Dyrektor Pilch, stojąc o pół kroku za swoim gościem, pierwszy dostrzegł przesuwający się przez wrzosowisko czarny grzbiet dzika.
Trącił łokieć towarzysza Szproty, wzrokiem wskazując kierunek.
Szprota podrzucił sztucer do oka. Padł strzał, ale zwierzę sunęło dalej. Lufa sztucera odprowadziła go kawałek. Palec nacisnął spust. Drugi strzał targnął ramieniem myśliwego.
Pawlak usłyszał świst kuli. Upadł na kolana w krzakach i odruchowo zasłonił oburącz głowę, jakby w tej chwili miał mu zwalić się prosto na maciejówkę cały niebieski sufit.
„Dzik” po drugim strzale poderwał się do biegu, ale potknął się i przewrócił na bok, bo przywiązany do jego nogi sznurek zaczepił się o korzeń.
Ukryty w krzakach Kargul dzierżył oburącz kij z namotanym sznurkiem. Kiedy rozległ się trzeci strzał, posypały się na jego kapelusz ścięte pociskiem gałązki. Rymnął na ziemię jak długi, wypuszczając z ręki koniec sznura.
– Tędy, tędy – krzyczał podniecony myśliwy, przedzierając się przez gęstwinę z gotowym do strzału sztucerem. – Widziałem, jak dostał!
– Potknął się – potwierdził Pilch, sunąc za plecami gościa z dubeltówką, z której wcale nie miał zamiaru skorzystać. Wypadli obaj na skraj wrzosowiska. Szprota rozglądał się czujnie naokoło, jakby w obawie przed nagłym atakiem. Dostrzegł sosnę z obłamanym konarem. Ruszył w tę stronę.
– W tym miejscu miałem go na muszce – trząsł się cały z emocji. – Musiał dostać!
– Gratuluję – rzucił przypochlebnie dyrektor Pilch, dziękując w duszy Panu Bogu i Pawlakowi, że dzięki nim przynajmniej sprawdziły się obietnice złożone inspektorowi.
– Jest? Trafił?! – dopytywał się Pawlak, który zdyszany, w przekrzywionej maciejówce, wyłonił się z krzaków.
– Murowane – stwierdził z pewnością siebie towarzysz Szprota. – Musi tu być farba.
Przyklęknął, macając wśród wrzosów w poszukiwaniu krwi. Bystre oko Pawlaka dostrzegło jasną nitkę szpagatu, która ciągnęła się między wrzosami. Musiał zrobić wszystko, żeby odciągnąć z tego miejsca żądnego ofiary myśliwego.
– Aj, to paskudnie! Dziki kaban jak ranny, to on gorszy od wściekłego psa. Lepiej my jemu z drogi zejdźmy…
Zaczął się wycofywać. Myśliwy zmierzył go takim spojrzeniem, jakby Pawlak namawiał go do kupna dziczyzny w „delikatesach”.
Za kępą krzaków zachrząkał przyjacielsko wieprzek. Kaźmierz krzyknął, jakby ujrzał w tej chwili szarżującego odyńca z szablami wielkimi jak kły słonia:
– Atakuje!
– Sam zerwał się do ucieczki, co sprawiło, że i myśliwy ruszył truchtem za nim. Nie zrobił więcej niż trzy kroki, kiedy zawadziwszy nogą o rozciągnięty sznurek, padł na ziemię, wypuszczając z ręki sztucer. Musiał w ostatniej chwili nacisnąć spust, bo broń wypaliła i kula świsnęła tuż koło ucha Pilcha.
Dyrektor zamarł i patrzył z przerażeniem na przebieg wypadków.
Towarzysz Szprota poderwał się z ziemi, zarepetował sztucer i odwrócił się w tę stronę, z której należało się spodziewać ataku rozwścieczonego raną odyńca. Ujrzał stojącego spokojnie czarnego wieprzka z oklapłymi uszami i skręconym w precelek ogonem. Od jego nogi aż do miejsca, w którym nastąpił upadek towarzysza Szproty, ciągnął się szpagat. Na widok człowieka malowany dzik chrząknął przyjaźnie i ruszył naprzeciw, jakby oczekując nagrody za wszelkie cierpienia, jakie mu dotąd zadano. Za jego nogą ciągnął się sznurek. Osłupiały Szprota opuścił sztucer, schylił się. Ze sznurkiem w ręku spojrzał wymownie na Pawlaka. Ten udawał, że w tej chwili największą jego troską jest stan zdrowia myśliwego.
– Nie za bardzo on potłukł sia, a? – zagadał i z życzliwym uśmiechem zaczął otrzepywać z mchu kolana gościa, całkowicie ignorując obecność świni, która podeszła do niego i niczym pies zaczęła ocierać się o jego kolana.
Myśliwy odsunął rękę Pawlaka, jakby brzydził się jej dotyku.
Zarzucając broń na ramię, zwrócił się do dyrektora Pilcha, jego głos brzmiał tak, jakby ktoś pocierał o siebie ostrza dwóch noży.
– Nie zapomnę nigdy tego polowania.
Była w tym obietnica, że zrobi wszystko, by Ryszard Pilch dostał to, na co zasłużył, kompromitując powagę osoby inspektora kontroli. Było ewidentne, że incydent z wycieczką radzieckich przyjaciół nie był tylko przypadkowym nieporozumieniem. Tamta nieodpowiedzialność rewizjonisty została dziś potwierdzona świadomą próbą ośmieszenia przedstawiciela władz wojewódzkich.
Takiemu człowiekowi nie można powierzyć odpowiedzialnego stanowiska, a tym bardziej broni palnej. Towarzysz Szprota wyrwał z rąk osłupiałego Pilcha swoją dubeltówkę i zarzuciwszy ją na drugie ramię, oddalił się krokiem człowieka, który może przegrał bitwę, ale wie, jak wygrać wojnę.
– Popamiętacie mnie, Pawlak – przez zaciśnięte zęby wysyczał Pilch, mierząc od stóp do maciejówki mikrą postać.
– A na coż ta denerwacja – Kaźmierz wzruszył ramionami. – Ja swoje zrobił: dzika obiecał i dzik jest!
– To jest dzik?! – Pilch klepnął wieprza po grzbiecie i podsunął przed oczy Pawlaka umazaną szuwaksem dłoń. Kaźmierz spojrzał zezem na wieprza, jakby sam był zaskoczony jego istnieniem.
– Widno teraz takie farbowane są.
– A to? – Pilch tak szarpnął za szpagat, że wieprzkowi podwinęła się tylna noga i przewrócił się na bok jak po strzale Szproty. – Odpowiecie mi za kłusownictwo!!
Kaźmierz wyrwał sznurek z jego ręki, kopnięciem w zadek zmusił wieprzka, by podreptał w stronę duktu. Nie oglądając się, rzucił przez ramię w stronę osłupiałego przebiegiem wydarzeń dyrektora: Ot, dziermoli! A kto mnie zabroni z pastowanym kabanem po lesie spacerować, a?”
Pilch opadł na pieniek, jakby uszło z niego powietrze. Był skończony. Ale i Pawlak nie miał przyszłości: może pożegnać się z nadzieją na posadę dla tego przeklętego stażysty.
„Dziś jeszcze jestem Pawlakówna. Jutro będę: AA Anna Adamiec.
Nawet jeśli zgrzeszę, to będę się spowiadać na całkiem nowy rachunek. Widzę, jak Zenek przez okno macha do mnie z górki dziadka Kaźmierza. Gdzie będziemy jutro o tej porze? Razem czy osobno?”
„Jadą, jadą, jadą” – z tym okrzykiem wpadła na podwórze banda dzieci, zapowiadając nadjeżdżającą „wołgę”. Kaźmierz w uroczystym ubraniu, z wielkim jak buła krawatem pod szyją, spojrzał na Marynię, a grdyka poruszyła mu się z hamowanego wzruszenia.
Rozejrzał się po podwórzu, jakby sprawdzał, czy wszystko i wszyscy są na swoim miejscu.
Na tę uroczystość sprosili samych swoich: był młynarz Kokeszko z wielką rodziną, Wieczorkowie, z którymi razem kiedyś chronili się przed atakiem czołgów w Pawlakowej piwnicy, wójt Fogiel, który wydał słynny salomonowy wyrok w sporze o kota, oraz wszyscy ci, którzy już osiedlili się w Rudnikach po pierwszych osadnikach i dlatego traktowali Pawlaków i Karguli jako tych, którzy tu kładli kamień węgielny pod fundament życia sąsiedzkiego. Rozglądali się teraz po podwórzach obu dziadków panny młodej, wspominając czasy, gdy dzielił je płot. Na dzisiejszą okazję zielone gałęzie ozdabiały ganki obu domów, na środku podwórza stały stoły, przy których mogło się pomieścić i ze sto osób; na stołach mieniły się wszystkimi kolorami butelki oranżady, piwa i wódki; stały pełne sałatek salaterki, na półmiskach wiły się pęta kiełbas…
Zdziwienie niektórych gości oczekujących na powrót młodej pary wywołało to, że przy wozie stały klaczka i ogierek w pełnym rynsztunku, jakby Pawlak przewidywał dla nich jakąś trasę. Wójt, który uważał się za gościa weselnego pierwszej wagi i na tę okazję przypiął do klapy marynarki oprócz krzyża Grunwaldu także miniaturkę orderu „Za Odrę i Nysę”, pociągnął w pewnej chwili Pawlaka za rękaw: „Na co te konie naszykowane?”