Выбрать главу

Przypominało to charczenie podwórzowego psa, który rwie się na łańcuchu do przodu, szczerząc kły na intruza i każdym swym ruchem zaciskając obrożę na gardle.

Nie, Kaźmierz naprawdę nie mógł z początku uwierzyć w to, co zobaczył za plecami Kargula: z domu sąsiada wyłonił się nagi do pasa pan młody. Kolorowy ręcznik miał przerzucony swobodnie przez szyję, w ręku szczoteczkę do zębów, na którą spokojnie wyciskał z tubki pastę, jakby przed godziną cały świat nie zwalił mu się na głowę. Więc ten, którego bezskutecznie usiłował dosięgnąć ostrzem sierpa, żeby mu zapłacić za swoje zaprzaństwo, teraz demonstracyjnie spaceruje po podwórzu Kargula?! Z Zenka przeniósł spojrzenie wybałuszonych oczu na Kargula. Ten chciał się uśmiechnąć, jakby liczył w skrytości ducha na to, że Pawlak mu podziękuje, że nie zmarnował ostatniej szansy ocalenia ich wspólnej przyszłości i zatrzymał fachowca z dyplomem pod swoim dachem.

– Zatłukę jak kreta – wystękał Kaźmierz, tym razem adresując tę obietnicę do Kargula. Oto raz jeszcze wyszła na jaw zdradliwa natura tego łapciucha, Kargula, jego wieczna gotowość zaprzaństwa i ta chytrość, za którą jeszcze w Krużewnikach, brat Kaźmierza, Jaśko, musiał mu kosą wystawić rachunek! Oczy Pawlaka, przez chwilę wytrzeszczone ze zdumienia nad podłością kogoś, kogo uważał za sojusznika, teraz się zwęziły, jakby szukały na ciele Kargula miejsca, w które wbije ostrze sierpa tak, by wszystkie ich rachunki raz na zawsze zostały wyrównane.

Kargul uważał, że słowa Kaźmierza odnoszą się do Zenka:

– Taż to mąż Ani, nie wypada go jak kreta traktować.

– Ten bandyta tu?! – Kaźmierz aż zapiał. Wsparty rękoma o blat stołu podnosił się powoli, jakby szykował się do skoku. Kargul przełknął ślinę i też uniósł się z ławy.

Pawlak wyszedł zza stołu i wbił wzrok w twarz Kargula. W tej chwili nie Zenek był jego wrogiem, ale ten, kto się za przyjaciela podawał.

– Kargul, podejdź-no do płota – powiedział drżącym głosem to zdanie, które już nie raz kierował do sąsiada.

– A gdzież ty tu płot widzisz? – Kargul, stojąc za stołem weselnym jak za barykadą, gestem wskazał oba podwórza, od lat już pozbawione płotu.

– Podejdź, jako i ja podchodzę – przez zaciśnięte zęby rzucił Kaźmierz, napierając na stół po swojej stronie podwórza.

Kargul ruszył niezgrabnie przed siebie, jakby wzrok Kaźmierza był magnesem, któremu nie może się oprzeć. Nagle, jak zwykle, kiedy dochodziło między nimi do sceny spotkania przy płocie, nie wiadomo skąd pojawiły się na podwórzu kobiety. Anielcia stanęła tuż za plecami Władysława, zaś Marynia za Kaźmierzem. Zenek patrzył z boku na tę scenę, bo pierwszy raz widział to, co w życiu obu rodzin było już nieomal rytuałem.

– Ano podszedł ja, tylko nie wiem po co.

– Żeb' ja tobie w te ślepia judaszowe spojrzał!

– Kaźmierz, taź jaki ze mnie Judasz? Czy ja jakie srebrniki wziął?

Czy ja Chrystusa sprzedał?

– Starczy, że ty tego gada pod dach przyjął!

Zenek, nie mając wątpliwości, że o nim mowa, uznał, że pora włączyć się do dyskusji. Wysunął się kilka kroków w stronę stołu, który pełnił rolę płota, i oświadczył głośno, żeby słyszeli nie tylko Kargule i Pawlaki, ale i sam Pan Bóg, jeśli nawet wbrew jego przekonaniom istnieje gdzieś na górze, że on Anię kocha i póki jego życia kochać ją będzie!

– To już niedługo może być! – Kaźmierz omiótł wzrokiem podwórze, szukając jakiegoś kamienia, ale musiał się zadowolić małosolnym ogórkiem, którym trafił Zenka w ramię. – Jak palnę, to rzygniesz ty dupą i gębą!

– Kaźmierz, taż to pan młody – Anielcia złożyła ręce przed Pawlakiem jak do modlitwy. – Przysięgali sobie!

– Przed urzędem aby przysięgał ten heretyk! – wrzasnął Kaźmierz, aż podskakując w górę.

– Przed Bogiem wszystkie równe – Anielcia dotknęła ramienia Zenka, jakby chcąc udowodnić, że nawet tak jadowita istota jak ateista da się jakoś w końcu ugłaskać.

– Przed Bogiem może i tak – szarpnął się Kaźmierz do przodu, ale natknął się na barykadę stołów. – Ale nie przede mną!

– Za demokracją byłeś, a teraz wolności sumienia ludziom bronisz?!

– Kargul wytoczył polityczne argumenty.

– Ot, bestyjnik! Za demokracją ja był od czasu do czasu, a przeciw oszustom zawsze!

– On prosto wariacji dostawszy – Kargul spojrzał na Marynię, jakby liczył na jej pomoc. – Taż jaki z niego oszukaniec? Fachowiec, na urzędzie będzie, posadę wysoką dostanie…

– Bóg jeszcze wyżej siedzi i zaprzaństwo wasze widzi!!

– Może on i za wysoko siedzi, żeb' dojrzeć, że naszej ziemi mechanizator z dyplomem należy sia.

– Ani proboszcz Durdełło, ani sam Pan Bóg ci tego nie daruje, ty koniosraju jeden? – ręce Kaźmierza odruchowo szukały na stole jakiegoś odpowiedniego przedmiotu, którym by mógł zmusić tego łapciucha i lawiranta do wiecznego milczenia.

– Ale ziemia podziękuje. A za ziemią ty zawsze był, Kaźmierz, czy w Krużewnikach czy tu, na Ziemiach Odzyskanych…

Tak, był za tą ziemią, ale nie za cenę swojej duszy. Dlatego ostatnie słowa Kargula odbiły się od Pawlaka jako fale od skały.

– Ot, kałakunio – sapnął, patrząc na Kargula z taką pogardą, jakby się właśnie dowiedział, że to on od lat donosił na sąsiada, że jest stałym słuchaczem Wolnej Europy. – Ty mnie politycznie nie kołuj, bo jak kosę złapię, to czyjaś głowa spadnie!

– Głupsza spadnie – Kargul przypomniał sobie, że nieraz już używali tych gróźb i okrzyków. Po co było szukać nowych słów, kiedy stare już tyle razy zdały egzamin?

– Idź precz, bo jak ci dam, to aż się przykociurbisz! Gdzie mój sierp?!

Zamiotło nim na wszystkie strony. Rozglądał się w poszukiwaniu narzędzia sprawiedliwej zemsty. Na wszelki wypadek Kargul cofnął się o krok do tyłu. Zahuczał groźnie, zaciskając pięści.

– Ty, Pawlak, od nowa nie zaczynaj, bo my już raz zaczęli. To już nie sanacja. Teraz nowa sprawiedliwość!

– Stary bzdyk cholerski! – Kaźmierz zmierzył go nienawistnym spojrzeniem, jakby dopiero teraz uprzytomnił sobie, że to Kargulowe zaprzaństwo ciągnie się bez mała pół wieku. – A tobie ki czort kazał w Krużewnikach na trzy palce naszej ziemi odorać?! Już raz brat mój, Jaśko, wziął na Kargulowe plemię bicz boży w swoje ręce i ja teraz w osobistej swej postaci tu stojący po raz drugi sprawiedliwość kosą wymierzę!

Ruszył do stodoły po kosę. Marynia uwiesiła się u jego ramienia.

– Ty mi kosy nie przypominaj, bo to nie sanacja. Mam ja prawo za sobą i zięcia młodego, ty konusie!!

– Konusie?! – Kaźmierz aż zapiał, tak boleśnie ugodził go ten epitet, odnoszący się do jego mikrego wzrostu. – Ale za to panny młodej nie masz, ty… ty draniu sobaczy!

Wyciągnął z kieszeni klucz do drzwi, za którymi zamknął Anię, i z triumfalną miną machał nim w powietrzu. Wtedy zza okiennic rozległ się łomot. Ania od wewnątrz biła pięściami w okiennice, aż te dygotały, pobrzękując żelazną sztabą.

– Ano zobaczymy, ile ty dasz radę ją utrzymać – Kargul popatrzył na Zenka, jakby jemu dedykował następne słowa: – Baba zawsze ma czarcią naturę a już po ślubie bezlitośnie chce dostać, co jej należy sia! Ja dotąd Ani upilnował…

– A teraz pilnuj lepiej swoich gnid na głowie – odciął się Kaźmierz i przebierając spiesznie nogami dopadł okna i jął umacniać zawleczki sztaby. Postawił przy ganku widły i z wysokości schodów, niczym z trybuny, złożył oświadczenie, że kto spróbuje po jego wnuczkę rękę wyciągnąć – z pomocą bożą przerobi go na rzeszoto.

– Przez milicję odbiorę – zapowiedział Zenek, wypinając swój nagi tors jak gladiator, gotów stawić czoło nawet najdzikszym zwierzętom.

– Nie ma takich mocnych, co by mi grzeszyć kazali – Pawlak stanął na tle okiennic, jakby chciał dać do zrozumienia, że w razie potrzeby będzie przy nich trzymał wartę aż do końca swoich dni. – A teraz poszedł ty precz z moich oczu, mordo zakazana, bo jak ja jemu tą oto ręką dam błogosławieństwo, to on się w pogrzebacz zegnie, habaź jeden!

Za jego plecami nie ustawał łomot pięści, bijących w bezsilnej złości.

– Teraz żałuje, żem ich upilnował – stwierdził ze szczerym żalem Kargul, zwracając się do Anielci. – Ale czy ja mógł pomyśleć, że Pawlak aż taki dogmatyk?

„Gdybym go mogła choć na chwilę mieć przy sobie, to może bym go przekonała, żeby przestał być taki dogmatyk. Jak mówi magister Palimąka – w miłości jak w życiu: coś za coś, nic za nic. Jeśli współżyć po cywilnym to grzech, jestem gotowa zgrzeszyć, a przed kościelnym się wyspowiadać. Zeniu, ty mnie przekonałeś, że jest po co żyć. Ja cię przekonam, że lepiej żyć ze mną niż z legitymacją ZMS-u. Zaśpiewaj dla mnie tę piosenkę: „Na wakacje przyjechała taka mała…”

Zamarła z długopisem nad otwartą stroną pamiętnika. Za zamkniętymi okiennicami świergot ptaków oznajmiał wstający świt.

Ale nie te głosy poruszyły w Ani nadzieję, że spełni się jej życzenie i że za chwilę usłyszy ową piosenkę, która stała się hymnem ich niespełnionej do końca miłości.

Posłyszała za oknem czyjeś kroki, potem brzęk sztaby okiennic. W wymiętej ślubnej sukience, w której spędziła skulona pod kocem całą noc, przysunęła się do okna.

– To ty?

– Taż pewnie, że ja – odezwał się raźnym głosem jej dziadek. – Niech śpi spokojnie. Nikt jej krzywdy nie zrobi. Zapomnij ty raz na zawsze tego koniosraja.

– To mój mąż – Ania uderzyła piąstką w okiennice. Deska uderzyła Kaźmierza w ucho, którym przylgnął do okiennicy. W uchu mu zajęczało, jakby posłyszał sygnał straży pożarnej.

– Ot, bałwatuńcio! Bezlitośnie durny drań sobaczy! – wykrzykiwał, rozcierając ucho.

– Jemu przysięgałam i jego kocham! – rzuciła Ania, uderzeniem pięści jakby nieodwołalnie stemplując swój wybór.