Выбрать главу

– Awo, patrzajcie go – buczał Kargul, wykrzywiając się szyderczo.

– Jaki to prędki, żeb' prawnuki solić! Jeszcze ty mu posady nie załatwił, a już się nim rozporządzasz?

– Ot, pomorek! Kto jego pierwszy na lokatora wziął, ten go będzie dalej miał!

– Posłuchaj, Kaźmierz – Kargul wyszedł z konstruktywną propozycją, wyciągając przy tym do Pawlaka dłoń, jakby chciał dobić targu przy kupnie jałówki. – Kto jemu posadę załatwi, ten jego pod dach dostanie. Stoi?

Pawlak głową niby to pokiwał, ale jego chytrze zmrużone oczka mówiły: Ano, możeś ty i mądrze pomyślał, ale głupio na tym wyjdziesz…

Marynia otrzepała już z naftaliny ciemny garnitur męża, Kaźmierz postanowił udać się do samego majątku i tam w pałacyku poszukać najpierw wsparcia u ojca dyrektora Pilcha. Nie raz już rozmawiał ze starym Rotmistrzem. Łatwo znaleźli wspólny język, choć Rotmistrz był ułanem, a Pawlak ze względu na mikry wzrost nie dostąpił zaszczytu służby wojskowej.

Kiedyś Rotmistrz widział jak Pawlak po orce wycierał u miedzy spocone konie wiechciem siana. Przystanął przy nim wsparty na lasce i z takim smakiem pogadali sobie o naturze koni, z jakim inni mężczyźni rozmawiają o kobietach. Bo czy jakaś kobieta przybiegnie galopem na jedno gwizdnięcie? A tak właśnie reagował deresz na głos swego pana. Konie Pawlaka lepiej go rozumiały niż reszta rodziny. Wystarczyło, by powiedział głośno „Wio, maluśkie na piwo!” a stawały pod gospodą. Żeby to Rotmistrzowi udowodnić, zaprosił go na wóz. Wrzucił pług, cmoknął, zaproponował koniom piwo i za chwilę znaleźli się pod gospodą. Tam Rotmistrz tak się rozrzewnił, że opowiedział o swojej klaczy Dianie, na której wjechał na dzwonnicę cerkwi po drodze na Kijów…

Tak więc łączyło ich miłość do koni i niechęć do sąsiadów ze Wschodu: obaj chętnie by się tam wybrali, tyle że Rotmistrz aż do Kijowa, podczas gdy Pawlakowi wystarczyłoby osiągnąć Krużewniki.

Teraz Pawlak liczył skrycie, że Rotmistrz poprze jego prośbę o przyjęcie na stałą posadę mechanizatora rolnictwa Zenona Adamca.

Ale znał zasady Rotmistrza i wiedział, że przed nim winien stawić się jak ułan na odprawę wart. Kazał Maryni uprasować białą koszulę, a sam zaczął się golić.

Zanim Kaźmierz zdążył się przygotować do realizacji swoich planów taktycznych, Kargul już zaczął wcielać w czyn swoje koncepcje, dostrzegł bowiem za stodołą Pawlaka urzędową osobę. Wójt Fogiel nisko pochylony nad końską pęciną, badał, czy ogier Pawlaka ma nadal ochwat. Wójt po stracie swego konia marzył we śnie i na jawie o pozyskaniu koni Pawlaka. Chciał wzmocnić swoją pozycję, stając się właścicielem ogiera, który zebrał już kilka dyplomów na wystawach rolniczych…

– Wasz lokator gada, że koń to przeżytek – zaczął wójt, witając się z Kargulem. – To może by Pawlak sprzedał te przeżytki?

– Czemu nie zmądrzeć? – Kargul na wszelki wypadek rozejrzał się, czy nie ma gdzieś w pobliżu Kaźmierza. – Grosz na wesele przyda się.

– I obydwa? – wójt ożywił się, poklepał kobyłę, popieścił głodnym okiem deresza. – Ile za niego?

O tym właśnie marzył Karguclass="underline" ugadać wójta – to była wielka szansa na posadę w Urzędzie Gminnym dla Zenka. A wówczas to on, Kargul, miałby młodą parę pod swoim dachem! Konie były wprawdzie Pawlaka, ale – wnuczka była wspólna i wszak wspólnie ją chcieli wydać za mąż dla wspólnej przyszłości…

– Dogadamy sia – zaczął dyplomatycznie, wciąż oglądając się na stodołę Pawlaka. – Byle byście chłopaka na posadę wzięli.

Fachowiec on, z dyplomem…

– Masz ci los! Jak ja go wam zachwalałem tymi samymi słowy, to go Pawlak nie chciał wziąć na kwaterę – Fogiel wspomniał pierwszą rozmowę na temat stażysty. – Jak żem powiedział, że to sierota, to Pawlak zaraz hyru narobił, że najducha nie będzie u siebie trzymał.

– Taż taki najlepszy – Kargul roztkliwiał się nad sierocą dolą Zenka, byle tylko wójt dostrzegł, jak w porównaniu z nim Pawlak jest zacofany. – Będzie się rodziny trzymał. Mechanizację on kocha jak wy konie. Wysoko szkolony – rozpływał się dalej nad walorami swego kandydata na urząd państwowy. – A przy tym bezlitośnie grzeczny. Wychowanie to on prosto sanacyjne ma! I patriota szczery. Jak pierwszy raz nas ujrzał, co to z Anią odratowaną tu przytarabanił sia, to gada: „Od razu widać, że rodaki zza Buga, bo niedzisiejsze, miast traktora ogonów trzymają sia”…

Tak się rozpływał nad charakterem i rozumem Zenka, tak go zachwalał wójtowi, że nie zauważył stojącego we wrotach stodoły Pawlaka. Kaźmierz nie spuszczał oka z wójta, który właśnie obchodził jego ogiera, jakby chciał sprawdzić, czy ma cztery nogi i ogon na miejscu. Pochylił się znów nad przednią pęciną, macał nogę, jakby to było babskie kolano.

– Ochwat niedawno złapał – powiedział muskając wąsy i patrząc znacząco w ocienione rondem kłapciatego kapelusza oczy Kargula. – Jaki będzie na nim upust?

– Tyle, co pensja Zenka w gminie – chytrze to Kargul wymyślił.

Podstawiał dłoń, żeby Fogiel swoją przybił zawarty z obopólną korzyścią interes. Zanim jednak rozległo się plaśnięcie, Kaźmierz nasadził na bakier maciejówkę i kilkoma kroczkami dopadł Kargula, chwytając od tyłu jego uniesioną do ugody rękę.

– Ot, chabaź jeden! A tobie kto pozwoleństwo dał moimi końmi rozporządzać sia?

– Dla Zenka to robię – Kargul szarpał się, by nie dać sobie wykręcić ręki w łokciu.

– Z mojej kieszeni?

– Dla zbudowania wspólnej przyszłości…

– Znam ja takich „budowniczych Polski Ludowej”. Buduj se swoją przyszłość nie na moim garbie.

– Tu o szczęście Ani idzie…

– Pilnuj ty swoich gnid na głowie, a ja już jej szczęścia dopatrzę! – Kaźmierz zgiętym kolanem popchnął Kargula poniżej krzyża, tak że ten postąpił kilka kroków, machając jak wiatrak rękoma dla utrzymania równowagi. Odwrócił się w stronę Pawlaka, zaciskając pięści. Kaźmierz na wszelki wypadek odruchowo odczepił umieszczony w kieszonce kamizelki zegarek i schował go do kieszeni spodni, szykując się do bezpośredniego zwarcia.

Stali naprzeciw siebie jak dwa parowozy na jednym torze. Jak dwa rogate kozły na jednej kładce. Jak dwaj bokserzy w dwóch narożnikach ringu.

Fogiel zdecydował się odegrać rolę sędziego. Stanął między nimi, wyciągając ręce, jakby chciał ich odepchnąć od siebie jak najdalej.

– Ludzie! Ludzie! Warto wam się kłócić, jak wy i tak zaraz się godzicie?! Czy ja was nie znam od 45-go roku?! Przecież my tu sami swoi. I dlatego myślałem, że się względem tych „przeżytków” jakoś dogadamy!

– A kto wójtowi powiedział, że nie?! – rzucił Kaźmierz wywołując na twarzy wójta wyraz pełnego zachwytu zaskoczenia.

– Sprzedamy konie – wtrącił się Kargul. – Jak tylko Zenek posadę w gminie dostanie i odroczenie z wojska.

Wójt bez namysłu podsunął swoją dłoń. Czekał, aż Pawlak przybije swoją. Ale ten schował ją za plecy, żeby za bardzo go nie kusiło zakończyć sprawę przed ustaleniem ostatecznych warunków. Konie są jego, nie Kargula, i on zgodzi się sprzedać je wójtowi pod warunkiem, że ten postara się o przydział ciągnika. Skoro mają mieć na gospodarstwie mechanizatora rolnictwa, to musi on mieć czym robić. A jemu, Kaźmierzowi, te konie już tylko aby do wesela będą potrzebne.

– Toć przecie w urzędzie ślub na dniach wyznaczony – ucieszył się Fogiel, ale Kaźmierz zgasił jego radość uwagą, że nie ma na myśli tego wesela po urzędowej rejestracji, tylko to prawdziwe, po kościelnych dzwonach…

W tej właśnie chwili, kiedy mówił o kościelnych dzwonach, których dźwięk miał dopiero otworzyć prawdziwie wspólną drogę jego wnuczce i mechanizatorowi z dyplomem, rozległo się dziwnie znajome kwiczenie świni. Pawlak nadstawił czujnie ucha jak muzyk, rozpoznający wśród strojonych instrumentów dźwięk „stradivariusa”.

– Ano zacichnijmy. To chyba nasz weselny kaban odezwał sia.

Kiedy od strony bramy podwórza dobiegło powtórne kwiczenie, ani Pawlak, ani Kargul nie mieli wątpliwości: przeznaczona na weselny stół ofiara wróciła, by spełnił się przeznaczony jej los.

Wróciła, lecz nie sama. Stała za bramą, uwiązana na długim sznurku, jakby była nie świnią, a latawcem, który może się urwać i poszybować gdzieś z wiatrem. Drugi koniec sznurka zaciskał w garści Witia. Obok niego z zaczepnym wyrazem twarzy stała w fartuchu Jadźka. Z tej trójki najmniej wojowniczo wyglądał wieprz.

Znękany był ucieczką spod obucha, wędrówką przez buraczysko, a teraz powrotną drogą, którą odbył na sznurku, niczym rasowy pudel.

Kaźmierz z Kargulem dopadli bramy. Po minach Jadźki i Witii wyczuli, że ci nie przyszli z przyjacielską wizytą i że wieprz nieprzypadkowo jest uwiązany na sznurku: najwyraźniej miał służyć jako argument przetargowy w rodzinnej dyskusji.

Na wszelki wypadek Kargul założył drągiem skrzydła bramy, jakby gotując się do obrony obejścia. Kaźmierz, chcąc dojrzeć parlamentariuszy zza wysokiej bramy, wspiął się na skrzynkę i oparł brodę o deski. Teraz był równy wzrostem Kargulowi, tyle, że tamten stał na ziemi, a Kaźmierz na skrzynce, i to wspinając się na palce.

Wieprz przysiadł na zadzie i kwiknął niecierpliwie, jakby domagając się rozstrzygnięcia swego losu.

– A cóż tak stoją jak dwie rozdziawy? – Kaźmierz zmierzył się oczami z synem.

Witia nie odpowiedział na ten epitet.

– A cóż on mołczaliwy taki, a? – zagadnął go Kargul.

– Złapaliśmy waszego wieprza – oświadczyła Jadźka oficjalnie, jakby ktokolwiek miał co do tego wątpliwości.

– To i dawajcie – Kargul uniósł skobelek furtki, szparę zrobił, żeby przepuścić wieprza. Kiedy ten ruszył do przodu, Witia jednym szarpnięciem osadził go z powrotem na miejscu. Wieprz kwiknął rozpaczliwie, Jadźka uniosła hardo głowę.

– Damy, czemu nie – powiedziała, przysuwając się do męża, by zewrzeć szeregi. – Tylko oddajcie nam z powrotem córkę.

Pawlak postanowił ją z miejsca usadzić, żeby sobie aby nie pomyślała, że może komukolwiek stawiać warunki.

– Ot, koczerbicha jedna – prychnął, balansując niebezpiecznie czubkiem butów na skraju chybotliwej skrzynki. Czy ja ją ukradł?

Czy ja wyglądam jak jaki chwost złodziejski? Przyjrzyjcie się tylko, dzieci…