Głos Bena przypominał Rachael konfesjonały z czarnego drewna, w których klęczała jako dziewczyna.
– Poniekąd zdałem sobie sprawę, że choć byliśmy źli, po nas mogli przyjść jeszcze gorsi. Po naszym odejściu nastąpiłaby krwawa łaźnia. Miliony ludzi stracono by lub posłano na śmierć w obozach pracy przymusowej. Po nas byłby… potop.
Gdy mówił, nie patrzył na Rachael, lecz na porośnięte lasami zbocza gór San Bernardino. Rachael czekała. Benny ciągnął dalej:
– Tam nie było bohaterów. Miałem wtedy niecałe dwadzieścia jeden lat, a więc była to odważna myśl, że nie jestem bohaterem, lecz kimś na usługach mniejszego zła. W tym wieku jest się z reguły idealistą, optymistą i idealistą, ale ja widocznie zbyt dużo przeżyłem i dostrzegłem, że w życiu wiele zależy od takiej właśnie konieczności wyboru, wyboru – powtarzam – miedzy mniejszym i większym złem.
Benny zaczerpnął głęboko świeżego górskiego powietrza, wdzierającego się przez otwarte okno, i wypuścił je ze świstem. Sprawiał wrażenie, jakby się bał, że samo mówienie o wojnie przynosi mu ujmę, a czyste powietrze – wciągnięte głęboko – mogło oczyścić jego duszę ze starych plam.
Rachael nic nie mówiła, głównie dlatego, że nie chciała mu przerywać wątku, pragnęła, by sam doszedł do końca opowieści. Inną przyczyną jej milczenia było odkrycie, że jej przyjaciel jest zawodowym żołnierzem. To stawiało go w zupełnie innym świetle. Musiała teraz dokonać całkowitego przewartościowania jego osoby.
Uważała, że to tak cudownie nieskomplikowany człowiek, zwyczajny pośrednik w handlu nieruchomościami, a jego prostota czyniła go w jej oczach atrakcyjnym. Bóg świadkiem, że dość miała urozmaicenia z Erikiem. Atmosfera normalności, jaką Ben tworzył wokół siebie, działała na nią kojąco. Był dla niej uosobieniem spokoju, odpowiedzialności, bezpieczeństwa. Benny – łagodny jak powoli płynący, uspokajający górski potok. Jego zainteresowanie kolejkami, starymi powieściami i muzyką z lat czterdziestych zdawało się potwierdzać tezę, że życie Bena Shadwaya pozbawione było poważniejszych wstrząsów. Rachael nie sądziła, aby człowiek skomplikowany i ciężko doświadczony przez życie mógł czerpać przyjemności z takich drobiazgów. Zafrapowany tą swoją przeszłością, Benny wyglądał jak dziecko – szczere, czyste, niewinne, i teraz trudno jej było uwierzyć, że to weteran, mający za sobą gorzkie rozczarowania oraz fizyczne i duchowe udręki.
– Moi kumple zginęli – kontynuował. – Oczywiście, nie wszyscy, ale wielu z nich, cholera! Trafieni w ogniu walki, zdjęci przez snajpera, rozerwani na minie. Niektórzy wrócili do domów okaleczeni i sparaliżowani, ze zniekształconymi twarzami, poranionymi na zawsze ciałami i umysłami. Ponieważ nie walczyli za słuszną sprawę, lecz tylko w imię mniejszego zła, cena, którą przyszło im zapłacić, była wysoka, cholernie wysoka. Ale odejście, jedyna możliwość, jaka istniała, było do przyjęcia tylko pod warunkiem, że przymknęło się oczy na fakt istnienia większego i mniejszego zła.
– A więc na ochotnika zostałeś na trzeci rok służby – domyśliła się Rachael.
– Tak. Zostałem i przeżyłem. Nie byłem ani szczęśliwy, ani dumny z tego powodu. Po prostu robiłem, co do mnie należało. Nie była to łatwa deklaracja, ale złożyło ją wielu. A potem… nadszedł czas wycofania naszych oddziałów. Nigdy im tego nie przebaczę ani nie zapomnę. To nie my porzucaliśmy Wietnamczyków, lecz… ja sam czułem się porzucony. Rozumiałem, że doszło do ugody, nadal jednak byłem gotów do poświęceń. Tymczasem moja ojczyzna, w którą tak głęboko wierzyłem, kazała mi odejść i pozwolić, by zwyciężyło większe zło. Kiedy nareszcie zacząłem pojmować złożoną naturę wszystkich moralnych aspektów tej wojny, oni kazali mi zapomnieć o wszystkim, jakby to wszystko była tylko… pieprzona zabawa!
Rachael nigdy jeszcze nie słyszała w głosie Bena takiego gniewu rozpalonego jak kuta stal, nigdy nie wyobrażała sobie, że w ogóle jest do tego zdolny. Choć kontrolował się i zachowywał spokojnie, poczuła lekki przestrach.
– To był prawdziwy szok dla dwudziestojednolatka – ciągnął dalej Benny – kiedy dowiedział się, że życie nie zamierza dać mu szansy na stanie się prawdziwym bohaterem. Jeszcze gorsza była prawda, że ojczyzna może zmusić do robienia rzeczy niesłusznych. Po naszym odejściu Vietcong w Wietnamie i Czerwoni Khmerzy w Kambodży wymordowali trzy albo cztery miliony ludzi. Następne pół miliona zginęło, próbując uciec przez ocean na wzruszających, ale lichych tratwach. I… i… nie wiem, jak to wyrazić, ale wydaje mi się, że w pewnym stopniu ja też jestem winien ich śmierci. My wszyscy jesteśmy winni ich śmierci, ale czasami czuję na sobie ten ciężar i jest on tak wielki, że nie mogę go udźwignąć.
– Jesteś wobec siebie zbyt surowy.
– Nie, to nieprawda.
– Jeden człowiek nie może dźwigać na swych barkach całego świata – powiedziała.
Ale Benny nie zamierzał zdjąć z siebie tego ciężaru ani nawet jego części.
– Pewnie dlatego żyję przeszłością. Poznałem, że światy, w których przyszło mi żyć – świat obecny i świat przyszły – nie są czyste, i nigdy nie będą, oraz że nie dają nam możliwości wyboru tego, co czarne, i tego, co białe. Tylko że co do przeszłości, to zawsze oszukujemy się, że kiedyś było inaczej, lepiej.
Rachael zawsze podziwiała poczucie odpowiedzialności Bena i jego kryształową uczciwość. Teraz jednak stwierdziła, że cechy te rozwinął w sobie nadmiernie. Nawet takie cnoty jak odpowiedzialność i uczciwość mogą stać się obsesją. Jakież to jednak piękne obsesje w porównaniu z wariactwami innych ludzi, których znała!
Wreszcie Benny spojrzał na nią, jego oczy pełne były smutku, prawie melancholii. Nigdy takich u niego nie widziała. Ale na szczęście w jego wzroku dostrzegła także inne uczucia – czułość, przywiązanie, ciepło i miłość.
– W nocy… i dziś rano… – mówił Benny – kiedy się kochaliśmy… po raz pierwszy od czasu, kiedy poszedłem na wojnę, miałem jasny wybór: czarne albo białe, żadnych szarości. W tym wyborze jest coś… jest jakieś zbawienie, którego nie miałem nadziei już doznać.
– W jakim wyborze? – spytała kobieta.
– Czy pozostać z tobą na całe życie, czy nie – odparł. – Tak: jest wyborem właściwym, ze wszech miar słusznym, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Nie: to wybór zły, bardzo zły. Nie musiałem się długo zastanawiać.
Rachael wiedziała już od kilku tygodni, może nawet miesięcy, że jest w nim zakochana. Emocje jednak trzymała na wodzy, nie wypowiadała się na temat głębi swych uczuć do Bena, nie pozwalała sobie na myśli o długotrwałym z nim związku. Jej dzieciństwo i młodość upłynęły w samotności, w przeświadczeniu, że nikt jej nie kocha. Te niewesołe lata zrodziły w niej gorące pragnienie miłości. I właśnie to pragnienie, a właściwie żądza, aby być kochaną i pożądaną, sprawiło, że stała się łatwą zdobyczą dla Erica Lebena. Ich małżeństwo było nieudane. Obsesję Erica na punkcie młodości, a zwłaszcza na punkcie jej młodości, Rachael brała najpierw za przejaw miłości, gdyż sama jej potrzebowała. Ale w ciągu siedmiu lat wspólnego życia odkrywała i powoli akceptowała bolesną prawdę, że tu wcale nie chodzi o miłość. Teraz była bardzo ostrożna. Bała się, by po raz kolejny nie zraniono jej uczuć.