Szprota zatrzymał się, popatrzył na dyrektora, jakby już w tej chwili ogłaszał nieodwołalny wyrok, który zaważy na całej przyszłości rodu Pilchów.
– Zmarnowałem noc. Ale przyjechałem tu na dłużej – zabrzmiało to jak groźba. – Jeśli wasze obietnice znajdą pokrycie w faktach, to łatwiej mi będzie uwierzyć w inne wydarzenia, które podajecie za fakty…
Nie był dzieckiem. Zrozumiał, że wielki inkwizytor zostawił mu jeszcze cień szansy. Musiał się tylko wykazać. Ale w tej chwili miał przed sobą tylko plecy inspektora, który wciskał się do samochodu, zawadzając lufą dubeltówki o ramę drzwi. Pilch szybko uniósł nakrętkę do ust, przełknął koniak i zakręcając buteleczkę wyraził głośno zdziwienie, że chyba lotnik trasę zmylił, niepotrzebnie przelatywał nad lasem i przez to wypłoszył zwierzynę…
– Tu się u was dzieje wiele nieprzewidzianych rzeczy – towarzysz Szprota powiedział to jak człowiek, który bynajmniej nie przyjechał tu dla przyjemności polowania, ale by przywrócić światu równowagę opartą na naukowym, marksistowskim światopoglądzie.
Kiedy Pilch zajął miejsce za kierownicą „warszawy”, jego pasażer pochylił się i pociągnął nosem, jakby dyrektor był co najmniej okazem lilii.
– Aha, więc znowu za kierownicą po spożyciu alkoholu – powiedział z miną, która świadczyła, że ani na chwilę nie przestał pełnić swoich powinności.
– Zgadza się, dziabnąłem sobie – gorliwie przytaknął Pilch, gdyż w jego sytuacji posądzenie o alkoholizm mogło być deską ratunku.
„Warszawa” ruszyła leśnym duktem, a nad nią, niczym sęp nad padliną wykonał koło samolot „gawron”.
Najpierw rozległ się głuchy tętent końskich kopyt, a potem z białego tumanu, niczym z grudniowej śnieżycy, wyłonił się deresz, obsypany białym pyłem z samolotu. Kargul rozgarniał przed nosem mgłę. Kaźmierz, rozłożywszy szeroko ręce, cmokał na przestraszonego ogiera, wabiąc go ku sobie: „Cisia, cisia, nie boi sia; maleńki…”
Koń przeszedł z galopu w kłus i okrążył gospodarza. Kaźmierz nadal mówił do niego jak do wylęknionego dziecka, ale na widok wyłaniającego się znowu zza lasu jednopłatowca wykrzywił się w grymasie wściekłości:
– Ot, suczy syn cholerski – Kaźmierz patrzył na „gawrona”, jakby już brał go na muszkę karabinu maszynowego – Żeb' jemu skrzydła odpadły! Żeb' on w kapustę zarył sia! Lata i lata, jakby wojna trzydzieści lat temu nie skończywszy sia!
– Chemizację robi – stwierdza Kargul, jakby chciał pouczyć Pawlaka, że jego świadomość nie nadąża za postępem w dziedzinie rolnictwa.
– Przez niego kury przestali się nieść!
– Postęp kosztuje – Kargul objął wzrokiem zalaną zielenią ziemię. – Ale dzięki temu przedstawiciel postępu w osobie mechanizatora rolnictwa może naszej ziemi przyda sia.
– Ot, pomorek, jaki to on postępowy zrobiwszy sia. – Pawlak nałożył kantar ogierkowi i teraz uwiązywał go do palika za stodołą Na tym postępie, póki co, to ja stratny jestem. Kabany ze strachu z wagi spadli.
– Syp im więcej – doradził Kargul, wciąż rozglądając się w sadku za stodołą w poszukiwaniu Zenka.
– Żeb' ty na Aninym weselu miał tłuściejsze kiełbasy, co?
Znowu nadleciał samolot. Słysząc huk silnika, ogier Pawlaka szarpnął się do tyłu i wyrywając palik ruszył galopem w ślad za klaczą, jak ułański koń, który usłyszał trąbkę grającą sygnał „do ataku”. Pawlak patrzył na nadlatujący samolot wzrokiem, który powinien wypalić w jego skrzydłach pokaźne dziury.
– Aj, żeb' ja miał ten karabin, co na początek, jak my tu Polskę składali, to ja by go raz-dwa na ziemię spuścił jak dzikie kaczke!
– Całe szczęście, że to nie te czasy – Kargul z mniejszym entuzjazmem odniósł się do okresu, w którym Pawlak był uzbrojony w karabin, a granaty trzymał w kieszeni świątecznego ubrania. – Wtenczas nam ogniem przyszło perz trzebić, a teraz państwo z nami w koegzystencji.
Widząc wytrzeszczone zdumieniem oczy Pawlaka, wskazał gestem ich kartoflisko, które sąsiadowało z polami PGR-u. Właśnie na ich kartofle opadał teraz biały pył, który miał wytruć wszechobecną stonkę. Pawlak przekrzywił głowę, jakby podejrzewając, że to może oznaczać bezprawną próbę zawłaszczenia ich ziemi.
– Albo ten koniosraj Pilch coś knuje, albo przez pomyłkę sypią na nasze.
– Ich pomyłka, nasz zysk!
– Et, gadanie – Pawlak strzepał ze swojej maciejówki biały osad, który opadł z nieba. Państwo się już kilka razy co do nas pomyliło i nikt z tego zysku nie miał. Ani my, ani oni…
Nagle aż przykucnął, widząc nisko nadlatujący z powrotem samolot: Wizgot silnika poderwał oba konie do gwałtownego galopu.
– Ot, pomorek! – Kaźmierz z pretensją popatrzył na Kargula. – Masz te swoje chemizacje!
Wygrażał pięścią oddalającemu się samolotowi. Biegnąc miedzą w ślad za końmi, nie przestawał składać obietnic „gawronowi”, jakby to nie była maszyna, lecz żywa istota: „Czekaj ty, draniu sobaczy!
Już ja cię do kapitulacji zmuszę! Na milicję zapodam!”
– I byś przegrał – dobiegł go bas Kargula, który wielkimi krokami sadził w ślad za sąsiadem.
– A jakim on prawem na moje niebo wlata?
Kaźmierz wyhamował, zawrócił i ruszył w stronę stodoły, jakby podjął ostateczną decyzję.
– Ty gdzie? – Kargul rozstawił szeroko ręce, próbując go zatrzymać w biegu.
– Do Frania na posterunek!
– Ot i w kałabanię by ty wdepnął! – Kargul obrócił Pawlaka z powrotem twarzą ku polom. – Własnego zięcia byś na milicję zdał.
– Ty co, oczadział? – Pawlak wytrzeszczył oczy na Kargula: Dlaczego ten z takim zachwytem patrzy w stronę ich kartofli? O czym mówi?!
– A cóż jemu tak oczy dęba stanęli, a? – Kargul pomachał ręką, jakby kogoś witał z daleka. – Ania nasza wiedziała, na kogo stawiać.
W rzednącej powoli mgle chemicznych środków, która opadała na ich kartoflisko, Pawlak dostrzegł dżinsy i czerwoną koszulę Zenka.
Przeskakiwał rzędy kartofli, niosąc na ramieniu dwa kije z żółtymi chorągiewkami. Te chorągiewki miały dla pilota wytyczać poddany chemizacji obszar PGR-owskiej ziemi. Ku zdumieniu Pawlaka żółte trójkąciki sięgały aż do ich miedzy. Teraz właśnie Zenek wbijał ostatnie dwie w pobliżu stodoły; tak że ich linia obejmowała pola Pawlaka i Kargula. Tę nową granicę właśnie pierwszy dojrzał Kargul, który teraz stwierdził z najwyższym zachwytem:
– My jego o amory podejrzewali, a on gospodarzy na całego!
– A może ten czort łabajowaty nasze ziemie przyłączył do PGR-a, – Pawlak, jak zawsze podejrzliwy, nieufnie spoglądał na Zenka, który wbijał na skraju jego kartofliska chorągiewkę na kiju – Taż on na stażu u nich!
– A u nas na całe życie – przypomniał mu Kargul, obejmując w odruchu zachwytu Pawlaka i przytulając go do swej szerokiej piersi. Kaźmierz rozjaśnił się wewnętrznym szczęściem: znaleźli sojusznika dla siebie i swojej ziemi!
– A to chwost złodziejski – ze szczerym uznaniem pokiwał głową. – Dla naszej stonki to wróg, a dla naszej ziemi to skarb. Ot, człowiecze, myślał ja, że jak on z dyplomem, to prosto bezlitośnie nie do życia!
– Teraz widać państwo takie dyplomy wymyśliło, że nie przeszkadzają przytomnie myśleć.
Obaj ruszyli naprzeciw Zenka. Ten wbijając w ziemię palik, patrzył w stronę gospodarzy, jakby czekając na ich reakcję.
– Wcześniejszy on od skowronka – Kaźmierz objął ciepłym spojrzeniem potężne ramiona chłopaka.
– I od samolota – dorzucił znacząco Kargul, patrząc wymownie na linię żółtych chorągiewek, obejmujących ich pola.
– Samolot państwowy – ostrożnie zauważył Kaźmierz, bacznie obserwując reakcję swojego lokatora. Zenek uśmiechnął się szeroko, aż jego białe zębiska błysnęły jak u wilka.
– A czyje jest to państwo? Naukowo patrząc jest to państwo ludu pracującego – Zenek jakby czytał teraz teksty z jakiegoś starego „notatnika agitatora”, gdzie dla ułatwienia percepcji najpierw podawano pytanie, by udzielić na nie słusznej odpowiedzi. – A te wasze kartofle i rzepak kto kontraktował?
– Państwo – Kargul znalazł odpowiedź już bez pomocy Zenka.
Patrzył na niego z rosnącym uznaniem. Ten chłopak nie da im zrobić krzywdy. Aż przyjemnie go było posłuchać.
– Czy chemizacja to postęp? Bezwarunkowo tak! A postępowi nie ma co dawać kontry – Zenek sam pytał i z wyraźną satysfakcją sam odpowiadał. – Jakby wiatr był, to by nie zwiało i tak na wasze?
Zwiałoby! Ale jak wiatru nie ma, to trzeba naturze pomóc i chorągiewki przestawić…
– Dożyli my czasu, że lotnictwo nam sprzyja – Kargul z wyższością spojrzał spod opuszczonego ronda kapelusza na drapiącego się pod maciejówką Pawlaka. – Tak ja jemu roztłumaczał.
– Ty naszym koniom to podrobno roztłumacz, bo one silnie przestrachane i może być znowu ogier ochwat złapie!
We trzech zaczęli zachodzić Pawlakowego deresza, który utknął w rzepaku i nerwowo rzucał łbem. Zenek szedł w środku tej tyraliery i wygłaszał sądy, które wyraźnie nie w smak były Pawlakowi. -
Lepsze są konie mechaniczne – wykładał swój pogląd zgodnie z posiadanym dyplomem mechanizatora. – Nie płoszą się i mają części zamienne. Obiektywnie patrząc koń to przeżytek.
– Jak powiedział?! – Kaźmierza aż zatkało od tej opinii. Przecież on nawet i ożenił się nie z miłości do Maryni, a z tego powodu, że jej ojciec dawał córce konia w wianie. A w porównaniu z jego dereszem tamten koń był jak wielbłąd przy anglo-arabie, a wiadomo, że wielbłąd to koń, co się przyśnił garbatemu. Przecież ten jego ogierek to jak z ułańskiego snu – prosto cud! Takim koniem i lód na rzece przeorzesz! Gorące argumenty Kaźmierza nie przekonały mechanizatora rolnictwa.
– I tak przecie kółkowym traktorem orzecie – Zenek był przez Anię dobrze zorientowany w gospodarczych uwarunkowaniach jej dziadków.
– Koń nie wart tego, co zeżre.
– Ot, tobie na! – oburzył się Pawlak – Dopiero co wójt Fogiel dawał mnie za niego pełne teczke pieniędzy!
– I pan nie wziął? – szczerze zdziwił się Zenek.
– A czym ja do kościoła pojadę? – Pawlak odpowiedział pytaniem na pytanie. – Jak furmanką jedziesz, to nie to, co taksówką: i ty wszystko widzisz, i ciebie wszyscy widzą.
– Teraz trzeba ekonomicznie główkować, a nie grzęznąć w sentymentach – Zenek wypowiadał te sądy bez najmniejszego wahania, a co gorsze, bez szacunku dla uczuć Pawlaka. – Epoka stawia wymagania. Jak Polska ma dogonić Japonię, to należy czworonogi sprzedać, ciągnik kupić, pełną mechanizację wprowadzić, a wtedy ręce w kieszeń, krawat na szyję, konto w banku, koniak w lodówce – i można świat doganiać!