Выбрать главу

I znów zaczęły go nękać cieniste ognie.

Kilkakrotnie pojawiły się gdzieś w tle płomienie strzelające z mrocznych zakamarków. To tylko krótkie spięcia w fatalnie uszkodzonym, ale zdrowiejącym mózgu, myślał. Iluzja zrodzona w synapsach mózgowych między neuronami i nic więcej. Ale gdy się odwrócił, by dokładnie przyjrzeć się owym płomieniom, nie rozmyły się ani nie wyblakły, jak stałoby się ze zwykłymi mirażami. Co więcej, zyskały nawet na intensywności.

Choć nie dawały ani ciepła, ani dymu, nie potrzebowały paliwa, ani w ogóle nie były fizyczne, Eric patrzył na te istniejące, a nie istniejące ognie z rosnącym strachem. Może dlatego, że widział w nich – czy raczej za nimi – coś tajemniczego i przerażającego, jakieś ukryte pod zasłoną ciemności potworne kształty, kiwające na niego przez skaczące płomienie. Choć zdawał sobie sprawę, że te fantomy są tylko cząstkami jego chorej wyobraźni, choć nie znał ich znaczenia, a zatem nie wiedział, dlaczego miałby się ich bać, to jednak bał się. Czasami – zahipnotyzowany cienistymi ogniami – słyszał własne kwilenie, płacz dręczonego dziecka.

Jedzenie. Chociaż zmodyfikowane genetycznie ciało Erica było zdolne do cudownej samoregeneracji i błyskawicznej rekonwalescencji, jednak wciąż potrzebowało właściwego odżywiania – witamin, składników mineralnych, węglowodanów, protein – elementów, które służyły do odbudowy zniszczonych tkanek. I po raz pierwszy od czasu ucieczki z kostnicy poczuł głód.

Niespiesznie poczłapał do kuchni i szurając nogami, skierował się w stronę lodówki.

Nagle zdało mu się, że widzi jakiś kształt wysuwający się z pęknięcia w ścianie, gdzieś na krawędzi wizji. Coś obłego i cienkiego jak owad. Coś stanowiącego zagrożenie. Wiedział jednak, że to znów iluzja. Nieraz już widywał takie rzeczy. To kolejny objaw uszkodzenia mózgu. Nie należy zwracać na to uwagi, nie należy bać się tego, nawet jeśli do uszu dociera stukanie o ścianę chitynowego pancerza owada. Tąp, tąp, tąp. Eric nie chciał dłużej na to patrzeć. Znikaj! Przytrzymał się lodówki. Stukanie. Zacisnął zęby. Znikaj! Odgłos ucichł. Kiedy znów spojrzał na pęknięcie w ścianie, nie było tam już nic, czego mógłby się lękać.

Ale teraz zobaczył od dawna nieżyjącego wuja Barry’ego. Siedział przy stole kuchennym i uśmiechał się złośliwie. Kiedy Eric był dzieckiem, regularnie oddawano go pod opiekę wuja Barry’ego Hampsteada, który wykorzystywał go seksualnie. Eric bał się powiedzieć o tym komukolwiek, gdyż Hampstead straszył go, że zrobi mu wtedy krzywdę, że utnie mu siusiaka. Groźby te były dla dziecka tak realne i zatrważające, że Eric ani przez chwilę nie wątpił w prawdziwość słów wuja. Teraz Barry siedział przy stole, jedną rękę opuścił na wysokość podbrzusza, znów uśmiechnął się i rzekł: „Chodź tu, kochanieńki, zabawimy się”. Eric słyszał ten głos tak wyraźnie, jak trzydzieści pięć lat temu, choć wiedział, że ani mężczyzna, ani głos nie istnieją poza jego wyobraźnią. Bał się Barry’ego Hampsteada tak samo jak wówczas, chociaż zdawał sobie sprawę, że wuj nic mu teraz nie może zrobić, bo go nie ma.

Zamknął oczy i zapragnął, by ułuda zniknęła. Stał tak i trząsł się przez dobrą minutę. Nie chciał otworzyć oczu do czasu, kiedy będzie miał absolutną pewność, że fantomu już nie ma. Ale nagle przyszło mu do głowy, że może Barry naprawdę tu jest i teraz skrada się do nic nie widzącego Erica, że za chwilę chwyci go za genitalia, chwyci i zaciśnie dłoń…

Otworzył oczy.

Duch Barry’ego Hampsteada zniknął.

Eric odetchnął z ulgą i wyjął z lodówki kanapki z parówkami firmy Farmer John. Podgrzał je w piecyku, starając się skoncentrować na tym, co robi, aby uniknąć poparzenia. Z kolei wolno i cierpliwie, trzęsącymi się rękami, zaparzył sobie w dzbanku kawę. Usiadł przy stole, głowę trzymając nisko nad blatem i obijając o niego łokcie, i zaczął jeść, popychając kęsy kolejnymi filiżankami gorącej kawy Maxwell House.

Przez chwilę miał nienasycony apetyt i sam akt jedzenia sprawiał, że czuł, iż naprawdę żyje. Nic jeszcze od chwili zmartwychwstania nie dało mu tak cudownego uczucia. Gryzienie, przeżuwanie, smakowanie, przełykanie – te proste czynności przywracały jego obecność wśród żywych bardziej niż cokolwiek innego od chwili śmierci pod kołami śmieciarki na Main Street. Przez chwilę czuł się podniesiony na duchu.

Potem nagle zdał sobie sprawę, że smak parówek nie jest ani tak ostry, ani tak przyjemny jak za czasów, gdy żył naprawdę. Albo raczej nie potrafił teraz docenić tego smaku. Przysunął nos do gorącego, kapiącego tłuszczem jedzenia, lecz – choć wciągał głęboko powietrze – nie poczuł żadnego aromatycznego zapachu. Spojrzał na swe wilgotne, zimne i szare jak popiół ręce, w których trzymał kanapkę. Kawałek parującej kiełbaski wyglądał bardziej „żywo” niż jego własne ciało.

Nagle cała sytuacja wydała się Ericowi przezabawna: oto nieboszczyk siedzi przy śniadaniu, żuje flegmatycznie kanapkę z parówką, wlewa do zimnego przełyku gorącą kawę Maxwell House i rozpaczliwie udaje, że jest pośród żywych. Jakby na własne życzenie można było cofnąć śmierć i przywrócić życie, wykonując pewne doczesne czynności: kąpiąc się pod prysznicem, myjąc zęby, jedząc, pijąc, wydalając, konsumując niewyszukane potrawy. Przecież muszę żyć, myślał, bo w końcu ani w niebie, ani w piekle nie mają parówek Farmer John ani kawy Maxwell House, prawda? Muszę żyć, bo obsługiwałem ekspres do kawy Mr Coffee i kuchenkę firmy General Electric, a tam, w kuchni, stoi lodówka Westinghouse i cicho brzęczy. Chociaż są to produkty sprzedawane w całych Stanach, to na pewno nie mają ich na drugim brzegu Styksu, a więc muszę żyć.

Czarny humor, bardzo czarny, ale Eric roześmiał się głośno. Śmiał się i śmiał, aż nagle usłyszał swój śmiech. Brzmiał twardo, zimno i chrapliwie, nie był to prawdziwy śmiech, lecz jego kiepska, ordynarna imitacja, przypominająca dławienie się. Zupełnie tak, jakby Eric połknął kamienie, które teraz grzechotały, obijając się w przełyku jeden o drugi. Przerażony tym odgłosem, wzdrygnął się i zaczął szlochać. Wypuścił z rąk kanapkę, strącił na podłogę resztę jedzenia i nakrycie, rozpostarł na pustym blacie ramiona i skrył w nich twarz. Wydawał z siebie przeciągłe jęki, na dłuższą chwilę popadł w głęboką żałość nad sobą.

Myszy, myszy, pamiętaj o myszach rzucających się na pręty swych klatek…

Wciąż nie wiedział, co znaczą te myśli, nie mógł przypomnieć sobie żadnych myszy, choć czuł, że jest coraz bliżej rozwiązania tej zagadki. Pamięć o myszach, białych myszach, krążyła gdzieś złowrogo, prawie w zasięgu ręki.

Ponury nastrój Erica stał się jeszcze bardziej ponury, a stępione zmysły – jeszcze bardziej tępe.

Po chwili zdał sobie sprawę, że zapada w kolejną śpiączkę, jeden z tych okresów zawieszenia, kiedy to serce dramatycznie zwalniało swą pracę, a oddech redukował się do ułamka normalnej częstotliwości, dając organizmowi możliwość kontynuowania procesu sanacji i akumulowania nowych rezerw energetycznych. Osunął się z krzesła na podłogę i zwinął w kłębek obok lodówki.

Benny skręcił koło Redlands z międzystanowej „dziesiątki” na stanową drogę numer trzysta trzydzieści. Od jeziora Arrowhead dzieliło ich już tylko czterdzieści kilometrów.