Выбрать главу

A ponieważ nie mógł sobie przypomnieć, kim jest Sarah Kiel, myśl ta wstrząsnęła nim. Stał, oparty o bufet kuchenny, kołysał się na palcach i usilnie próbował wyłowić z pamięci twarz pasującą do tego nazwiska.

Sarah Kiel…

Nagle przypomniał sobie i pożałował, że ją zostawił. Domek miał być absolutnie nikomu nie znaną przystanią. Nikomu nie powinien był o nim mówić. Problem jednak polegał na tym, że Eric musiał mieć młode kobiety, aby samemu czuć się młodym. Lubił im imponować, toteż nic dziwnego, że Sarah była pod wrażeniem pięciopokojowego domu ze wszystkimi wygodami, olbrzymich połaci prywatnego lasu i wspaniałego widoku na położone w dole jezioro. Dobrze im było, gdy się kochali na zewnątrz, na prześcieradle rozpostartym pod konarami wielkiej sosny. Czuł się wtedy taki młody! Ale teraz Sarah poznała tajemnicę jego powrotu i prześladowcy – których tożsamości nie potrafił jeszcze ustalić – mogli poprzez nią dotrzeć aż tutaj.

W wielkim pośpiechu Eric puścił się blatu i ruszył w stronę drzwi prowadzących do garażu. Wychodził z kuchni na mniej niż do tej pory sztywnych nogach, czuł w sobie więcej energii, a oczu nie raziło już jasne światło. W kątach przestały się czaić fantomy wuja, nie było też owadów, które mogłyby go znów wystraszyć – stan śpiączki przyniósł widocznie korzyści. Ale gdy położył rękę na klamce, stanął porażony kolejną myślą: Sarah nie może nikomu powiedzieć o tym domu, bo przecież nie żyje. Zabiłem ją parę godzin temu…

Zalała go fala przerażenia i mocniej chwycił klamkę, niczym kotwicę mającą go uchronić przez zmyciem do oceanu wiecznej ciemności i szaleństwa. Nagle przypomniał sobie, jak pojechał do domu w Palm Springs, zbił dziewczynę, nagą dziewczynę, jak tłukł ją bezlitośnie pięściami. Widział teraz oczyma wyobraźni jej posiniaczoną, pokrytą krwawiącymi ranami twarz, a obrazy te skakały jak slajdy z popsutego rzutnika. Ale czy faktycznie ją zabił? Nie, nie, na pewno nie. Lubił być brutalny wobec kobiet, to prawda, ich bicie sprawiało mu prawie taką samą przyjemność jak obserwowanie strachu w ich oczach. Ale nigdy by żadnej z nich nie zabił, nigdy tego nie zrobił i nie zrobi, nie, na pewno nie; był przecież szanującym prawo obywatelem, odnosił sukcesy materialne i towarzyskie, daleko mu do bandytów i psychopatów… Nagle zelektryzował go inny obraz, zamazany, ale przerażający – obraz ukrzyżowania Sarah w sypialni Rachael w Placentia; obraz przybijania jej nagiego ciała gwoździami do ściany nad łóżkiem jako ostrzeżenie dla Rachael. Wzdrygnął się i uzmysłowił sobie, że to nie Sarah zawisła na ścianie, lecz ktoś inny, jakaś dziewczyna, której nazwiska w ogóle nie znał, obca mu osoba, przypominająca nieco Rachael… Nie, to już przechodzi wszelkie wyobrażenia! On nie mógł zamordować dwóch kobiet, nie zabił nawet jednej… Ale zaraz przypomniał sobie kontener na śmieci, brudny zaułek i… jeszcze jedną martwą kobietę, trzecią kobietę, ładną Latynoskę, z gardłem podciętym skalpelem. To on wrzucił jej ciało do śmietnika…

Nie, o Boże, co ja z siebie zrobiłem? – zastanawiał się, a żołądek podchodził mu do gardła. – Jestem badaczem i badanym, stwórcą i stworzeniem. Musiałem popełnić jakiś błąd, straszliwy błąd. Czy to możliwe, że stałem się z własnej winy potworem Frankensteina?

Przez chwilę znów miał jasny umysł, a prawda rozbłysła mu w głowie niczym promienie wschodzącego słońca na świeżo umytej szybie okiennej.

Gwałtownie potrząsnął głową, udając, że chce odpędzić od siebie resztki koszmaru, który zamglił mu umysł. W rzeczywistości jednak rozpaczliwie próbował pozbyć się niemiłej, nieznośnej świadomości. Fatalnie uszkodzony mózg wraz z wątpliwym stanem fizycznym organizmu ułatwiły odrzucenie prawdy. Gwałtowne potrząśnięcie głową wystarczyło, by świat zawirował mu przed oczami, by poczuł, że traci równowagę, a umysł znów spowija mgła. Zaczął mieć trudności z uporządkowaniem myśli. Ponownie speszył się i stracił orientację.

Martwe kobiety to jakieś fałszywe wspomnienie, oczywiście, że tak, to nie może być prawda. Eric nie jest zdolny do dokonania zabójstwa z zimną krwią. Te trzy trupy to takie same przywidzenia jak wuj Barry i te dziwne owady, które czasami jawią mu się przed oczami.

Pamiętaj o myszach, pamiętaj o myszach, oszalałych, rozwścieczonych myszach…

Jakich myszach? Co mają z tym wspólnego rozwścieczone myszy? Do diabła z tymi myszami!

W końcu najważniejsze jest, że nie mógł zabić człowieka, a cóż dopiero trzech kobiet! Nie, nie on. Nie Eric Leben. W jego mrocznej, na wpół chorej i niespokojnej pamięci te koszmarne obrazy były bez wątpienia niczym innym jak tylko iluzjami, tak jak owe cieniste ognie, które wyrastały z powietrza. Stanowiły zaledwie wynik spięcia wywołanego przez impulsy elektryczne w zniszczonej tkance mózgowej. Na razie nie ważył się dłużej nad nimi zastanawiać, bo zacząłby wtedy wątpić w siebie i własne zmysły, a także – i tak kruchą – kondycję fizyczną. A na to brakowało mu energii.

Trzęsąc się i pocąc, otworzył drzwi do garażu. Zapalił światło. Należący do niego czarny mercedes 560 SEL stał zaparkowany tam, gdzie go zostawił minionej nocy. Kiedy spojrzał na swoje auto, nagle uderzyło go wspomnienie innego samochodu, starszego i mniej eleganckiego, w którego bagażniku ukrył martwą kobietę…

Nie. To znów fałszywe wspomnienie. Iluzja. Ułuda. Rozpostarł palce dłoni i oparł się nią o ścianę. Przez chwilę stał tak, zbierając siły i starając się oczyścić umysł. Gdy wróciła mu chęć działania, nie pamiętał już, po co przyszedł do garażu.

Jednakże stopniowo powracało także instynktowne przeczucie, że ktoś czyha na niego, skrada się, chce go dopaść i że w związku z tym trzeba się uzbroić. Rozkojarzony umysł nie potrafił podsunąć mu jasnego wizerunku ludzi, którzy go ścigali, ale Eric wiedział, że znajduje się w niebezpieczeństwie. Puścił się ściany i przeszedł obok samochodu do tej części garażu, gdzie mieścił się podręczny warsztat.

Żałował, że nie był na tyle przewidujący, by wziąć ze sobą broń. Teraz musiał zdać się na siekierę, którą zdjął ze ściany, gdzie wisiała, zrywając przy tym obrastające trzonek pajęczyny. Używał jej do dzielenia polan, którymi palił w kominku, oraz do rąbania drew na podpałkę. Była ostra i stanowiła wyborną broń.

Choć nie był zdolny do mordowania z zimną krwią, wiedział, że – jeśli byłoby to konieczne – potrafiłby zabić w obronie własnej. Nie ma nic złego w tym, że człowiek chce ocalić życie. Samoobrona to nie morderstwo – można się z tego oczyścić.

Przez chwilę ważył w ręce siekierę. Tak, z tego się można oczyścić.

Potem wypróbował broń, rzucając nią przed siebie. Przecięła powietrze z głośnym świstem. Z tego się można oczyścić…

Około czternastu kilometrów przed Running Springs, a dwadzieścia pięć przed jeziorem Arrowhead, Benny zjechał z drogi i zaparkował w zatoczce stanowiącej punkt widokowy. Były tam dwa drewniane stoły dla turystów, kosz na śmieci i mnóstwo cienia rzucanego przez olbrzymie sosny. Benny wyłączył silnik i opuścił szybę. Górskie powietrze miało temperaturę o kilkanaście stopni niższą od pustynnego, które tak dało im się we znaki. Było nadal ciepło, ale nie upalnie. Delikatny wiaterek, który wpadł przez otwarte okno, podziałał na Rachael odświeżająco niczym kąpiel, zwłaszcza że pachniał ziołami i żywicą sosnową.

Nie pytała, dlaczego przyjaciel zjechał z drogi, gdyż było to oczywiste: niezmiernie zależało mu na tym, aby Rachael wyciągnęła odpowiednie wnioski z jego pobytu w Wietnamie, aby nie miała złudzeń, jakiego człowieka uczyniła zeń wojna. Benny nie mógł pogodzić opowiadania o swoich przejściach z bezpiecznym prowadzeniem samochodu na krętej górskiej drodze.

Zaczął mówić o drugim roku walk, o swoich wątpliwościach i rozpaczy, gdy uzmysłowił sobie straszną prawdę, że nie jest to czysta wojna w takim sensie, w jakim była nią druga wojna światowa, w której istniała wyraźniejsza możliwość moralnego wyboru. Z miesiąca na miesiąc – jako zwiadowca, któremu zlecano różne misje – posuwał się coraz bardziej w głąb pola walki. Często przekraczali linię ognia i wdzierali się na teren nieprzyjaciela. Celem tych tajnych misji było nie tylko nawiązywanie kontaktu bojowego z wrogiem i niszczenie go, ale także pozyskiwanie ludności cywilnej pokojowymi środkami, przekonywanie jej serc i umysłów do własnych racji. Wskutek różnorodności tych misji Benny poznał szczególne okrucieństwo nieprzyjaciela, doszedł do wniosku, że ta brudna wojna zmuszała jej uczestników do wyboru między mniejszym i większym złem: z jednej strony byłoby niemoralne zostać w Wietnamie i walczyć, stanowić część wojennej machiny zabijania i niszczenia, z drugiej zaś byłoby jeszcze większym błędem odejść. Po upadku Wietnamu Południowego i Kambodży nastąpiłyby masowe mordy polityczne, z pewnością dużo gorsze od dramatów wojennych.