Widać już wyobrażał sobie to drżenie ziemi na podwórzu Pawlaka i Kargula, bo zerknął na portrety przywódców, jakby się chciał upewnić, czy ci słyszą i widzą, na kogo naprawdę mogą liczyć. Jak on działa – to wióry lecą! Zaraz ruszy motorem do Wrocławia, w telewizji dowie się o tę uwiedzioną pannę Blankę i osobiście przywiezie ją do Rudnik, by postawić Zenobiuszowi Adamcowi do oczu.
– A jak Franio nie zdąży przed ślubem?
– Tej Blanki?
– Naszej Ani i tego oszusta.
– Tym lepiej, niestety – nie zwracając uwagi na pełne przerażenia spojrzenia Witii i Jadźki, kapral uzasadnił rzeczowo; dlaczego to z punktu widzenia prawa byłoby korzystne opóźnienie działań. – Będzie wtenczas oskarżony o potrójną bigamię, niestety.
– A Ania?!
Franio Marczak widział wbite w siebie dwie pary oczu, w których czaił się ból i niepokój o los córki. Ale on wiedział, co mówi: po primo pierwsze – to przyłapać przestępcę na gorącym uczynku, po primo drugie – to mieć świadków. A co do Ani, to unieważni się ślub, niestety…
– Ale nocy poślubnej nie da się unieważnić! – Jadźka oskarżycielsko wycelowała palec w pierś kaprala. Ten potwierdził jej obawy skinieniem głowy i ulubionym słówkiem „niestety”.
– Sprawiedliwość wymaga ofiar – rozłożył ręce. – Ale prawo jest prawem, niestety. Trzeba działać przez zaskoczenie – to powiedział już konspiracyjnym szeptem, jakby w obawie, że jego plan taktyczny przestanie być tajemnicą służbową. – Biorę to na siebie, niestety.
A wy idźcie do domu i czekajcie. A nikomu ani mru-mru.
Wytrzeszczył znowu swoje wypukłe zajęcze oczy i położył palec na ustach, oglądając się na portrety, jakby odbierał od Jadźki i Witii przysięgę milczenia. Obydwoje skinęli równocześnie głowami i wydawało im się, że postacie z portretów spojrzały na nich z większym ciepłem.
Stali w milczeniu na schodkach, obserwując przygotowania kaprala do akcji. Moszcząc się na siodełku motocykla Franio przyciągnął na brzuch raportówkę. Wyjął z niej kajdanki, potrząsnął nimi w powietrzu, patrząc wymownie na Jadźkę i Witię. Miało to oznaczać, że mogą być spokojni: jeśli nawet Urzędnik Stanu Cywilnego wręczy Ani i Zenkowi złote obrączki, to on, Franio, ma dla tego oszusta o wiele lepsze, z nierdzewnej stali.
Ruszył ostro drogą do Lutomyśla, jakby gnał odebrać już czekające na niego kapitańskie szlify.
Jadźka, zamiast do domu, skręciła w prawo.
– Ty gdzie? – spytał Witia.
– Do kościoła. Pomodlić się.
– Za Anię?
– Za tego oszusta – widząc zaskoczenie na twarzy męża, wyjaśniła z zaciętą miną – Niechby ten drań jak najwięcej dotąd uwiódł. Wtedy by dostał wyrok jak na kościelnym ślubie: dożywocie!
„Przymierzałam welon i aż mi żal, że nie będę go mogła nigdy włożyć. Ale przynajmniej, choć nie wezmę kościelnego ślubu, to sobie zrobię zdjęcie, żeby moje dzieci widziały, jak mi ślicznie było w ślubnym welonie.
Pełna kultura, Francja elegancja. Ale skąd do fotografii mirtowy wianek? Jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, czy po cywilniaku a przed kościelnym można stracić wianek (jak to śmiesznie określa babcia Anielcia). Pytałam się siebie, czy to grzech? A teraz wiem, że grzechem jest, jak człowiek coś robi przeciwko sobie. Moja próba samobójstwa była grzechem – a okazała się szczęściem. Jeśli ktoś mi uratował życie, to chyba ma prawo mieć mnie całą razem z duszą? Zresztą żyjemy w dwudziestym wieku i nawet sam Pan Bóg musi się zdobyć na trochę luzu, inaczej by się strasznie nudził. Najważniejsze, że Zenek się we mnie zachwycił (sam to powiedział), a ja mam drzazgę w sercu, którą tylko on może wyjąć. Jesteśmy dla siebie stworzeni, choć ja jestem tradycyjna, a Zenek nowoczesny, ja romantyczka, a on jest ścisłowcem. Zna na pamięć procenty wzrostu dochodu narodowego od 1970 roku. Jako wychowanek domu dziecka wierzy tylko w portrety i hasła. Dla niego nie istnieje Święty Mikołaj, tylko Dziadek Mróz; liczy się 1 maja, a nie 3-ci, święto niepodległości nie kojarzy mu się z listopada, jak moim dziadkom, tylko z 22 lipca! Ja się mogę z tym pogodzić, ale dziadkowie? Ale czy mam żyć do tyłu? Zenek w końcu bierze ślub ze mną, a nie z nimi, a pieniądze najwyżej zwrócimy.
Ciekawe, co oni zrobią, jak się dowiedzą o Zenka światopoglądzie?”
Tymczasem Pawlak i Kargul zajęci byli w tej chwili zupełnie czymś innym niż rozpatrywanie światopoglądu przyszłego męża Ani.
Zamknęli się w chlewni, z której wygnali wszystkie tuczniki z wyjątkiem tego najbardziej kostropatego, który zdaniem Kaźmierza właśnie ze względu na swą postawę nadawał się do odegrania historycznej roli w życiu ich rodziny. Na cementowej podłodze leżały rozrzucone puste pudełka po czarnej paście. Kaźmierz, wysuwając język przez zęby, jak to robią dzieci przy wiązaniu sznurowadeł, kolistym ruchem zaczerniał szczotką białawą powierzchnię świńskiego zadu. Okraczył zwierzę, jakby miał zamiar go dosiąść i pogalopować wierzchem, siedząc plecami do świńskiego łba. Kargul klęczał na podłodze, przytrzymując za tylne nogi zniecierpliwionego wieprza.
– Oj, nie lubisz ty tego, nie lubisz – mruczał Kaźmierz, mażąc szczotką pod zakręconym w precelek ogonem. – To dla ciebie nie w guście.
– Ot, tobie na! Taż nawet świnia nie lubi, jak się robi z niej wariata – stwierdził Kargul, próbując dłonią rozsmarować pastę na białym boku wieprza. – Opryskiwaczem raz-dwa by poszło.
– Amerykańska technika dobra przy masowej produkcji – Kaźmierz potraktował widać poważnie propozycję Kargula. – Na prototyp ręczna robota opłaca sia.
– Zagraniczne turysty płacą państwu twardą walutę za każdego dzika – Kargul snuł dalej ekonomiczne kalkulacje. Z początku był zaskoczony pomysłem Pawlaka: jak nie zrobisz z wody bimbru, tak nie uda się przy pomocy szuwaksu przefastrygować domowej świni na dziką lochę. Kaźmierz jednak się upierał przy swoim: teraz przyszły takie czasy, że wszystko jest farbowane. Jak Gierek może mówić o PRL-u jako o demokracji, to i zwykła świnia może udawać dzika! Długo wybierał spośród tuczników w chlewie egzemplarz najbardziej nadający się do przeróbki. Upatrzył sobie sztukę o zmierzwionej szczecinie, wydłużonym pysku i – jak to sam określił – kostropatej posturze. Umieścili ją z Kargulem w zbitym z desek kojcu. Za pomocą szczotki i pasty Kaźmierz podjął się dokonać przeróbki. Kargulowi zlecił jedynie prace pomocnicze: miał trzymać wyrywającą się świnię za nogi i od czasu do czasu dać jej po łbie, żeby przykucnęła. Kargul patrzył z początku nieufnie na dzieło Pawlaka, ale w miarę pogłębiania się artystycznego efektu począł się angażować w program tej transformacji domowej nierogacizny w dziką zwierzynę. Po chwili gotów był uznać to za swój pomysł i pragnął go rozwinąć niemal na skalę przemysłową: czy nie mogliby nawiązać koprodukcji z państwem i zamiast tego prototypu wypuścić większą serię takich malowanych dzików jako cel dla zagranicznych myśliwych?
– Oj, Władek – Kaźmierz pokiwał z politowaniem głową nad naiwnością swego wspólnika. – Taż kiedy ty nauczysz sia ekonomicznie myśleć? My uruchomimy produkcję, myśliwe trafią, a państwo sobie dolary weźmie, tak?
– Tego pieniądz, czyj dzik – mruczał Kargul, któremu żal było marnować taki oryginalny pomysł na jednorazowy użytek.
– Dzików u nas jak pchłów w kożuchu – Kaźmierz zsiadł z grzbietu świni i oddaliwszy się o dwa kroki, przyglądał się z wysuniętym przez zęby językiem swemu dziełu. – Tylko skąd tych turystów wziąć?
Obszedł kojec i patrzył przez chwilę, jak Kargul drugą szczotką pracowicie pucuje podgardle wieprza. Od grzbietu aż po brzuch warstwa rozmazanej pasty pokrywa różową szczecinę, po której szczotka ślizgała się jak po mydle.