Выбрать главу

– Widno teraz takie farbowane są.

– A to? – Pilch tak szarpnął za szpagat, że wieprzkowi podwinęła się tylna noga i przewrócił się na bok jak po strzale Szproty. – Odpowiecie mi za kłusownictwo!!

Kaźmierz wyrwał sznurek z jego ręki, kopnięciem w zadek zmusił wieprzka, by podreptał w stronę duktu. Nie oglądając się, rzucił przez ramię w stronę osłupiałego przebiegiem wydarzeń dyrektora: Ot, dziermoli! A kto mnie zabroni z pastowanym kabanem po lesie spacerować, a?”

Pilch opadł na pieniek, jakby uszło z niego powietrze. Był skończony. Ale i Pawlak nie miał przyszłości: może pożegnać się z nadzieją na posadę dla tego przeklętego stażysty.

„Dziś jeszcze jestem Pawlakówna. Jutro będę: AA Anna Adamiec.

Nawet jeśli zgrzeszę, to będę się spowiadać na całkiem nowy rachunek. Widzę, jak Zenek przez okno macha do mnie z górki dziadka Kaźmierza. Gdzie będziemy jutro o tej porze? Razem czy osobno?”

„Jadą, jadą, jadą” – z tym okrzykiem wpadła na podwórze banda dzieci, zapowiadając nadjeżdżającą „wołgę”. Kaźmierz w uroczystym ubraniu, z wielkim jak buła krawatem pod szyją, spojrzał na Marynię, a grdyka poruszyła mu się z hamowanego wzruszenia.

Rozejrzał się po podwórzu, jakby sprawdzał, czy wszystko i wszyscy są na swoim miejscu.

Na tę uroczystość sprosili samych swoich: był młynarz Kokeszko z wielką rodziną, Wieczorkowie, z którymi razem kiedyś chronili się przed atakiem czołgów w Pawlakowej piwnicy, wójt Fogiel, który wydał słynny salomonowy wyrok w sporze o kota, oraz wszyscy ci, którzy już osiedlili się w Rudnikach po pierwszych osadnikach i dlatego traktowali Pawlaków i Karguli jako tych, którzy tu kładli kamień węgielny pod fundament życia sąsiedzkiego. Rozglądali się teraz po podwórzach obu dziadków panny młodej, wspominając czasy, gdy dzielił je płot. Na dzisiejszą okazję zielone gałęzie ozdabiały ganki obu domów, na środku podwórza stały stoły, przy których mogło się pomieścić i ze sto osób; na stołach mieniły się wszystkimi kolorami butelki oranżady, piwa i wódki; stały pełne sałatek salaterki, na półmiskach wiły się pęta kiełbas…

Zdziwienie niektórych gości oczekujących na powrót młodej pary wywołało to, że przy wozie stały klaczka i ogierek w pełnym rynsztunku, jakby Pawlak przewidywał dla nich jakąś trasę. Wójt, który uważał się za gościa weselnego pierwszej wagi i na tę okazję przypiął do klapy marynarki oprócz krzyża Grunwaldu także miniaturkę orderu „Za Odrę i Nysę”, pociągnął w pewnej chwili Pawlaka za rękaw: „Na co te konie naszykowane?”

– Ano, przyjdzie nimi pojechać w najważniejszej sprawie dogadać sia – enigmatycznie odpowiedział Pawlak. – A potem one mogą w wasze ręce pójść.

Wójt wytrzeszczył oczy: dopiero co przedwczoraj mu Kaźmierz zapowiedział, że koni nie sprzeda, bo nie potrzebuje jego protekcji dla Zenobiusza Adamca.

– Z tobą, Pawlak, do ładu dojść gorzej, jak z rewizjonizmem.

– Może wójt koni nie brać!

– Wezmę, ale za ile?

– Za posadę dla pana młodego.

– Mówiłeś, Pawlak, że masz lepszą dla niego ofertę.

– Ot, człowiecze – westchnął Kaźmierz. – Czy ty w polityce możesz wiedzieć dziś, co ona tobie jutro na łeb spuści?

Wójt nie mógł zrozumieć nastawienia Pawlaka ani jego aluzji do polityki, ale gotów był mu od razu wepchnąć zaliczkę. O dziwo, Kaźmierz nie odmówił przyjęcia pliku spiętych gumką banknotów.

Zaznaczył tylko, że konie przejdą na własność Fogla dopiero wówczas, kiedy powiozą dzisiejszą młodą parę na ślub do kościoła.

– Ale to przecież nie dziś, bo na zapowiedzi nawet nie daliście! – zdziwiony Fogiel przyglądał się wstążkom przy uprzęży ogierka i klaczki. – Na co ty je trzymasz pod parą?

– Żeb' tradycji zadość stało sia!

Orkiestra, ta sama, którą kiedyś przywiózł do PGR-u Budzyński swoją „nysą” z okazji wizyty przyjaźni kołchoźników radzieckich, uderzyła w czynele i zagrała marsza powitalnego. Najpierw w bramę obejścia wjechał na motocyklu listonosz Żebrowski, niczym goniec zapowiadający zbliżający się królewski orszak. W ślad zanim wjechała czarna „wołga” z Tadeuszem Budzyńskim za kierownicą.

Powiewały wstążki, którymi przybrany był samochód, a Warszawiak uśmiechnął się zza kierownicy, jakby to był jego osobisty sukces, że młodzi połączyli się węzłem małżeńskim.

Tłum gości rozstąpił się jak morze przed Mojżeszem, „wołga” stanęła. Wysiadł z niej Zenek w garniturze, krawacie i pantoflach kupionych za pieniądze Pawlaka. Podał rękę Ani. Wysunęła się z wnętrza „wołgi” jak aniołek z obłoczka chmury. Zaszkliły się łzami oczy Maryni i Anielci. Kaźmierz stał już na ganku, trzymając w ręku sierp z ostrzem wąskim jak brew. Niosąc go przed sobą, jakby to był klucz do szczęścia, wyszedł naprzeciw młodej parze. Zenek trzymał już w ramionach uśmiechającą się pełnym zachwycenia uśmiechem Anię. Rozległy się oklaski, zachęcające go, by przeniósł żonę przez próg. Musiał ją postawić na ziemi, by wziąć w rękę wciskany mu przez Pawlaka sierp.

– Ano, bierz – Kaźmierz jest tak wzruszony, jakby przekazywał co najmniej hetmańską buławę. – A wie on choć, co to jest?

– Sierp – mówi niepewnie Zenek, bo czuje wyraźnie, że dla Pawlaka nie jest to jedynie dawno nie używane narzędzie pracy, lecz coś tak ważnego, jak dla niego odroczenie z wojska.

– Może być, że to i przeżytek – twarz Kaźmierza drga niekłamanym wzruszeniem jak w dniu, w którym postanowił umrzeć i znaleźć następcę, co by przejął z jego rąk i sierp, i ziemię. – Ale to jest sierp jeszcze tatowy! Sam go z jego rąk przejąwszy i teraz jemu, jako następcy przekazuję, żeb' we żniwa pierwszy pokos nim urżnął – pochylił głowę przed Zenkiem, jakby chłopak był co najmniej biskupem. – Bo od tych pór on tu gospodarz!

Kiedy Zenek przejął sierp, Pawlak, wspiąwszy się na palce, ucałował jego policzki. W ślad za nim uczynił to Kargul. Kiedy Ania wpadła w ramiona dziadków, na dany przez Budzyńskiego znak orkiestra zagrała marsza weselnego i tłum gości niczym fala morska do mola z szumem dobił do zastawionych stołów.

– Ano, proszę zakanszać – zachęcał Kargul, który też chciał być zauważony jako gospodarz tej uroczystości. Obejrzał się na Kaźmierza, który właśnie prowadził pod łokieć pana młodego w stronę przystrojonych wstążkami koni.

– Mam ja do niego prośbę – okraszając swoje życzenie serdecznym uśmiechem Kaźmierz podprowadził Zenka do dyszla wozu. – Ano, niech on ostatni raz założy do dyszla te „przeżytki” – specjalnie użył określenia, którym posłużył się obecny mąż Ani wobec jego koni – Przejedziem się uroczystą sprawę załatwić, żeb' być w porządku wobec nieba i własnego sumienia…

Ania zmartwiała, słysząc o niebie i sumieniu. Wiedziała, że musi przyjść ta chwila, kiedy Zenek nie będzie chciał zagrać w scenie, przewidzianej jako główna w tej sztuce, którą ułożyli Pawlak i Kargul. Zenek albo nie zrozumiał intencji Kaźmierza, albo tylko udawał głupiego. Wskazał ręką na „wołgę”: jest maszyna, po co konie? Pawlak zlekceważył tę propozycję: co tam taksówka. Jak końmi jedziesz, to i ty wszystkich widzisz, i ciebie widzą…

Podał mu wypastowane szleje i polecił zakładać konie do wozu: niech sam zaprzęgnie, bo w jego sprawie ta krótka podróż.

– Gdzie mamy jechać?

– Niedaleczko – Kaźmierz wskazał widoczną stąd kościelną wieżę.

Zenek poszukał wzrokiem Ani. Umilkł gwar gości. Wszyscy patrzyli w tę stronę, którą wskazywała ręka Pawlaka: Za plecami Zenka stanął Kargul. W ciemnym ubraniu wyglądał dostojnie, jak operowy bas-baryton. Położył rękę na ramieniu pana młodego, jakby tym gestem biorąc go w niewolę:

– Na zapowiedzi, jedziem dać.

– Przecież już po ślubie.

Protest Zenka wywołał na twarzy Pawlaka taki grymas jakby ktoś w zakrystii kościoła użył nieparlamentarnego wyrażenia.

– Po rejestracji aby – zaznaczył z naciskiem. – W sprawie ślubu czas nam do księdza iść, żeb' na zapowiedzi dać. Na razie wy po cywilnym to aby dalej hałastoj i baraszka, póki do księdza nie pojedziecie.

Więc mimo podpisów złożonych w księdze Stanu Cywilnego, mimo przysięgi małżeńskiej, dla Pawlaka byli nadal kawalerem i panną.

– Ja mam do księdza iść? – Zenek cofnął się o krok, jakby ktoś mu zaproponował wizytę w piekle. Kaźmierz starał się jeszcze zachować na twarzy resztkę życzliwego uśmiechu, kiedy tłumaczył mu jak dziecku rzeczy tak oczywiste, jak to, że cudzołóstwo to grzech ciężki i w ich rodzinie nieznany.

– A coż jemu oczy tak dęba stanęli, a? Przecie że nie ja, bo mnie proboszcz Durdełło już tylko raz przez dębowy futerał pokropi.

Ano, zbierajcie sia…

Zagarnął Anię i Zenka szerokim gestem, jakby sierpem pierwszy pokos zbierał. Dziewczyna przywarła do boku Zenka, a on objął ją i przytulił, żeby nikt nie miał wątpliwości, że stanowią jedno ciało. Ani ona, ani on nigdzie nie pojadą!

Kaźmierz nie wierzył własnym uszom. Patrzył na Marynię, na Kargula, jakby biorąc ich na świadków, że jeśli teraz uderzy z jasnego nieba grom, to będzie dowód, że sam Pan Bóg myśli to samo co on, Pawlak.

– Zbiesił sia, czy jak? – patrzył bacznie w orzechowe oczy pana młodego, które wcale nie unikały tego zwarcia. – A może być brymuchy weselnej wcześniej on pokosztował, a? Niech konie zakłada!

Pod nogi Pawlaka ląduje rzucona przez Zenka paradna uprząż.

Zadzwoniły dzwonki. Konie rzuciły niespokojnie łbami. Raptem na podwórzu zaległa taka cisza, że słychać było, jak się ulatnia gaz z niedomkniętej butelki oranżady. Wszyscy patrzyli na pana młodego i Zenek czuł, że musi wreszcie odkryć karty: nie pojedzie, bo to się nie zgadza z jego poglądami…

Usta Kaźmierza drgnęły, jakby w ostatniej chwili powstrzymał jakieś straszliwe przekleństwo.

– Niech gada – powiedział przez zaciśnięte zęby – Kiedy ślub kościelny?

– Z przyczyn obiektywnych nigdy.

– Znowu mnie z gazety czyta?!

– Uznaję wolność przekonań.

– A kto jemu wolności broni – zabuczał z boku Kargul, stając ramię w ramię przy Pawlaku. – Bierz ślub i miej sobie jakie chcesz przekonania.

– Ania wie, że nie pozwolą mi na to horyzonty mojego światopoglądu – spojrzał z góry na wtuloną w niego Anię. – Moja żona wie o tym, przedyskutowaliśmy problem szeroko.