Dwupasmowa nitka wdzierała się wężowym ruchem w masyw gór San Bernardino. Droga to podnosiła się, to opadała, nawierzchnia była w niektórych miejscach nierówna, a w innych zdarzały się nawet wyrwy. Na prawie całej długości brakowało pobocza, a tuż za rachitycznymi barierkami zaczynało się strome urwisko. Nie było tu więc zbyt dużo miejsca na swobodę manewrów i musieli znacznie ograniczać prędkość. I tak zresztą Ben prowadził forda dużo szybciej, niż robiłaby to Rachael.
W nocy Rachael zdradziła mu wszystkie tajemnice dotyczące projektu „Wildcard” i obsesji Erica. Teraz oczekiwała rewanżu. Ale Benny nie powiedział jej nic, co mogłoby wyjaśnić fachowość, z jaką załatwił Vincenta Baresco, zręczność w prowadzeniu samochodu czy też znajomość broni. Choć ciekawość Rachael była olbrzymia, nie naciskała. Czuła, że to dużo bardziej prywatna tajemnica niż sekrety, które ona mu wyjawiła, i że Benny zbyt długo starał się o wszystkim zapomnieć, żeby teraz tak prędko zacząć o tym mówić. Wiedziała, że kiedyś to nastąpi, ale on sam zdecyduje, czy nadeszła odpowiednia pora. Przejechali kilometr od Redlands i przed nimi było jeszcze trzydzieści kilometrów do najbliższej miejscowości – Running Springs, gdy Benny najwyraźniej uznał, że już czas. Droga pięła się wyżej i wyżej, a po obu jej stronach zaczęły wyrastać coraz bardziej strome skały i drzewa – zrazu brzozy i sękate dęby, potem różne rodzaje sosen, modrzewie i nawet świerki. Wkrótce znaleźli się w aksamitnym cieniu zwisających zewsząd konarów. Nawet w klimatyzowanym wnętrzu pojazdu odczuwało się spadek temperatury. Męczący pustynny żar został za nimi. I chyba właśnie spowodowana ochłodzeniem ulga podniosła Bena Shadwaya na duchu i skłoniła do przerwania milczenia. Jechali tunelem wśród cienistych sosen, a Benny mówił miękko, lecz dobitnie.
– Gdy miałem osiemnaście lat, wstąpiłem na ochotnika do komandosów, bo chciałem walczyć w Wietnamie. Nie byłem pacyfistą, jak tylu innych ludzi, choć także nie należałem do fanatyków wojny. Uważałem po prostu, że należy walczyć za swój kraj, niezależnie od tego, czy po słusznej, czy po niesłusznej stronie. Jak się okazało, miałem pewne uzdolnienia, wrodzone cechy, które umożliwiły mi kandydowanie do elitarnego oddziału zwiadowczego – Marine Reconnaissance, który jest odpowiednikiem Army Rangers w piechocie czy Navy Seals w marynarce. Wcześnie mnie odkryli i posłali na solidne przeszkolenie. I tak stałem się żołnierzem w każdym calu. Wiedziałem doskonale, jak posługiwać się bronią, ale nawet bez niej potrafiłem zabić przeciwnika gołymi rękami, szybko i sprawnie, zanim ten mógł się w ogóle zorientować, o co chodzi. Tak więc poleciałem do Wietnamu z oddziałem zwiadowczym i miałem zagwarantowane wiele wrażeń. Zresztą tego chciałem. I przez kilka pierwszych miesięcy byłem całkowicie gung ho, w swoim żywiole, w ogniu walki.
Benny wciąż prowadził samochód po mistrzowsku, ale Rachael spostrzegła, że w miarę jak opowieść przenosiła się w głąb dżungli południowo-wschodniej Azji, zmniejszał prędkość.
Słońce przedarło się przez zasłonę cienia i kaskady światła spadły na przednią szybę. Benny przymrużył oczy.
– Ale spędziłem kilka miesięcy po kolana we krwi, widziałem, jak umierali moi kumple – sam też co dzień ryzykowałem życie – jak wciąż strzelano do bezbronnej ludności cywilnej, palono wioski, kaleczono dzieci… No i wtedy zaczęły się moje wątpliwości. Musiały się zacząć.
– O Boże, Benny. Tak mi przykro. Nigdy nie podejrzewałam, że przeszedłeś przez to wszystko, przez taki koszmar…
– Nie musi ci być przykro. Wróciłem żywy i ułożyłem sobie jakoś życie. Inni nie mieli tego szczęścia.
Mój Boże, pomyślała Rachael, przecież mogłeś stamtąd nie wrócić. Wtedy nigdy bym cię nie poznała, nigdy cię nie kochała, nie wiedziałabym, co straciłam.
– W każdym razie – kontynuował cicho – wątpliwości wątpliwościami, a ja przez resztę roku walczyłem w obronie legalnie wybranego rządu Wietnamu Południowego, chociaż był to rząd kompletnie skorumpowany. Walczyłem, by ochronić wietnamską kulturę przed zniszczeniem jej przez komunizm, ale tę samą kulturę niszczyły dziesiątki tysięcy amerykańskich żołnierzy, nieustępliwie amerykanizujących kraj.
– Chcieliśmy wolności i pokoju dla narodu wietnamskiego – wtrąciła Rachael. – Przynajmniej ja tak to rozumiałam. – Nie skończyła jeszcze trzydziestki, była siedem lat młodsza od Bena. Ale tych siedem lat różnicy wystarczyło, żeby nie była to już jej wojna. – Nie ma nic złego w walce o wolność i pokój.
– Tak – odrzekł Benny niepewnym głosem. – Ale nam kazano przywracać pokój przez masowe mordowanie i zrównywanie tamtego cholernego kraju z ziemią. Przecież niewiele brakowało, a nie zostałby tam nikt, kto mógłby się cieszyć wywalczoną wolnością. Zacząłem się zastanawiać… czy mój kraj nie poszedł niewłaściwą drogą? Czy nie zaangażował się w niesłuszną sprawę? Czy nie stanął po stronie zła? A może to tylko ja, choć przeszedłem odpowiednie przeszkolenie, byłem zbyt młody i naiwny, by to zrozumieć?
Przez moment milczał, biorąc ostry zakręt w prawo, potem równie ostry w lewo. Dookoła wznosiły się strome zbocza skalne.
– Wycieczka do Azji dobiegła końca, a ja nie znalazłem zadowalających mnie odpowiedzi na te pytania. Postanowiłem więc ją przedłużyć…
– Zostałeś w Wietnamie, choć mogłeś wrócić do domu? – spytała zdumiona. – Mimo tych wszystkich przerażających odkryć?
– Musiałem dojść z tym do ładu – odparł Ben. – Po prostu musiałem. Przecież zabijałem ludzi, bardzo dużo ludzi, myśląc, że działam w słusznej sprawie. Musiałem więc sprawdzić, czy się nie myliłem. Nie mogłem ot tak po prostu odlecieć do domu, zająć się swoim życiem i starać się o wszystkim zapomnieć. Nie mogłem, cholera! Musiałem znaleźć odpowiedź na pytanie, czy byłem dobrym obywatelem, czy zabójcą, a potem – jaki kompromis mógłbym zawrzeć z życiem i własną świadomością. Nie istniało lepsze miejsce do przeanalizowania tego problemu niż właśnie Wietnam. Zresztą, żeby zrozumieć, dlaczego zdecydowałem się zostać dłużej w tym piekle, musiałabyś znać mnie takiego, jaki wtedy byłem: młodego idealistę, patriotę gotowego za kraj oddać życie. Kochałem Amerykę, wierzyłem w Amerykę, wierzyłem z głębi serca i nie mogłem po prostu tej wiary odrzucić tak jak węże zrzucają skórę…
Minęli drogowskaz informujący, że do Running Springs pozostało dwadzieścia pięć kilometrów, a do jeziora Arrowhead – trzydzieści siedem.
– Zostałeś więc w Wietnamie na kolejny rok? – spytała Rachael.
Ben westchnął ciężko.
– Jak się później okazało… na dwa lata.
Eric Leben znajdował się wciąż w swym domku w górach, wysoko nad poziomem jeziora Arrowhead. Przez dłuższy, trudny do określenia czas przebywał w dziwnym stanie rozdwojenia: dryfował na krawędzi snu i jawy, życia i śmierci, a jednocześnie genetycznie zmodyfikowane komórki jego organizmu pracowicie wytwarzały enzymy, proteiny i inne substancje, niezbędne do przebiegu procesu zdrowienia. W jego mózgu rodziły się krótkie, ciężkie sny i nie powiązane ze sobą obrazy, niczym szkaradne cienie skaczące w krwawym świetle łojowych świec.
Gdy wreszcie wyszedł z tego podobnego do transu stanu i znów był pełen energii, uprzytomnił sobie, że musi się uzbroić i być przygotowany do działania. Jego umysł nie był jeszcze w pełni jasny, pamięć miejscami dziurawa, nie potrafił więc odpowiedzieć sobie na pytanie, kto może go ścigać, ale instynkt podpowiadał mu, że jest ścigany.
To jasne jak słońce, pomyślał, że Sarah Kiel wyklepie o tym domu!