I wtedy przeszywający ból strącił go na powrót z obszaru światła w krainę ciemności. Jasne myśli zasnuła mgła i Eric wyrzucił z siebie cienki okrzyk rozpaczy.
Nagle jego uwagę zwrócił jakiś ruch w lesie za oknem. Mrużąc swe rozpalone wodniste oczy, Eric przesunął się na brzeg fotela i przechylił w stronę parapetu. Bacznie obserwował porośnięty drzewami stok i zanurzoną w cieniu błotnistą drogę. Nikogo nie było. Ruch wywołał nagły powiew wiatru, który przerwał wreszcie panującą w powietrzu ciszę. Krzewy drgnęły lekko, a korony wiecznie zielonych drzew zaczęły się kołysać równym rytmem, jak gdyby wachlując się dla ochłody.
Zamierzał właśnie znów zagłębić się w fotelu, kiedy potężna fala bólu przetoczyła się w głąb jego czaszki i dosłownie odrzuciła go do tyłu. Przez chwilę znajdował się niemal w stanie agonalnym, niezdolny poruszyć się ni zapłakać, ni oddychać. Kiedy wreszcie doszedł do siebie, krzyknął głośno, choć był to już bardziej okrzyk gniewu niż bólu. Ból bowiem minął równie szybko, jak przyszedł.
Przestraszył się, że ten nagły wybuch cierpienia mógłby oznaczać niespodziewany zwrot na gorsze, może nawet rozpad na kawałki popękanej czaszki. Podniósł rękę i dotknął nią głowy – najpierw uszkodzonego prawego ucha, którego wczoraj o mało nie stracił. Było w dotyku grube i wyjątkowo chrząstkowate, ale już przynajmniej nie zwisało bezużytecznie i nie krwawiło.
Jak to możliwe, że tak szybko zdrowiał? Proces miał trwać kilka tygodni, a nie kilka godzin.
Powoli powędrował palcami wyżej i ostrożnie zbadał głębokie wgniecenie po prawej stronie czaszki, w miejscu w którym uderzyła go ciężarówka. Wprawdzie wciąż tam jeszcze było, ale już jakby mniejsze, kość czaszki zaś twardsza, jak łupina orzecha, a nie skórka pomarańczy. Eric nie czuł już żadnej miękkości. Zachęcony pierwszymi odkryciami, zaczął mocniej uciskać palcami ranę, masować ją, sondować brzegi wgłębienia i wszędzie natrafiał na twardą kość i ślady zabliźnienia. Potrzaskana i zdeformowana czaszka potrzebowała tylko jednego dnia, by rany zaleczyły się, a kości zrosły. Cholera to jest nieprawdopodobne, to jest wprost niemożliwe! Nie została ani jedna otwarta rana, a tkankę mózgową Erica znów ochraniał twardy pancerz czaszki.
Siedział tak ogłupiały i niezdolny do ogarnięcia całości. Pamiętał, że wprowadził do swego organizmu geny, które miały wzmóc proces zdrowienia i wspierać odmładzanie komórek, ale dlaczego, do cholery, dzieje się to tak szybko? Ciężkie rany zasklepiające się w ciągu paru godzin! Ciało, żyły i w ogóle naczynia krwionośne – wszystko odnawiało się niemalże na jego oczach! Połamane kości zrastały się w niespełna jeden dzień! Boże, nawet komórki najbardziej złośliwego raka w najbardziej dynamicznej fazie nie kontrolowanej reprodukcji nie dotrzymałyby tego tempa!
Przez chwilę był ożywiony, pewien, że eksperyment przyniósł jeszcze lepsze od oczekiwanych rezultaty. Potem uprzytomnił sobie, że ma kłopoty z koncentracją i luki w pamięci, choć zapewne odradzanie komórek mózgowych odbywało się równie szybko jak regeneracja samej czaszki. Czy to miało znaczyć, że już nigdy nie odzyska pełnej sprawności umysłowej, mimo uzdrowienia tkanek? Zmroziła go ta perspektywa, zwłaszcza że znów ujrzał od dawna nieżyjącego wuja Barry’ego Hampsteada, który stał w kącie, za kręgiem strzelających w górę cienistych ogni.
Może, choć wrócił z krainy śmierci, na zawsze pozostanie już trupem i nic nie pomoże tu nowa, cudowna struktura genetyczna? Nie. Nie chciał w to uwierzyć, gdyż oznaczałoby to, że cała jego praca – badania, projekty, związane z nimi ryzyko – poszła na marne.
Siedzący w kącie wuj Barry skrzywił twarz w uśmiechu i powiedział: „Chodź, Ericu, pocałuj mnie. Chodź i pokaż, że mnie kochasz”.
Śmierć mogła być czymś więcej niż tylko ustaniem aktywności fizycznej i umysłowej. Mogła oznaczać też utratę jakiejś wartości… duchowej, która nie dawała się reanimować na równi z ciałem i mózgiem.
Zupełnie jakby z własnej woli wędrująca po szczęce ręka Erica powróciła do brwi, skąd eksplodowała ponowna fala bólu. Poczuł się jakoś dziwnie. Poczuł, że coś jest nie tak. Jego czoło nie było już płaskie i gładkie, lecz guzowate i krostowate, pokryte jakimiś strasznymi naroślami.
Usłyszał ciche, trwożliwe kwilenie i w pierwszej chwili nie zdał sobie sprawy z tego, że sam wydawał ten dźwięk.
Kości skroniowe pogrubiały i rozrosły się do niesamowitych rozmiarów, zwłaszcza nad prawym okiem.
Jak to się mogło stać? O Boże, jak to się mogło stać?
Zaczął badać dłonią dalsze partie swej twarzy w taki sposób, w jaki niewidomy stara się na podstawie dotyku wyobrazić sobie wygląd nieznajomego. W miarę jak to czynił, coraz bardziej trząsł się ze strachu.
Pośrodku czoła napotkał palcami opadającą w stronę nosa twardą, nierówną narośl. Czuł, że cały pęcznieje, a wzdłuż linii włosów pulsuje mu krew w żyłach, choć nie powinny znajdować się tam żadne arterie. Nie potrafił opanować kwilenia, a z oczu trysnęły mu gorące łzy.
Przerażająca prawda o tym, w jakiej znalazł się sytuacji, dotarła nawet do jego zamglonego umysłu. Z technicznego punktu widzenia genetycznie zmodyfikowane ciało Erica zostało zabite w wyniku gwałtownego zderzenia ze śmieciarką, ale na poziomie komórkowym utrzymało się coś na kształt życia. Wprowadzone sztucznie geny, funkcjonujące dzięki wąskiej strużce energii życiowej, która pozostała jeszcze w organizmie, wysłały do wszystkich stygnących komórek pilne sygnały, że należy niezwłocznie wytworzyć wszystkie substancje potrzebne do regeneracji i odmłodzenia ciała. Ale kiedy zakończył się proces „zdrowienia”, zmienione geny nie „wyłączyły” szalonego wzrostu. Gdzieś tkwił błąd i proces trwał dalej. Jego organizm powoli rozrastał się i – choć nowe tkanki były zapewne absolutnie zdrowe – przypominało to raka, tyle że w jego wypadku prędkość, z jaką zachodziły zmiany, znacznie przewyższała szybkość powstawania komórek najbardziej złośliwego nowotworu.
Ciało Erica zmieniało się. Ale w co?
Serce biło mu jak młotem, a po skórze lał się zimny pot. Wstał z fotela. Zaczął szukać lustra. Musiał zobaczyć w nim swe oblicze. Nie chciał go oglądać, bał się panicznie tego, co spodziewał się ujrzeć, odrazę budziła w nim myśl o odbiciu obcej, groteskowo zniekształconej twarzy, ale jednocześnie paliła go żądza poznania, w co się zmieniał.
W sklepie sportowym nad jeziorem Ben wybrał sobie remingtona. Był to półautomatyczny karabin wielkokalibrowy o magazynku na pięć pocisków. W odpowiednich rękach ta broń mogła siać zniszczenie. A ręce Bena były odpowiednimi rękami. Dodatkowo zakupił dwa pudełka naboi do remingtona, pudełko amunicji do zdobycznego rewolweru typu Smith & Wesson 357 Combat Magnum oraz pudełko pocisków kalibru 32 do pistoletu Rachael.
Zupełnie jakby szykowali się na wojnę.
Chociaż przy zakupie karabinu nie wymagano pozwolenia, a broń otrzymywało się do ręki od razu, Benny musiał wypełnić formularz, wpisując swoje nazwisko, adres oraz numer polisy ubezpieczeniowej. Trzeba było także okazać dowód tożsamości, najlepiej kalifornijskie prawo jazdy z laminowanym zdjęciem. Podczas gdy Ben stał wraz z Rachael przy żółtej ladzie i wypełniał druk, sprzedawca, który na wstępie przedstawił się jako Sam, przeprosił ich i odszedł na drugi koniec sklepu, gdzie czekali jacyś wędkarze pragnący uzyskać informacje na temat sprzętu.
Inny sprzedawca objaśniał klientom na przeciwległym krańcu sklepu różnice między poszczególnymi typami śpiworów.