Выбрать главу

– Czy jesteś pewien, że tego chcesz?

– Tak – powiedział Reese z naciskiem.

I pomyślał: Uratowałeś moją Esther, moją córeczkę. Dogoniłeś tych zbrodniarzy w furgonetce, odzyskałeś Esther żywą. Ryzykowałeś własne życie, ale udało ci się. Pewnie myśleli, że to diabeł ich ściga, bo w oczach miałeś obłęd. Zawsze cię lubiłem, ponieważ byłeś moim partnerem i starałeś się, ale po tym wszystkim pokochałem cię, sukinsynu, i teraz zawsze będę przy tobie, gdy będziesz tego potrzebował, niezależnie od tego, w jaką sprawę się wplączesz.

Pomimo oporów natury psychicznej przed wyrażaniem swych uczuć Reese chciał powiedzieć to wszystko przyjacielowi, ale nie wyrzekł ani słowa. Wiedział, że Julio nie lubi czułości i byłby zażenowany. Verdad pragnął jedynie potwierdzenia przyjaźni i partnerstwa. Otwarte wyrażenie dozgonnej wdzięczności wytworzyłoby między nimi barierę i postawiło Julia w niezręcznej sytuacji. Byłby wówczas górą i już nigdy nie czuliby się ze sobą swobodnie.

Oczywiście na co dzień, w czasie pracy, Julio zawsze zajmował pozycję nadrzędną, decydował w najdrobniejszych szczegółach, jak poprowadzić śledztwo, ale jego „władza” nigdy nie była rażąca i nie przeszkadzała Reese’owi. Na tym polegała różnica. Reese czułby się zresztą równie dobrze, gdyby dominacja Julia była bardzo widoczna. Verdad był szybszy i bystrzejszy od niego, a więc podporządkowania się mu nie uważał za ujmę.

Ale urodzony i wychowany w Meksyku, a naturalizowany w Stanach Julio miał szacunek dla demokracji. I to nie tylko dla demokracji w sensie politycznym, lecz także we wszystkich sferach życia, również w stosunkach z przyjacielem. Przyjął pozycję dominującą, gdyż była oparta na wzajemnym, nie wypowiedzianym, ale istniejącym porozumieniu. Gdyby jednak jego rola została potwierdzona słowami, nie wytrzymałby tego i ich przyjaźń mogłaby na tym ucierpieć.

– Działamy razem – powtórzył Reese, płucząc pod kranem filiżanki po kawie.

– No, to jesteśmy gliniarzami na chorobowym. Zacznijmy się kurować.

21

Arrowhead

Sklep z artykułami sportowymi znajdował się w pobliżu jeziora w drewnianym baraku imitującym wiejską chatę. SPRZĘT WĘDKARSKI I SPORTOWY – WYPOŻYCZALNIA ŁODZI – anonsowała tablica, w oknach zaś umieszczono reklamy piwa marki Coors i Miller Lite. Na nasłonecznionej części sklepowego parkingu stały trzy samochody: dwa pickupy i jeep. Wczesne promienie poranka błyszczały na lakierze karoserii i odbijały się od szyb białym światłem.

– Broń – powiedział Ben, gdy zobaczył budynek. – Może sprzedają tam również broń.

– Mamy broń – odrzekła Rachael.

Benny dojechał do końca parkingu i zjechał z asfaltowej nawierzchni na pokryty dywanem sosnowych igieł żwir, który zachrzęścił pod kołami. Ukrył samochód w cieniu masywnych, wiecznie zielonych krzewów otaczających działkę. Między liśćmi zamigotała mu tafla jeziora, dostrzegł też kilka łodzi, które unosiły się na skąpanej w słońcu powierzchni. Drugi brzeg był daleko i znajdowały się tam tylko porośnięte lasem wzgórza.

– Twoja trzydziestkadwójka to wprawdzie nie proca, ale też nie miotacz laserowy – powiedział Ben, wyłączywszy silnik. – Broń, którą odebrałem Vincentowi Baresco, jest lepsza, prawie taka jak działko, ale ideałem byłby tu karabin.

– Karabin? Czyżbyśmy rozpoczynali trzecią wojnę światową?

– Gdy ścigam żywego trupa, zawsze postępuję tak, jakbym zaczynał trzecią wojnę światową – wyjaśnił Ben, próbując obrócić wszystko w żart, ale nie bardzo mu to wyszło.

Już i tak wystraszone oczy Rachael nabrały teraz wyrazu przerażenia, drżała przy tym na całym ciele.

– Nie przejmuj się – pocieszył ją. – Wszystko będzie dobrze.

Wysiedli z wypożyczonego samochodu i przez chwilę stali w bezruchu, wdychając czyste, świeże górskie powietrze. Dzień był ciepły i zupełnie bezwietrzny. Drzewa nie kołysały się, nie szumiały liśćmi, jak gdyby ich gałęzie skamieniały. Drogą nie przejeżdżał żaden samochód, w pobliżu nie widać było również ani jednego człowieka. Ptaki przerwały śpiew i pochowały się gdzieś. Zapadła głęboka, doskonała, niesamowita cisza.

Ben wyczuł w niej coś złowrogiego, prawie jak znak z zaświatów, przestrogę, by opuścili to górskie pustkowie i powrócili w bardziej cywilizowane strony, do świata dźwięków i ruchu, tam gdzie są ludzie, którzy w razie zagrożenia mogliby im udzielić pomocy.

Rachael opanowały najwyraźniej podobne niewesołe myśli, gdyż powiedziała:

– Coś mi się tutaj nie podoba. Może powinniśmy odjechać stąd i zatrzymać się w innym miejscu.

– I dać Ericowi więcej czasu na odzyskanie sił?

– Może nigdy nie dojdzie do siebie w pełni?

– Ale jeśli mu się to uda, będziesz w niebezpieczeństwie.

Westchnęła, potakując ruchem głowy.

Przeszli przez parking i weszli do sklepu, by kupić strzelbę i trochę amunicji.

Z Erikiem działo się coś dziwnego, dziwniejszego nawet niż jego zmartwychwstanie. Zaczęło się od kolejnego bólu głowy, jednej z wielu przychodzących i mijających dokuczliwych migren, jakie miewał od chwili „powrotu do życia”. Nie od razu zdał sobie sprawę z tego, że ten ból był inny, dziwny. Zamknął oczy, gdyż raziło go światło, i starał się nie zważać na nieprzerwane, przysparzające mu śmiertelnego cierpienia i osłabiające go pulsowanie pod czaszką.

Przysunął sobie fotel do okna w salonie i rozpoczął czuwanie. Wyglądał na porastający zbocza las i błotnistą drogę, która wiodła od usianych licznymi domostwami górskich podnóży, a zaczynała się nad jeziorem Arrowhead. Wyżej chowała się wśród drzew, ale w dolnym odcinku była odsłonięta. Gdyby nadjeżdżali wrogowie Erica, wypatrzyłby ich na czas. Opuściłby wtedy dom tylnym wyjściem, ukrył się w lesie i później zaatakował z zaskoczenia.

Miał nadzieję, że gdy usiądzie w fotelu, pulsowanie pod czaszką ustąpi choć trochę. Ból jednak narastał i stawał się gorszy niż wszystko, czegokolwiek Eric w życiu doświadczył. Miał wrażenie, że jego głowa jest z gliny, a każde kolejne uderzenie niewidzialnym młotem nadaje jej nowy kształt. Zacisnął mocno zęby, zdecydowany stawić czoło nieszczęściu. A może ból nasilił się w związku z koncentracją, konieczną do obserwowania drogi? Jeśli stanie się już zupełnie nie do zniesienia, Eric zrezygnuje z wypatrywania wrogów – aczkolwiek bardzo niechętnie, gdyż przeczuwa niebezpieczeństwo – i będzie musiał położyć się na chwilę.

Siekierę i dwa noże trzymał na podłodze koło fotela. Za każdym razem, gdy spoglądał na ich lśniące ostrza, czuł się nie tylko bezpieczny, ale i napełniony dziwną radością. A kiedy ujął w dłoń trzonek siekiery, przeszedł go cudowny, prawie erotyczny dreszcz.

Niech przychodzą, pomyślał. Pokażę im, że Eric Leben jest wciąż człowiekiem, z którym trzeba się liczyć. Niech przychodzą.

Choć nadal miał trudności z uświadomieniem sobie, kto mógłby go poszukiwać, to jednak czuł, że jego obawy są uzasadnione. I nagle w umyśle Erica pojawiły się nazwiska: Baresco, Seitz, Geffels, Knowls, Lewis. Tak, oczywiście, wspólnicy z Geneplan! Oni wszystko o nim wiedzą. Na pewno już postanowili, że należy go szybko znaleźć i zlikwidować, aby nie dopuścić do ujawnienia tajnych projektów. Ale nie tylko tych pięciu mężczyzn powinien się bać. Byli jeszcze inni… jakieś cienie, których nie potrafił zidentyfikować, ludzie mający więcej władzy niż wspólnicy z Geneplan.

Przez chwilę wydawało mu się, że jest bliski zburzenia otaczającego go muru tajemnicy wejścia do świata prawdy. Znalazł się na krawędzi oświecenia i pełnego odzyskania pamięci takiej, jaką miał przed powstaniem ze stołu w kostnicy. Wstrzymał oddech i pochylił się w fotelu; drżąc cały, oczekiwał dalszych postępów. Prawie mu się udało, prawie już wiedział, kim byli pozostali prześladowcy, co oznaczały myszy i skąd wziął się ten przerażający obraz kobiety ukrzyżowanej na ścianie…