– Żeb' jego wilcy! Ty by mógł księdzu proboszczowi w oczy popatrzeć, że o Panu Bogu nie wspomnę, jakby ty do grzechu dopuścił?
– A może my już z tym i tak zapóźnili? – Kargul zerknął na okna sypialni Pawlaka. – Bo coś cicho tam…
Pawlak nastawił czujnie ucha. Od strony domu rozległ się terkot maszyny do szycia.
Marynia podszywała sukienkę Ani, zerkając co chwila przez otwarte drzwi kuchni w stronę dużego pokoju. Zenek w marynarce od ślubnego garnituru stał z rękoma do góry: Ania obchodziła go jak słup ogłoszeniowy, sprawdzając szkody, którym uległa marynarka w czasie szamotaniny z kombajnistą Podobą. Pod pachami puściły szwy obu rękawów, ukazując białą podszewkę. Ania kazała mu zdjąć marynarkę, sama zaś podeszła do okna i unosząc ręce, zaczęła nawlekać nitkę w uszko igły. Jej piersi uniosły się. Zenek przełknął ślinę. Zbliżył się do drzwi, przymknął je. Jak kot zaszedł dziewczynę od tyłu i nagle objął swoimi wielkimi łapami jej piersi, jakby je zasłaniał przed ciosem noża.
Bo w tej chwili właśnie w drzwiach pokoju stanął Kaźmierz z rzeźnickim nożem w ręku. Ramiona Zenka opadły jak podcięte gałęzie. Odsunął się od Ani i skwapliwie pokazał Pawlakowi wyłażącą spod pachy marynarki naddartą podszewkę.
– Przy zajmowaniu kombajnu się podarło.
– Dobrze zrobił – uspokoił go Kaźmierz. – Kombajn więcej wart jak to odzienie. Będzie jego musiał dyrektor z mojej stodoły wykupić.
Zakręcił się niby w poszukiwaniu osełki do ostrzenia noża, a wychodząc kopnął butem drzwi, aż uderzyły z brzękiem w stojące w sieni wiadro. Przestraszona Marynia podskoczyła przy maszynie.
Kaźmierz, chcąc zaznaczyć swoją nieustającą obecność jako stróża obyczajów, zwrócił się do niej przesadnie głośno:
– Zadała siana krowom? – mrugając równocześnie porozumiewawczo i dając jej wymowne znaki, by czuwała nad tym, co się dzieje w dużej izbie.
Marynia wytrzeszczała oczy na Kaźmierza. Te dziwne jego grymasy i miny, ten rzeźnicki nóż w ręku sprawiał, że patrzyła na niego z lękiem. Pochylił się do niej i szeptem przekazał polecenie, by miała baczenie na młodych, bo w nich krew się burzy… Poprzez szum elektrycznej maszyny do szycia Marynia dosłyszała tylko ostatnie słowo i przytaknęła, że pewnie tak, pewnie zbiera się na burzę, to tak parno jakoś, wilgoć w powietrzu wisi…
– Aha, musi przez te wilgotność drzwi wypaczyły sia – powiedział głośno Pawlak, widząc jak skrzydło drzwi ze skrzypieniem zasłania mu wgląd do pokoju. Podszedł na palcach i starał się przytknąć oko do dziurki w zamku. Uderzył daszkiem maciejówki i czapka spadła na ziemię. Ustawił się więc bardziej bokiem i teraz uchem próbował zbadać sytuację. Po chwili odgiął się i uspokojony poinformował Marynię szeptem: „Póki gadają, to nie grzeszą”. Równocześnie, na wszelki wypadek, by ci za drzwiami nie pomyśleli sobie, że są na bezludnej wyspie, ostrym głosem wydał Maryni dyspozycję:
– A kabanom więcej syp, bo mi z wagi spadli – Marynia znowu wytrzeszczyła na niego oczy, przerywając obrębianie Aninej sukienki. Kaźmierz gestem dał jej do zrozumienia, że wprawdzie mówi o kabanach, ale wcale nie troszczy się o wagę tuczników, lecz o moralność wnuczki.
Kiedy tylko Zenkowi udało się przyciągnąć drzwi za uwiązaną do klamki nitkę, przyklęknął przy krześle Ani. Dziewczyna przyszywała rękawy marynarki, zerkając spod oka na opaloną twarz chłopca, który nawet się nie domyślał, że w jej pamiętniku został porównany do ordynata Michorowskiego.
– Powiedziałaś im? – odpowiedzią był przeczący gest Ani. – I co będzie, jak się dowiedzą?
– Będzie to, czego ja chcę.
– Chcesz naprawdę? – nie zważając, że ma w ręku igłę, zanurzył ręce w jej długie włosy i przyciągnął jej twarz ku swoim ustom.
Ania z kuszącym uśmiechem wymknęła się z zasięgu jego ramion.
– Będę tego chcieć po ślubie. Na razie jesteś na stażu.
– W majątku. U ciebie chcę mieć etat na zawsze! – znowu przyciągnął ją ku sobie. – A teraz… proszę o zaliczkę. Muszę cię pocałować.
– I wpadniesz!
– Dlaczego?
– Bo jak się ktoś całuje, to nie mówi – rzuciła przesadnie głośno.
– Po co tak krzyczysz?
– Bo jak będzie cicho, to wejdzie dziadek.
– Nie zdąży!
Przyciągnął ją ku sobie i prawie oderwał od podłogi, by mieć bliżej jej usta, gdy zgodnie z przewidywaniem Ani drzwi rozwarły się z trzaskiem i wkroczył Kaźmierz.
– Trzeba będzie z tymi drzwiami porządek zrobić – mruknął, patrząc spod daszka maciejówki na Zenka, który udawał, że w tej chwili najbardziej go interesuje zwisający z lampy lep na muchy. – Ot, pomorek! – rozglądał się po pokoju, jakby w nim coś zgubił. – Dzieci w domu nie ma, a wszystkie młotki poginęli, jak na urwańskiej ulicy.
Zakręcił się po izbie, bez specjalnego przekonania zajrzał do szuflady nocnego stolika, wiedząc z góry, że młotka tam nie ma, bo też i nigdy go nie było. Zresztą młotek nie był mu wcale potrzebny. Ważne było, by drzwi pozostawały otwarte. Nie zauważył przywiązanej do klamki nitki, którą Zenek trzymał w spoconej garści. Po wyjściu Kaźmierza Zenek nie od razu zamknął drzwi. Nie rezygnując z osiągnięcia swego celu postanowił zmienić taktykę.
Wpatrując się przez długość stołu w Anię, zaczął mówić głosem deklamatora nieswoje słowa: „Co się łzą oświeci, to słońcem zachodzi, co się w ziemię wrzuciło, to się i urodzi…”
– Czyj to wiersz?
– Dla ciebie – pożerał ją wzrokiem, cały czas czując na plecach czujne spojrzenie Pawlaka, który wciąż kręcił się po sieni.
– Ułożyłeś? – Ania patrzyła w zachwycie na fachowca, którego nie posądzała wcale o takie talenty. Zenek przyznał skromnie, że Gałczyński był szybszy od niego i na wszelki wypadek powtórzył głośniej ostatnią linijkę wiersza: „Co się w ziemię wrzuciło, to się i urodzi…”
– Zupełnie jakbym dziadka słuchała – zauważyła Ania. Dostrzegła w pół mroku sieni sylwetkę Kaźmierza.
Pawlaka to, czego zdołał podsłuchać jednym uchem, wprawiło w pełne zachwytu zdumienie. Podszedł do Maryni i zwierzył się jej, że Zenek wierszem gada: „Żeb' ja jego dyploma nie widział, tak by i nie uwierzył, że to mechanizator. Gada prosto jak artysta na akademii…”
W tej chwili Zenek znów pociągnął za nitkę. Drzwi powoli się zamknęły ze skrzypieniem. Przysiadł się bliżej Ani.
Osadziła go ostrzegawczym spojrzeniem, kładąc przy tym palec na ustach. Zenek uruchomił radio, które radosnym głosem spikera oświadczyło, że właśnie ma się urodzić 35-milionowy Polak. Spiker był wyraźnie z tego dumny, jakby sam przed chwilą właśnie przyczynił się do tego sukcesu. Zenek zatrzymał uzbrojoną w igłę z nitką rękę Ani.
– Trzeba im prawdę powiedzieć.
– Skrupulant z ciebie.
– Taki już mam charakter.
– Ja też ryzykuję. Dla ciebie to robię.
– To mnie właśnie dręczy – Zenek pogładził delikatnie ramię Ani. – Biorę ich największy skarb. Nie darują mi tego, że z góry nie powiedziałem, na co mnie stać, a na co nie. Będzie niekiepski numer, jak to wyjdzie na jaw. Jak zareagują?
– Z nimi bierzesz ślub czy ze mną?
– Ich dach, ich szmal, nawet ten ślubny gang od nich – szarpnął rękaw, aż znowu puścił szew pod pachami. – Nie mogłaś ich jakoś uprzedzić co do horyzontów mojego światopoglądu?
– Mowa do chińskiego ludu – ucięła Ania. – Z nimi gadanie o tym to jak strzyżenie łysego: nic nie da!
– Odmieńców na wsi nie tolerują – Zenek zaglądał w oczy Ani, jakby chciał ją skłonić do ustępstwa, póki jeszcze jest na to pora.
– Po ślubie będą bez wyjścia.
– Głupia sprawa. Na kogo ja wyjdę?
– Na mojego męża.
– Nie będziesz żałować?
– W naszej rodzinie raz się człowiek żeni i raz umiera.
– Jak się zorientują, że naprawdę tylko jeden ślub chcę wziąć, a nie dwa, to zbaranieją.
– Już ja ich odbaranię – Ania pochyla się bliżej, muska włosy Zenka ustami i wówczas chłopak podrywa się, unosi ją w górę jak piórko i w rytm płynącej z radia muzyki okręca się z nią w tańcu.
Pawlak, przekręciwszy głowę jak dzięcioł, przytknął ucho do zamkniętych drzwi. Posłyszawszy muzykę, starał się za wszelką cenę dojrzeć przez dziurkę od klucza, co też dzieje się w pokoju. Przed jego okiem przesunęła się jedna postać, trzymająca ramionami drugą. Nogi Ani majtały w powietrzu. W oczach Kaźmierza pojawił się błysk grozy. Podszedł do tablicy z korkami elektrycznymi i wspierając się na palce, wykręcił jeden. W kuchni zatrzymała się maszyna elektryczna i Marynia patrzyła bezradnie na niedokończoną sukienkę Ani.
Choć radio przestało grać, Zenek z Anią w ramionach okręcał się nadal wkoło. Zatopił spojrzenie w oczach dziewczyny i zapowiedział jej, że teraz znowu przećwiczy z nią reanimację metodą „usta w usta”.
– Teraz? – z kuszącym uśmiechem spytała Ania, jakby z góry przewidując mierny skutek tych prób.
– Właśnie teraz! – potwierdził Zenek i zbliżył usta do ust Ani.
– Teraz wejdzie dziadek i będzie reperował radio…
I tak się właśnie stało: drzwi rozwarły się z trzaskiem. Wkroczył Kaźmierz, udając zafrasowanie: musiało się widać zepsuć, bo jeszcze przed chwilą grało na całego…
Poklepał z wierzchu pudło milczącego radia.
Nie wiedział, że w tym momencie Marynia, wspiąwszy się na stołeczek, wkręciła korek z powrotem. Kaźmierz tupnął w podłogę i ku swemu zdumieniu usłyszał płynące z radia dźwięki. Wzruszył ramionami, jakby sam nie mógł uwierzyć w cud.
– Ot, i poładował – pokręcił w zdumieniu głową i wyszedł, ociągając się, do sieni. Natknął się tam na Marynię, która właśnie kończyła sprawdzanie korków. Popchnął ją do kuchni i syknął wściekle do ucha: „Ot, koczerbicha jedna! Czego ty mnie w paradę liziesz?!”
Z wściekłością patrzył, jak ledwo co otwarte przez niego drzwi znowu zaskrzypiały przeciągle i zamknęły się, odcinając Zenka i Anię od kontroli jego wzroku. Radio, grające teraz na cały regulator, nie dawało szansy, by choć podsłuchać, o czym w tej chwili rozmawia młoda para. Zdecydował się na działania radykalne: wkroczył zdecydowanie do pokoju, podparł drzwi ramieniem i zdjął drzwi z zawiasów. Ania i Zenek patrzyli na niego zaskoczeni.