– Przy zajmowaniu kombajnu się podarło.

– Dobrze zrobił – uspokoił go Kaźmierz. – Kombajn więcej wart jak to odzienie. Będzie jego musiał dyrektor z mojej stodoły wykupić.

Zakręcił się niby w poszukiwaniu osełki do ostrzenia noża, a wychodząc kopnął butem drzwi, aż uderzyły z brzękiem w stojące w sieni wiadro. Przestraszona Marynia podskoczyła przy maszynie.

Kaźmierz, chcąc zaznaczyć swoją nieustającą obecność jako stróża obyczajów, zwrócił się do niej przesadnie głośno:

– Zadała siana krowom? – mrugając równocześnie porozumiewawczo i dając jej wymowne znaki, by czuwała nad tym, co się dzieje w dużej izbie.

Marynia wytrzeszczała oczy na Kaźmierza. Te dziwne jego grymasy i miny, ten rzeźnicki nóż w ręku sprawiał, że patrzyła na niego z lękiem. Pochylił się do niej i szeptem przekazał polecenie, by miała baczenie na młodych, bo w nich krew się burzy… Poprzez szum elektrycznej maszyny do szycia Marynia dosłyszała tylko ostatnie słowo i przytaknęła, że pewnie tak, pewnie zbiera się na burzę, to tak parno jakoś, wilgoć w powietrzu wisi…

– Aha, musi przez te wilgotność drzwi wypaczyły sia – powiedział głośno Pawlak, widząc jak skrzydło drzwi ze skrzypieniem zasłania mu wgląd do pokoju. Podszedł na palcach i starał się przytknąć oko do dziurki w zamku. Uderzył daszkiem maciejówki i czapka spadła na ziemię. Ustawił się więc bardziej bokiem i teraz uchem próbował zbadać sytuację. Po chwili odgiął się i uspokojony poinformował Marynię szeptem: „Póki gadają, to nie grzeszą”. Równocześnie, na wszelki wypadek, by ci za drzwiami nie pomyśleli sobie, że są na bezludnej wyspie, ostrym głosem wydał Maryni dyspozycję: