Выбрать главу

Las był coraz bliżej, ale na drodze pojawiła się niespodziewanie przeszkoda w osobie wójta. Fogiel właśnie wyszedł z gospody, ocierając wąsiska z piany po ciepłym piwie, kiedy ujrzał zbliżający się zaprzęg. Patrzył na klaczkę i deresza nieomal jak na swoje: miał obiecane, że gdy załatwi Zenkowi posadę w Gminie i odroczenie z wojska, Pawlak odstąpi mu oba konie ze sporym upustem. Sam się przecież zgodził, że wobec mechanizacji koń to przeżytek…

Na widok wójta Kaźmierz skierował spojrzenie w przeciwną stronę, polecając półgłosem Kargulowi to samo. Obaj więc zwrócili głowy w lewo, jakby sam widok „Gospody Ludowej” napawał ich obrzydzeniem.

Wójt machał ręką, wołał do nich, zapraszając gestem na piwo.

Chwycił się zatyłka wozu, a kiedy podcięte batem konie ruszyły z kopyta, zaczął przebierać nogami, żeby nie stracić kontaktu z załogą wozu. Dysząc głośno, deklarował gotowość zapłacenia już w tej chwili zaliczki za oba konie.

– Pieniądze wezmę, jak konia będę chciał zbyć sia – rzucił przez ramię Kaźmierz, zupełnie jakby zapomniał, że jeszcze rano obiecywał wójtowi poważne ulgi w transakcji.

– Powiedziałeś, Pawlak, że aby ci ich na ślub potrzeba – przypomniał wójt, z wysiłku sapiąc, ale nie puszczając zatyłka wozu. – Warto na ten kawałek drogi do Urzędu konie zaprzęgać?

– Do Urzędu to ja taksówkie wynajął, a na prawdziwy ślub to one pójdą w paradnym przystrojeniu.

– Weź choć zadatek na nie – Fogiel jedną ręką trzymał się wozu, drugą wyciągał z kieszeni spięty gumką plik banknotów. Wtedy Kaźmierz wstrzymał konie i oświadczył zaskoczonemu natrętowi, że on wcale nie musi mu teraz koni sprzedawać, bo znalazł lepszą posadę dla Zenka, niż ta, którą mógł wójt zapewnić. Fogiel spojrzał na Kargula, jakby u niego szukał wyjaśnienia przyczyny tak nagłej zmiany frontu: przecież obiecali konie za posadę? Co lepszego mógł Pawlak znaleźć, skoro z PGR-u na udry poszedł do tego stopnia, że milicja tam była kombajn odbierać!?

– Iiii tam, wójt to tyle wie, co zje – z wyższością stwierdził Pawlak. – Ja lepszy tam z tyłu na wozie klucz do szczęścia Ani i Zenka znalazłszy…

W tej właśnie chwili ów klucz do szczęścia zaszamotał się w kojcu.

Spod baranicy do uszu zdumionego wójta dobiegło pochrząkiwanie.

– A co wy tam wieziecie?

– Aj, Bożeńciu, wójt prosto niemożliwie ciekawy stał sia – zdenerwował się Pawlak i podciął konie. Wójt usiłował dosięgnąć baranicy. Zacisnął jej skraj w garści, ale Kargul całym ciężarem ciała opadł na wierzch kojca, przyciskając baranicę swoim ciężarem. Wójt został z oddartym kawałkiem w ręku, dręczony pytaniem, co też mogło się stać, że tamci nie potrzebują już jego protekcji.

Zbawienny las był coraz bliżej. Mieli już skręcać z wiejskiej drogi w polny trakt, gdy natknęli się na Jadźkę i Witię. Kaźmierz zwolnił, żeby nie wyglądało, że jadą do pożaru. Wójt z daleka rzucił pytanie, skierowane do dzieci Pawlaka i Kargula:

– Nie wiecie, co tam wasi wiozą w tej skrzyni?

– Może zmądrzeli i pana młodego wywożą do lasu! – głośno rzuciła Jadźka, a Witia dorzucił od siebie: – Szkoda, że wy telewizji dzisiaj nie oglądali!

Kaźmierz ściągnął lejce, żeby do tamtych dotarło, co on miał im do powiedzenia na temat telewizji:

– Jak ja na wasze durackie gęby patrzę, to mnie za dwie telewizje wystarczy! My tu o przyszłość ziemi zabiegamy, a te trutnie zatracone czas na te telewizacje marnują!

– Dzięki niej może Ania życia nie zmarnuje – Jadźka darła się coraz bardziej piskliwym głosem. – Oszusta przyhołubili!

Witia, zauważywszy rosnące zaciekawienie wójta i pomny ostrzeżeń kaprala Marczaka, jął odciągać żonę, by przedwcześnie nie zdradziła, jakiego to asa mają w rękawie.

– Oddajcie córkę! – Jadźka wyrwała się z jego uścisku.

– Chcą zobaczyć, że nasza dziewuchna śliczniusia odziana na ślubie będzie, niech przyjdą do Urzędu obejrzeć!!

– Prędzej może na sądzie się spotkamy!

– Ot, koczerbicha jedna – Pawlak uniósł się z siedzenia i usiłował dosięgnąć synową choć końcem bata. – Ty mnie sądem grozisz? Kociubą ciebie prześwięcić!?

W tym momencie konie przerażone krzykiem Pawlaka i świstem bata poderwały się do galopu. Kaźmierz, jak zdmuchnięty płomień świecy, zniknął z pola widzenia Jadźki i Witii, waląc się na plecy w słomę tuż obok kojca, w którym pochrząkiwał niespokojnie wypastowany na czarno wieprz. Przez chwilę jego nogi w cholewach majtały się w powietrzu. I tak wóz wraz z dziwnym ładunkiem i pasażerami zniknął z pola widzenia Jadźki, Witii oraz wójta Fogla.

Wszyscy troje spojrzeli po sobie, ale żadne z nich nie mogło nawet w najśmielszych fantazjach domyśleć się, co było przyczyną wyprawy Pawlaka i Kargula do lasu.

Dąbrowa przy trzęsawisku wypełniona była cichnącymi głosami ptaków, które żegnały upalny dzień. Kopyta koni głucho bębniły w twardy dukt. Pawlak trzymając lejce, szedł z lewej strony wozu.

Kargul z ręką na kojcu z prawej. Obaj bacznie lustrowali krzewy, zarośla i chaszcze po obu stronach leśnego duktu, szukając odpowiedniego miejsca na wyładowanie kojca.

– A, człowiecze – westchnął cicho Pawlak. – Ile to musisz nałgać, żeb' uczciwie sprawe załatwić.

– Mnie to tłumaczysz? – odmruknął basem Kargul, zerkając na pastowany ryj wieprza, widoczny między deskami kojca. – Jemu to przetłumacz. Teraz od niego wszystko uzależnione…

Kaźmierz położył palce na ustach: teraz trzeba być cicho jak w kościele, żeby przypadkiem nie zdradzić przed myśliwymi, że oto za chwilę spotkają się z dzikiem, wyprodukowanym w jednym jedynym egzemplarzu.

– Jedź w tamte dzbele – Kargul wybrał miejsce na skraju młodniaka, gdzie sosenki mieszały się z rzadkimi brzózkami, prześwitującymi jak dziurawa firanka. Dawało to możność obserwacji pola: wypuszczą „dzika”, jak już tamci będą się zbliżać, żeby przypadkiem nie rozminęli się – myśliwi z „dzikiem”, a malowany wieprz ze swoim losem. Zdjęli kojec, starając się poruszać cicho, jak złodzieje w banku. Małe oczka wieprza przyglądały im się nieufnie spomiędzy desek kojca. Kargul wziął z wozu ogromną szpulę sznurka. Pawlak ze zdziwieniem patrzył, jak przywiązuje koniec sznura do tylnej nogi wieprza.

– A coż jego ukąsiło, a? Paść jego będziesz?

– Hukną-palną, a może być on tego nie lubi i gdzie go potem będę szukał po rojstach i chaszczach? – szeptem wyjaśnił Kargul, wiążąc supeł nad racicą świni. Wytarł umazane pastą ręce o spodnie, udając, że nie dostrzega złośliwego grymasu Kaźmierza.

– Ty oczadział? Widział ty kiedy dzika na sznurku?

Pawlak chciał odwiązać pętlę, ale Kargul odepchnął go. Kaźmierz stracił równowagę i usiadł na trawie.

– Mój dzik! – Kargul nie miał zamiaru ustąpić.

– Ot, zbiesił sia! Ja jego wymyślił i ja za jego prezentację odpowiadam – Kaźmierz podniósł się z ziemi. – Nie daj Boże trafią i naszą przyszłość czort na nic przez ten głupi szpagat obróci.

Kargul niechętnie pozwolił mu na rozwiązanie supła. Patrzył na wieprza jak inspicjent w teatrze patrzy na stojącego za kulisami aktora, który za chwilę ma wejść na scenę i powiedzieć najważniejsze w tej sztuce słowa.

– Ano, spraw ty się dobrze. A jak, daj Boże, unikniesz gwałtownej śmierci, w tu poru trza ciebie będzie osobiście zaciukać.

Wszystkiego na władze nie można zwalać, a kiełbasy na te prawdziwe wesele i tak muszą być…

Kaźmierz gestem dał mu znak, że nie pora teraz na składanie obietnic. Czas przystąpić do czynu. Sprawdził czy zapadka w kojcu – lekko się podnosi, po czym przeniósł wzrok na skraj dąbrowy, jak wódz wybierający pole bitwy. Wyciągnął rękę, pokazując potężny dąb, za którym zaczynały się mokradła i trzęsawiska.

– Władyś, ja ich podprowadzę tam. Jak nas zobaczysz, pogoń jego batem i sam uciekaj.

Wciskał Kargulowi bat, ale ten wcale nie miał zamiaru go przyjąć.

Zresztą nie odpowiadał mu plan Pawlaka.

– Twoje oczy są lepsze.

– To też mówię, że dzika ja prędzej dojrzę i im pokażę.

– Ty pokażesz, ale czy tamten odróżni jego ode mnie? – Kargul popatrzył na czochrającego się o deski kojca bohatera dramatycznej sceny, która lada chwila miała się rozegrać na skraju dąbrowy.

– Awo – wzruszył ramionami Pawlak, jakby nie było w ogóle o czym mówić. – Najwyżej pomyśli, że drugi zwier lizie…

– A w lufie dwa naboje!

– Aj tam – Pawlak odpędził te obawy Kargula gestem ręki, jakby odganiał natrętną muchę. – Może i żadnym nie trafi.

– Tak czy siak, lepiej żeb' on ciebie brał na cel.

– A czegoż to lepiej, a?

– Boś mniejszy.

– No i przez to u mnie nogi krótsze.

– Ale jak ty silnie przestrachany, to szybciej ode mnie nogami przebierasz.

– A żeb' ciebie wilcy! Taż ty większe kroki sadzisz!

– Konusowate konie zawsze szybsze są w galopie…

– Jak powiedział? Konusowaty? Taż mnie jakby kto sagan waru na łeb wylawszy…

– Boś gorączka człek! Na coż ta denerwacja? Ty pognaj kabana, a ja ich wyprowadzę…

– Aj, człowiecze, kiedy ty się nauczysz politycznie myśleć? Taż nasza dola wspólna – Kaźmierz przerwał tę licytację apelem do rozsądku Kargula: – Czy ty strzelasz, czy do ciebie strzelają – jeden huk. Najlepiej siedź cicho i modlij sia – zostawił ogłupiałego tym wywodem Kargula przy kojcu, raźno wskoczył na wóz i pociągnął lejce. – Nu, na mnie pora!

Kargul patrzył w ślad za zawracającym wozem z wyrazem twarzy człowieka, który zorientował się, że ma na strzelnicy posłużyć za tarczę. Przyklęknął przy kojcu i zaczął z powrotem przywiązywać szpagat do tylnej nogi wieprza, przemawiając do niego po gospodarsku.

– Nu, malutki, ja tyle lat koło ciebie chodził, starał się, żeb' ty z wagi nie spadł, tak i ty teraz postaraj sia, żeb' mnie oni za ciebie na cel nie wziąwszy. Dla dobrej sprawy ty giniesz, żeb' my mogli żyć.

Przerobiony na dzika wieprz zastrzygł uszami i cofnął się w głąb kojca, jakby dopiero w tej chwili dotarło do niego, że nie przyjechał tu na wycieczkę.

Kiedy Pawlak ujrzał z bliska tego, komu miał zapewnić myśliwskie trofeum, poczuł się jak drobny oszust przed sądem. Od towarzysza Szproty biło poczucie władzy i siły. Jeszcze bardziej to wrażenie potęgował jego strój. Przedstawiciel wojewódzkiej kontroli na tę okazję przygotował się jak generał na defiladę: miał na sobie zielone zgrabne gumiaki, sznurowane pod kolanem, zielone bryczesy.