Myśliwska kurta przecięta była na skos ładownicą, pachnącą świeżą skórą, kapelusz w ochronnym kolorze zgniłego grzyba przepasany był plecionym sznureczkiem, za który w tej właśnie chwili dyrektor Pilch usłużnie zatykał znalezione na wykrotowisku piórko sójki.
Pilch wyglądał przy nim jak zmobilizowany na wojnę rezerwista: miał buty z cholewami, pożyczone od Rotmistrza, wiatrówkę, której kieszenie wypychały breneki na dzika. Otrzymał je od towarzysza Szproty wraz z jego dubeltówką. Sam Szprota na ten podchód wybrał się ze sztucerem. Teraz pocił się w myśliwskim stroju, ale gotów był do wszelkich poświęceń, byle wreszcie zdobyć upragnione trofeum. Pawlak na widok broni i bojowej postawy myśliwych, poczuł że obaj żądni są krwi.
– A choć dużo patronów mają? – zagadał, by zyskać na czasie.
Myśliwy dotknął ładownicy, po czem spojrzał na wypchane brenekami kieszenie kurtki Ryszarda Pilcha.
– Starczy – powiedział tonem kogoś, kto nie jest przyzwyczajony do udzielania odpowiedzi, bo sam zwykle zadaje pytania. – Byle dziki były.
– Będą, będą – Pilch uśmiechnął się uspokajająco w stronę towarzysza Szproty, po czym przeniósł badawcze spojrzenie na Pawlaka. Ten zrozumiał spoczywające na nim brzemię odpowiedzialności.
– U mnie słowo droższe pieniędzy – bożył się Kaźmierz, starając się nadać swemu obliczu wyraz pełen głębokiej pewności. – Tylko że dzik to nie królik. On z ręki nie je. Odyniec jak się trafi, to ostro potrafi szarżować, że ho-ho-ho…
Myśliwy spojrzał na niego tak, jak może patrzeć tylko odznaczony bohater na dezertera. „Człowieku – mówiły bez słów oczy przedstawiciela wojewódzkiej komisji kontroli – komu ty to mówisz?
To jakbyś chciał mnie poinformować, że na każdego znajdzie się hak. A czy ja o tym nie wiem?”
Pawlak drgnął, słysząc metalicznie zimny szczęk naboju wsuwającego się w zamek sztucera. W ślad za towarzyszem Szprotą dyrektor Pilch złamał pożyczoną od niego dubeltówkę i wsunął w lufę dwie breneki.
Kaźmierz westchnął, zrobił ukradkiem mały znak krzyża i ruszył, dając tamtym znak, by posuwali się za nim w pewnej odległości.
Wśród chaszczy zawisła delikatna firanka sinawej mgiełki, która napłynęła od strony trzęsawiska.
– Mgła – mruknął myśliwy.
– Całe szczęście – wyrwało się Kaźmierzowi. Pochwycił zdziwione spojrzenia Szproty i wyjaśnił pośpiesznie, że „we mgłe zwier tumanieje, da się podejść jak dziecko w kołysce”…
Skierował się w stronę duktu, przy którym zostawił Kargula z wieprzem w kojcu. Szedł przyczajony, udając że się skrada, ale równocześnie specjalnie co chwila następował buciskami na suche gałązki. Ich trzask miał być sygnałem dla Kargula na rozpoczęcie akcji… Dawno już powinien wypuścić wieprza. Jak długo ma prowadzić za sobą uzbrojonych strzelców? Jeszcze kilkadziesiąt kroków i wejdą prosto na kojec.
Pawlak zaczął się niespokojnie rozglądać na boki…
Kargul już dawno słyszał trzask suchych gałązek. Nawet wydało mu się, że między lekką zawiesiną mgiełki widzi jakieś sylwetki, w żaden jednak sposób nie mógł rozpocząć akcji: podniósł zastawkę do góry, ale pomalowany wieprz nie ruszał się wcale z miejsca. Zaczął więc kopać w tylną ścianę kojca. Uniósł go nawet do góry; ale wieprzek wparł się zadem w deski i nie myślał wcale wyjść naprzeciw ofiarowanej mu wolności.
Pawlak zrozumiał, że jeszcze chwila, a sam wprowadzi myśliwych na stanowisko Kargula. Musiał znaleźć jakieś wyjście. Szeptem zapowiedział kroczącemu ze sztucerem pod pachą Szprocie, że sam teraz obejdzie trzęsawisko, żeby wypłoszyć te sztuki, co się w nim teraz babrzą…
Odszedł na palcach, ale ledwie zasłoniły go krzaki, skręcił w bok i biegiem pognał do miejsca, w którym stał kojec.
Kargul z wściekłym wyrazem twarzy kopał w kojec, w żaden sposób nie mogąc wypłoszyć „malowańca”.
– Ot, murmyło jeden – sapał zdyszany Kaźmierz. – Chcesz żeb' jego podeszwą nadepli?
– Taż soli jemu pod ogon nie nasypie – usprawiedliwiał się Kargul, bezradnie wskazując na swego wychowanka. Kaźmierz chwycił wieprza za malowane uszy i nie bacząc na jego kwik wyciągnął go z klatki.
Podciął go batem tuż pod ogonem. „Dzik” kwiknął, podskoczył równocześnie na czterech nogach i raźno ruszył skrajem wrzosowiska w stronę mokradeł. Za jego tylną nogą ciągnął się szpagat, którego koniec nawinięty był na drewniany kołek. Widząc, że kołek z młotkiem sznura toczy się w ślad za wieprzem, Kargul przydepnął go nogą.
– Ty mordo zakazana! Co ty narobił?! – Kaźmierz patrzył na wspólnika jak na zdrajcę. – Ryby tobą karmić! Dawaj noża!!
– Nie mam.
– A bodaj cię, bambaryło…
Już nic więcej nie zdołał powiedzieć, bo wieprzek zniknął wśród gęstwiny. Najwyższy czas naprowadzić na niego czekających myśliwych. Pawlak zaczął pospiesznie przedzierać się przez krzaki, ale nagle zastygł. Rozległ się strzał. Pawlak przeżegnał się odruchowo.
Dyrektor Pilch, stojąc o pół kroku za swoim gościem, pierwszy dostrzegł przesuwający się przez wrzosowisko czarny grzbiet dzika.
Trącił łokieć towarzysza Szproty, wzrokiem wskazując kierunek.
Szprota podrzucił sztucer do oka. Padł strzał, ale zwierzę sunęło dalej. Lufa sztucera odprowadziła go kawałek. Palec nacisnął spust. Drugi strzał targnął ramieniem myśliwego.
Pawlak usłyszał świst kuli. Upadł na kolana w krzakach i odruchowo zasłonił oburącz głowę, jakby w tej chwili miał mu zwalić się prosto na maciejówkę cały niebieski sufit.
„Dzik” po drugim strzale poderwał się do biegu, ale potknął się i przewrócił na bok, bo przywiązany do jego nogi sznurek zaczepił się o korzeń.
Ukryty w krzakach Kargul dzierżył oburącz kij z namotanym sznurkiem. Kiedy rozległ się trzeci strzał, posypały się na jego kapelusz ścięte pociskiem gałązki. Rymnął na ziemię jak długi, wypuszczając z ręki koniec sznura.
– Tędy, tędy – krzyczał podniecony myśliwy, przedzierając się przez gęstwinę z gotowym do strzału sztucerem. – Widziałem, jak dostał!
– Potknął się – potwierdził Pilch, sunąc za plecami gościa z dubeltówką, z której wcale nie miał zamiaru skorzystać. Wypadli obaj na skraj wrzosowiska. Szprota rozglądał się czujnie naokoło, jakby w obawie przed nagłym atakiem. Dostrzegł sosnę z obłamanym konarem. Ruszył w tę stronę.
– W tym miejscu miałem go na muszce – trząsł się cały z emocji. – Musiał dostać!
– Gratuluję – rzucił przypochlebnie dyrektor Pilch, dziękując w duszy Panu Bogu i Pawlakowi, że dzięki nim przynajmniej sprawdziły się obietnice złożone inspektorowi.
– Jest? Trafił?! – dopytywał się Pawlak, który zdyszany, w przekrzywionej maciejówce, wyłonił się z krzaków.
– Murowane – stwierdził z pewnością siebie towarzysz Szprota. – Musi tu być farba.
Przyklęknął, macając wśród wrzosów w poszukiwaniu krwi. Bystre oko Pawlaka dostrzegło jasną nitkę szpagatu, która ciągnęła się między wrzosami. Musiał zrobić wszystko, żeby odciągnąć z tego miejsca żądnego ofiary myśliwego.
– Aj, to paskudnie! Dziki kaban jak ranny, to on gorszy od wściekłego psa. Lepiej my jemu z drogi zejdźmy…
Zaczął się wycofywać. Myśliwy zmierzył go takim spojrzeniem, jakby Pawlak namawiał go do kupna dziczyzny w „delikatesach”.
Za kępą krzaków zachrząkał przyjacielsko wieprzek. Kaźmierz krzyknął, jakby ujrzał w tej chwili szarżującego odyńca z szablami wielkimi jak kły słonia:
– Atakuje!
– Sam zerwał się do ucieczki, co sprawiło, że i myśliwy ruszył truchtem za nim. Nie zrobił więcej niż trzy kroki, kiedy zawadziwszy nogą o rozciągnięty sznurek, padł na ziemię, wypuszczając z ręki sztucer. Musiał w ostatniej chwili nacisnąć spust, bo broń wypaliła i kula świsnęła tuż koło ucha Pilcha.
Dyrektor zamarł i patrzył z przerażeniem na przebieg wypadków.
Towarzysz Szprota poderwał się z ziemi, zarepetował sztucer i odwrócił się w tę stronę, z której należało się spodziewać ataku rozwścieczonego raną odyńca. Ujrzał stojącego spokojnie czarnego wieprzka z oklapłymi uszami i skręconym w precelek ogonem. Od jego nogi aż do miejsca, w którym nastąpił upadek towarzysza Szproty, ciągnął się szpagat. Na widok człowieka malowany dzik chrząknął przyjaźnie i ruszył naprzeciw, jakby oczekując nagrody za wszelkie cierpienia, jakie mu dotąd zadano. Za jego nogą ciągnął się sznurek. Osłupiały Szprota opuścił sztucer, schylił się. Ze sznurkiem w ręku spojrzał wymownie na Pawlaka. Ten udawał, że w tej chwili największą jego troską jest stan zdrowia myśliwego.
– Nie za bardzo on potłukł sia, a? – zagadał i z życzliwym uśmiechem zaczął otrzepywać z mchu kolana gościa, całkowicie ignorując obecność świni, która podeszła do niego i niczym pies zaczęła ocierać się o jego kolana.
Myśliwy odsunął rękę Pawlaka, jakby brzydził się jej dotyku.
Zarzucając broń na ramię, zwrócił się do dyrektora Pilcha, jego głos brzmiał tak, jakby ktoś pocierał o siebie ostrza dwóch noży.
– Nie zapomnę nigdy tego polowania.
Była w tym obietnica, że zrobi wszystko, by Ryszard Pilch dostał to, na co zasłużył, kompromitując powagę osoby inspektora kontroli. Było ewidentne, że incydent z wycieczką radzieckich przyjaciół nie był tylko przypadkowym nieporozumieniem. Tamta nieodpowiedzialność rewizjonisty została dziś potwierdzona świadomą próbą ośmieszenia przedstawiciela władz wojewódzkich.
Takiemu człowiekowi nie można powierzyć odpowiedzialnego stanowiska, a tym bardziej broni palnej. Towarzysz Szprota wyrwał z rąk osłupiałego Pilcha swoją dubeltówkę i zarzuciwszy ją na drugie ramię, oddalił się krokiem człowieka, który może przegrał bitwę, ale wie, jak wygrać wojnę.
– Popamiętacie mnie, Pawlak – przez zaciśnięte zęby wysyczał Pilch, mierząc od stóp do maciejówki mikrą postać.
– A na coż ta denerwacja – Kaźmierz wzruszył ramionami. – Ja swoje zrobił: dzika obiecał i dzik jest!
– To jest dzik?! – Pilch klepnął wieprza po grzbiecie i podsunął przed oczy Pawlaka umazaną szuwaksem dłoń. Kaźmierz spojrzał zezem na wieprza, jakby sam był zaskoczony jego istnieniem.