– Ot dziermolisz, dziewuchna ty nasza – wbił wzrok w okiennice, przemawiając do niewidocznej wnuczki ze sztucznie serdecznym wyrazem twarzy, jak do dziecka, któremu dla jego dobra odmawia się porcji lodów. – Oszustowi przysięgałaś, a od takiej przysięgi ja ciebie w osobistej swej postaci tu stojący zwalniam! A kochanie to nie zołza, samo przejdzie. Taki habaź dla ciebie nie w guście jest.
Musiał ją chyba jakiś diabeł opętać, musiał ktoś na nią jakiś urok rzucić, skoro każde jego dobre słowo, każda rada dobra i życzenie wzmagało tylko opór dziewczyny. Łomotała obydwiema pięściami w okiennice, wykrzykiwała w kółko pytanie, świadczące niechybnie o braku inteligencji: „Jakim prawem mnie więzicie?!”
– Ot, zbiesiła sia czy prosto bezlitośnie durnowata? – rozzłościł się Pawlak i huknął trzonkiem od wideł w okiennice. – Żeb' ty wstydu swojego po wsi nie obnosiła! Po tym, co zaszło, to ty człowiecze z tego pohańbienia choć pod ziemie wejdź i przewal sia!
Zapadła cisza. Pawlak ostrożnie przyłożył ucho do okiennicy i przez chwilę nasłuchiwał, co też dzieje się po tamtej stronie.
Doszedł go szloch tak niepowstrzymany, że Kaźmierz nie mógł powstrzymać się od refleksji, że szczęśliwy powinien być ten, po kim ktoś będzie tak płakał. Gorzej, że właśnie temu komuś chętnie wbiłby sierp prosto w serce.
Okiennice były zamknięte, widły stały na ganku, a klucz od drzwi pokoju, w którym zamknął Anię, tkwił w jego kieszeni.
Teraz Pawlak musiał ruszyć odkręcać to wszystko, co dotąd z takim trudem namotał w imię zapewnienia sobie i swojej ziemi szczęśliwej przyszłości. Po polowaniu na malowanego dzika miał pewność, że dyrektor Pilch nie będzie zabiegał o posadę dla Zenobiusza Adamca.
Zresztą zapewne przyjdzie mu szukać posady dla siebie samego: zaraz po powrocie z dąbrowy towarzysz Szprota załadował swój arsenał do czarnej „wołgi” i pojechał do województwa złożyć odpowiedni raport na temat kwalifikacji dyrektora Pilcha, który przez wiele lat zdołał ukrywać swe rewizjonistyczne poglądy pod pozorem lojalności.
Pawlak w dniu nieszczęsnego ślubu wziął od wójta zaliczkę za swoje konie w zamian za obietnicę posady dla męża Ani. Teraz niósł te spięte gumką pieniądze: zwróci zaliczkę i w ten sposób unieważni kontrakt.
Kiedy wkroczył do biur Urzędu Gminy, Fogiel aż rozjaśnił się na jego widok:
– Podziękujcie, Pawlak – podsunął mu jakiś urzędowy papier. – Właśnie podpisałem z sekretarzem angaż dla mechanizatora.
– Taż ja akuratnie chciał poprosić…
Fogiel, przekonany, że Pawlak nadal naciska na posadę dla Adamca, przerwał mu, serdecznie go zapewniając, że nie ma o co prosić, sprawa jest pozytywnie załatwiona.
– Żeb' jego wilcy, no! – Pawlak zgasił jego uśmiech lodowatym spojrzeniem. – Ja przyszedł prosić, żeb' wy jego przegnali stąd na cztery wiatry! Jak on państwową posadę dostanie, to ja z takiego państwa wystąpię!
Fogiel spojrzał w bok na portrety Gierka i Jaroszewicza, jakby dając do zrozumienia, że nie wszystko wszędzie można mówić.
Pawlak, wyzywająco ignorując spojrzenie na obu dygnitarzy, położył na biurku wójta banknoty.
– Koni nie sprzedaję – oświadczył uroczyście jakby co najmniej składał deklarację polityczną. Fogiel nastroszył wąsiska: przecież jeszcze wczoraj Pawlak się zgadzał, że koń to przeżytek?
– Człowiecze, taż do wczoraj to ja był bezlitośnie stumaniony, prosto jak sanacyjny chłop – wyznał szczerze Kaźmierz, któremu niełatwo wszak przychodziło przyznać się do własnych błędów. – Do postępu ten czort łabajowaty mnie namawiał, a sam taki postępowy, że z moją wnusią na kocią łapę chciał żyć!
– Przecież ślub wzięli – Fogiel próbował bronić powagi urzędu.
– Ale na szczęście zgrzeszyć nie zdążyli.
– Chcesz, Pawlak, skrzywdzić swoją wnuczkę? Kto wziął ślub, a nie miał nocy poślubnej, to tak jakby do partii wstąpił i kariery nie zrobił! Całe życie będzie sobie taki w brodę pluł!
– Niech-no mnie wójt jakimś porównaniem nie obraża, bo partia nie rodzina. Albo jest rodzina, albo tałatajstwo. A posłuch u mnie musi być!
Po złożeniu tego oświadczenia Pawlak odwrócił się tyłem do portretów oraz do wójta i udał się w dalszą drogę, by szukać pomocy u tych, których dotąd uważał za wrogów.
Zanim dotarł do obejścia swego syna, zauważył przy kiosku z gazetami starą „warszawę” Ryszarda Pilcha. Dyrektor właśnie wysunął się zza kierownicy i ruszył do budki kupić papierosy. Na widok Pawlaka niemal posiniał na twarzy, odwrócił głowę jak stary pies, który udaje, że nie widzi rywala, by nie musieć rzucać się na niego z zębami. Z wnętrza samochodu kiwał na Pawlaka Rotmistrz.
Ubrany był jak do dalekiej drogi: mimo słonecznego dnia miał na sobie marynarkę i prochowiec, jakby jeszcze dzisiaj miał się znaleźć w środku listopadowej zawieruchy.
– Panie Pawlak – Rotmistrz przywoływał Kaźmierza z taką miną, jak kiedyś musiał to robić wobec rekrutów. – Doszło do mnie, że pan chce się pozbyć swoich pięknych rumaków.
– A ktoż panu Rotmistrzowi takie baśniaki naopowiadał?
– Pan Fogiel wczoraj mówił, że przejmuje ogiera i klaczkę…
– Taż wiadomo, że nasz wójt to bezlitosny bałwatuńcio! – Pawlak lekceważąco machnął ręką, jakby szkoda było mu słów na ocenę charakteru i prawdomówności wójta. – Do wczoraj to ja był silnie pod względem politycznym skołowany, ale teraz przejrzał ja ekonomicznie na oczy i wolę na konie stawiać jak na władzę ludową!
Słysząc tę deklarację Rotmistrz, rozpogodził się: nie zawiódł się na Pawlaku ani jako na miłośniku koni, ani jako na świadomym praw ludzkich obywatelu. Chciał skorzystać z okazji i pogłębić wspólnotę łączących ich przekonań, ale w tym momencie Pilch wskoczył za kierownicę i ruszył szybko, uwożąc starego, jak się wywozi kompromitującego świadka. Nie było tajemnicą, że jutro pod wodzą towarzysza Szproty ma zjechać trzyosobowa komisja, by rozstrzygnąć sprawę światopoglądu i zasad moralnych dyrektora PGR-u. Lepiej, żeby nie zastali na miejscu Rotmistrza, od którego zaczęła się cała afera z wycieczką przyjaźni. „Warszawa” odjechała, a Kaźmierz, patrząc na zakrywającą ją chmurę kurzu, pomyślał z głuchym bólem, że takie czasy przyszły, w których starzy stali się dla swych dzieci tylko zawadą na drodze kariery.
Na kogo mógł teraz liczyć? Owszem, przyhołubił Anię wbrew nieprzyjęciu na studia! Jakby tak Ania zdała i w świat poszła, Jadźka i Witia nie widzieliby jej częściej jak na Boże Narodzenie, rodzina w rozsypkę by poszła…
No tak, ale z drugiej strony przyczynił się do tego, że Ania została żoną heretyka, co zamiast przed ołtarzem chyli głowę przed pierwszym sekretarzem…
Z jednej strony chciał sobie udowodnić, że działał w dobrej intencji – z drugiej gryzły go wątpliwości, czy aby w tych dobrych intencjach zbytnio nie przeholował. I tak walcząc ze sobą doczłapał się do bramy obejścia syna.
Jadźka i Witia stali przed bramą, wyraźnie na kogoś czekając. Na widok Pawlaka trącili się łokciami, jak ludzie, którzy ostrzegają się ukradkiem przed kimś niepożądanym.
– Dzieci – zaczął Pawlak drżącym głosem – Taż ja do was z sercem na dłoni – wyciągnął rozwartą dłoń, żeby nie mieli wątpliwości, że nie kamień w niej dzierży, tylko owo serce. – Jak ja widzę, do czego ten świat w oszukaństwie doszedł, tak mnie z tego żalu wątroba na drugą stronę przewinąwszy sia…
Jadźka popatrzyła na Witię, by ten choć gestem potwierdził, że nie ma większego obłudnika nad jego ojca. Witia wzruszył ramionami patrząc na wyciągniętą dłoń Kaźmierza.
– Teraz my dla taty „dzieci”, a jeszcze wczoraj tato wołał na nas „mordy zakazane”!
– At, wczoraj! Wątroba nie mięso, wczoraj to nie dzisiaj – Pawlak podszedł bliżej, patrząc im z nadzieją w oczy. – A co wy wczoraj bełtali, że ten bandyta, co Anię otumanił, to oszust, a?
Oboje zrobili taką minę, jakby Kaźmierz chciał im wydrzeć jakąś tajemnicę, od której zależy ich życie.
– A coź tak raptem zacichli, a?
– Nam i tak ojciec nie uwierzy – stwierdziła Jadźka i przeniosła wzrok w głąb drogi, skąd dobiegł warkot motocykla. Od strony wrocławskiej szosy zbliżał się motocykl z kapralem Marczakiem za kierownicą. W koszu siedziała jakaś kobieta. Z daleka było widać, jak spod plastykowego hełmu pęd wyrywa kosmyki jasnych włosów.
Najwyraźniej Jadźka i Witia czekali na kaprala Marczaka. W ich oczach czaiła się jakaś wielka nadzieja. Kiedy upewnili się, że Franio wiezie pasażerkę, obydwoje złapali się z radości za ręce.
Motocykl zatrzymał się przed bramą. Zanim Franio zdążył zgasić silnik, Jadźka podbiegła do kosza i zajrzała w twarz dziewczyny.
Odwróciła się do męża i krzyknęła radośnie: „To ona! Ta sama!”
Witia męskim uściskiem pogratulował Franiowi sukcesu.
Pawlak patrzył na tę scenę nic nie rozumiejąc. Ponieważ nie oglądał nigdy telewizji, nie mógł w pasażerce milicyjnego motocykla rozpoznać bohaterki reportażu, ofiary oszusta matrymonialnego – Zenona Adamca. Franio; przepełniony dumą, że dostarczył świadka do konfrontacji, pomagał pannie Blance wysiąść z kosza. Kaźmierz trącił go z tyłu w łokieć i spytał półgłosem: „A to co?” Jego spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości, że mówiąc „to”, miał na myśli dziewczynę.
– Narzeczona – rzucił Franio, podając z galanterią rękę wysiadającej dziewczynie. Kaźmierz krytycznym spojrzeniem objął chudą postać, wystające kolana, podsinione oczy, w których malowało się cierpienie.
– Twoja?
– Waszego „zięcia”, niestety – Franio powiedział to z odcieniem ironii, nie zwracając uwagi na to, że Kaźmierz stoi z otwartymi ustami niczym obłożnie chory, który szykuje się do połknięcia obrzydliwie gorzkiego lekarstwa. Kiedy Jadźka zaczęła wyrzucać milicjantowi, że przyjechał za późno, bo już jest po ślubie – ten wcale się tym nie przejął:
– Będzie podstawa do rozwodu!
Słuchając tej wymiany zdań Pawlak strzygł uszami jak zając na miedzy. Franio wprowadził przywiezioną dziewczynę na podwórze Pawlaków, Kaźmierz wcisnął się za nimi, a wówczas Franio odwrócił się ku niemu ze służbowym wyrazem twarzy.
– Niech obywatel idzie na swoje podwórze i tam na nas zaczeka, niestety.