— Co to za upiór? Czyj to duch? I dlaczego musisz już iść?
— Potrzeba wiele energii, aby przebywać na Ziemi wyszeptał Melhill. — Zużyłem prawie cały zapas. Czy nadal mnie słyszysz?
— Tak, mów dalej.
— Nie wiem, kiedy upiór da o sobie znać. I nie wiem, kto to jest. Pytałem, ale nie odpowiedzieli. Po prostu musisz być ostrożny.
— Będę — powiedział Blaine, trzymając ucho przyciśnięte do głośnika. — Ray, porozmawiamy jeszcze innego dnia?
— Myślę, że tak — głos Melhilla ledwo było słychać. Wiem, że szukasz pracy. Spróbuj u Eda Franchela, na ulicy 19 Zachodniej 322. Nie jest to przyjemna praca, ale dobrze płatna. I pilnuj się.
— Ray! — krzyknął Blaine. — Jaki to jest rodzaj upiora? Głośnik milczał.
14
Pod adresem podanym przez Melhilla znalazł niski, sypiący się budynek, otynkowany na brązowo. Wspiął się po schodach i nacisnął dzwonek, przy którym widniała karteczka: Przedsiębiorstwo Edwarda J. Franchela. Ogromny, łysy mężczyzna w podkoszulku otworzył drzwi.
— Pan Franchel? — zapytał Blaine.
— Tak — odpowiedział z uśmiechem. — Proszę do środka, sir.
Zaprowadził Blaine’a do mieszkania, wypełnionego zapachem gotującej się kapusty. Część pomieszczenia przerobiona została na biuro, w głębi można było dostrzec ciemny pokój stołowy.
— Proszę wybaczyć ten bałagan — powiedział gospodarz, wskazując Blaine’owi krzesło. — Zamierzam przenieść się do normalnego biura, jak tylko znajdę trochę czasu. Mam tyle zajęć… Ale czym mogę panu służyć?
— Szukam pracy.
— Do diabła! Myślałem, że jesteś klientem — odwrócił się w kierunku części mieszkalnej i krzyknął: — Alice, czy możesz wyłączyć wreszcie to cholerstwo?!
Dobiegające ich dotychczas głosy umilkły. Franchel zwrócił się do Blaine’a.
— Bracie, jeśli interes nie zacznie wreszcie prosperować, nie pozostanie mi nic innego, jak tylko kolejka samobójców. Chcesz pracy, tak?
— Tak. Ray Melhill poradził mi, żebym tu spróbował.
Franchel ożywił się.
— Co porabia Ray?
— Nie żyje.
— Skandal! To był człowiek z klasą, choć może trochę zbyt ostry. Pracował u mnie, gdy piloci statków kosmicznych strajkowali. Chcesz się napić?
Skinął głową. Gospodarz podszedł do szafki i wyjął butelkę whisky z ryżu „Moonjuice”. Napełnił dwie szklanki z dużą wprawą.
— Na cześć Raya — powiedział. — Domyślam się, że go zapuszkowali?
— Zapuszkowali — potwierdził Blaine, domyślając się, że chodzi o kradzież ciała Melhilla. — Dopiero co rozmawiałem z nim w Łącznicy Duchów.
— A więc dostał się do Przedsionka! — zauważył z podziwem Franchel. — Chłopie, dobrze by było, żebyśmy też mieli takie szczęście. A więc szukasz pracy? Hm, może uda mi się coś znaleźć. Wstań.
Obszedł Blaine’a dookoła, pomacał jego bicepsy i mięśnie na karku. Potem stanął przed nim i nagle zadał cios.
Blaine podniósł natychmiast prawą rękę, zasłaniając się.
— Dobra budowa, szybki refleks… — powiedział Franchel. — Myślę, że się nadasz. Wiesz co nieco na temat broni?
— Nie za wiele — odpowiedział Blaine, zastanawiając się, jaki to może być rodzaj pracy, którą naraja mu Franchel. — Jedynie znam antyki: colty, winchestery…
— Nie bujasz? Wiesz, zawsze chciałem kolekcjonować takie starocie. Na polowaniach nie wolno używać ani blasterów, ani żadnej broni miotającej pociski. Co jeszcze umiesz?
— Mógłbym walczyć na bagnety — zaproponował Blaine i jednocześnie pomyślał o tym, jak jego sierżant zareagowałby na taką przechwałkę.
— Naprawdę? Pchnięcie i sparowanie, i reszta? Niech mnie diabli! Byłem przekonany, że nikt już tego nie potrafi. Jesteś pierwszym od piętnastu lat człowiekiem, który mówi, że potrafi bić się na bagnety. Chłopie, jesteś zatrudniony.
Franchel podszedł do biurka, napisał coś na kartce i wręczył ją Blaine’owi.
— Idź jutro pod ten adres. Na miejscu powiedzą ci, co masz robić. Dostaniesz normalną płacę myśliwego, dwieście pięćdziesiąt dolarów za każdy dzień polowania. Masz może własną broń? Dostaniesz wyposażenie, ale potrącą ci jego koszt z wypłaty. I ja oczywiście mam swoje dziesięć procent. Zgadza się?
— Pewnie. Czy możesz mi powiedzieć coś więcej o polowaniu?
— Nie ma o czym mówić. To nic wyjątkowego. Nie rozpowiadaj dookoła, że bierzesz w nim udział. Nie jestem pewien, czy polowania są nadal legalne. Chciałbym, aby Kongres zdecydował się wreszcie na brzmienie ustawy o samobójcach i dozwolonych morderstwach, inaczej nie wiadomo, na czym się stoi.
— Hm — zgodził się Blaine.
— Teraz prawdopodobnie zastanawiają się nad legalnymi aspektami pouczenia. Inni myśliwi też będą jutro w tym miejscu, którego adres ci dałem. Quarry powie ci wszystko, co warto wiedzieć. Pozdrów ode mnie Raya, dy będziecie ponownie rozmawiać. Powiedz mu, że przykro mi, iż został zabity.
— Przekażę mu — powiedział Blaine. Postanowił, że nie będzie zadawał więcej pytań. Bał się, że może swoją ignoracją spowodować wymówienie z pracy. Bez względu na to, na czym polega polowanie, na pewno jego ciało i on sam podołają trudnościom. Potrzebował pracy, jakiejkolwiek, żeby poczuć się pewnym siebie — i wypełnić pieniędzmi pusty portfel.
Podziękował Franchelowi i wyszedł.
Zjadł obiad w barze i kupił kilka tygodników. Był dumny ze znalezienia pracy, wreszcie uwierzył, że potrafi żyć samodzielnie w dwudziestym drugim wieku.
Jego dobry nastrój znikł bez śladu, gdy po drodze do hotelu zobaczył samotnego mężczyznę. Stał na brzegu chodnika i patrzył na Blaine’a wyblakłymi oczami Buddy. Jego podarte ubranie wisiało w strzępach, biała twarz rzucała się w oczy. Zombie.
Blaine pospieszył do hotelu, nie chcąc stykać się z niebezpieczeństwem. No cóż, jeśli mogą na niego patrzeć inni, może i zombie.
Pomimo tej refleksji, przez całą noc prawie nie zmrużył oka. Wciąż śniły mu się koszmary.
Wczesnym rankiem Blaine wyszedł z domu, aby udać się pod adres podany mu przez Franchela. Gdy stał, czekając na autobus, był świadkiem zamieszania.
Jakiś mężczyzna zatrzymał się na krótko pośrodku chodnika pełnego ludzi. Śmiał się do siebie, zrobiło się wokół niego pusto. Miał około pięćdziesięciu lat, ubrany był jak solidny biznesman.
Nagle przestał się śmiać. Otworzył trzymaną w ręku teczkę i wyjął dwa długie, lekko wygięte sztylety. Odrzucił teczkę, zdjął z nosa okulary i również rzucił je na chodnik.
— Szaleniec! — ktoś krzyknął.
Mężczyzna zanurzył się w tłumie. Obydwa sztylety zabłysły w słońcu. Ludzie zaczęli krzyczeć, rozbiegali się na boki.
— Szaleniec, szaleniec!
— Wezwijcie policję!
Ktoś upadł. Klął trzymając się za zranione ramię. Twarz szaleńca zrobiła się purpurowa, z warg toczyła mu się piana. Pobiegł w kierunku większego ścisku. Ludzie, usiłując uciec mu z drogi, wpadali na siebie. Jakaś kobieta, obładowana zakupami, straciła równowagę. Wszystkie paczki rozsypały się po chodniku. Wojownik usiłował zranić ją w lewą rękę, ale nie trafił i pobiegł w głąb tłumu.
Zjawiło się kilku policjantów w niebieskich mundurach.
— Położyć się na ziemię! — krzyczeli. — Wszyscy kładą się na ziemię!