Выбрать главу

Bez skutków ubocznych!

Chciało mu się śmiać. Prawie bez skutków ubocznych.

Patrzył w lustro przerażony, jak gdyby były to drzwi do piekła. Podniósł do czoła trzęsącą się rękę i ponownie dotknął wyrastającego nad nosem i ciągnącego się aż do linii włosów falistego pagórka.

Straszliwe obrażenia, których doznał poprzedniego dnia, wyzwoliły takie zdolności samoregulacji organizmu, jakich nie sprowokowałyby najcięższe przeziębienie czy grypa. Śmiertelnie zagrożone komórki zaczęły produkować interferon, szerokie spektrum zwalczających infekcje przeciwciał – a zwłaszcza hormonów wzrostu i protein – ze zdumiewającą szybkością. Nie wiadomo dokładnie, dlaczego substancje te kontynuowały proces, choć zdrowienie dobiegło końca, a zatem i ich rola. Teraz jego ciało już nie tylko zastępowało zniszczoną, ale również dodawało nową tkankę, i to w zastraszającym tempie, bez żadnej potrzeby.

– Nie – powiedział cicho. – Nie – i starał się odrzucić to, co widział przed sobą. Ale wszystko było prawdą, czuł ją opuszkami palców, gdy dalej badał nimi owłosioną skórę własnej głowy. Dziwne uwypuklenie czaszki najbardziej uwidaczniało się na czole Erica, chociaż wyczuwał je także na kości ciemieniowej, ukryte pod włosami. Odniósł nawet wrażenie, że czuje, jak rośnie mu pod palcami i przesuwa się w stronę potylicy.

Jego ciało ulegało przekształceniom albo na ślepo, albo zgodnie z jakimś planem, który dla Erica był jeszcze niezrozumiały. I nikt nie mógł powiedzieć, kiedy zakończy się ten proces transformacji. Może nigdy…? Może Eric będzie w nieskończoność rosnąć, zmieniać się, przydawać swemu ciału coraz to nowe oblicza? Robił się z niego potwór… a może nawet coś gorszego, coś tak bardzo odmiennego, że trudno to będzie nazwać istotą ludzką?

Uwypuklenie ginęło na potylicy i Eric powrócił ręką na czoło, do miejsca gdzie wyczuwał zgrubienie. Znajdowało się ono nad oczami i było tak wyraźne, że Leben przypominał nieomal neandertalczyka lub jakiegoś innego praprzodka człowieka, chociaż tamci nie mieli pionowego garbu pośrodku czoła ani guzów na skroni. Neandertalczykom nie występowały też nad brwiami nabrzmiałe grube żyły, w których dynamicznie pulsowała krew.

Nawet teraz, w tym strasznym stanie pomieszania umysłu i częściowej utraty pamięci, Eric zdawał sobie doskonale sprawę, do czego może doprowadzić taki rozwój jego organizmu. Na przykład nigdy już nie będzie mógł zostać pełnoprawnym członkiem normalnej ludzkiej społeczności. Nie miał już żadnych wątpliwości, że jest jednocześnie doktorem Frankensteinem i stworzonym przez niego potworem w jednej osobie. Sam siebie wyrzucił – i wciąż jeszcze wyrzucał – poza nawias, na zawsze, bez nadziei na powrót.

Jego przyszłość była tak koszmarna, że koszmarniejszej nie można już sobie wyobrazić. Zapewne zostanie wreszcie złapany i zamknięty w jakimś laboratorium, gdzie stanie się przedmiotem licznych doświadczeń wytrzeszczających na niego oczy szalonych naukowców. Dla nich będą to tylko zgodne z prawem i moralnością eksperymenty, które jednak dla Erica oznaczać będą nie kończącą się torturę. A może ucieknie gdzieś na zupełne pustkowie i będzie prowadził tam wzruszający żywot, dając początek legendom o pojawieniu się nowego potwora? Aż pewnego dnia natknie się przez przypadek na jakiegoś myśliwego, który go załatwi. Niezależnie jednak od tego, która z tych smutnych wersji miałaby się sprawdzić, jedno było pewne: czekało go życie w strachu i samotności. Strach wynikać będzie mniej z tego, co mogliby mu uczynić źli ludzie, a bardziej z tego, co działo się z jego organizmem. Samotność zaś będzie absolutna – taka jakiej nie zaznał i nie zazna żaden człowiek, gdyż Eric będzie na tej Ziemi jedynym tego rodzaju stworzeniem.

Na szczęście ciekawość odsuwała jeszcze na bok rozpacz i przerażenie, była to ta sama potężna ciekawość, która uczyniła zeń wspaniałego naukowca. Kiedy patrzył na swe przerażające lustrzane odbicie, na postępujący proces genetycznej katastrofy, podniecała go świadomość, że oto obserwuje rzeczy, których nie widział jeszcze żaden człowiek. Więcej nawet, rzeczy, które w ogóle nie były przeznaczone dla ludzkich oczu. To było radosne uczucie, stanowiło sens życia takiego jak on człowieka. W pewnym stopniu każdy naukowiec dąży do wyjaśnienia zagadek związanych z życiem na Ziemi i jeśli jest mu już dana okazja ujrzeć światełko w tunelu, ma nadzieję, że potrafi je właściwie odczytać. Ale w tym wypadku chodziło o coś więcej niż tylko światełko. To był silny snop światła, wnikający w mroczny korytarz ludzkiego życia i rozwoju, a czas jego istnienia zależał tylko od woli i odwagi Erica. Myśl o samobójstwie tylko przemknęła mu przez głowę i zniknęła bezpowrotnie. Waga problemu, którym się zajmował, była większa niż cierpienia fizyczne, duchowe i umysłowe, które się z tym wiązały. Przyszłość Erica rysowała się jak namalowany w szarych kolorach niewyraźny pejzaż, rozświetlony przelotnie błyskawicą boleści, coś jednak pchało go do dalszej wędrówki przez ten świat, aż do niewidocznego horyzontu. Muszę poznać, co stanie się ze mną ostatecznie, myślał.

Poza tym żadna ze zmian, które w nim zaszły, ani trochę nie zmniejszyła jego strachu przed śmiercią. Nekrofobia męczyła go nawet bardziej niż do tej pory, gdyż właśnie teraz najbliżej mu było do trumny. Dlatego rodzaj i jakość życia, jakie go otaczało, nie miały dla niego znaczenia – najważniejsze, że chodziło o życie. Trzeba iść przez nie naprzód, przed siebie. Nieważne, że metamorfoza doprowadzała go do depresji i ścinała mu krew w żyłach – „druga strona” dla życia, czyli śmierć, była dlań czymś znacznie gorszym.

Gdy tak patrzył w lustro, powrócił ból głowy. Wydało mu się, że w oczach zauważył nowy wyraz. Przesunął twarz do lustra.

W jego oczach było coś zdecydowanie dziwnego, innego, nie potrafił jednak dokładnie określić rodzaju zmiany.

Migrena nagle stała się nie do zniesienia. Światło jarzeniowe zaczęło mu przeszkadzać, zmrużył więc oczy i ograniczył jego dopływ.

Przestał patrzeć sobie prosto w oczy i powoli przeniósł wzrok na resztę ciała. Miał wrażenie, że zmiany pojawiły się także wzdłuż prawej brwi i w kości jarzmowej wokół całego prawego oka.

Znów poraził go strach, ale taki, jakiego jeszcze nigdy nie zaznał, a serce zaczęło bić przyspieszonym rytmem.

Ból rozsadzał mu czaszkę i promieniował na całą twarz.

Gwałtownym ruchem odwrócił się od lustra. Rzeczą niemiłą, lecz możliwą do przyjęcia było ujrzenie zmian, jakie zaszły w organizmie. Przyglądanie się jednak procesowi transformacji własnego ciała, który właśnie się dokonywał, wymagało zdecydowanie więcej odwagi, odporności i silnej woli, których Eric już nie miał. Zbierało mu się na wymioty.

Akurat teraz pomyślał sobie o Lonie Chaneyu juniorze w starym filmie pod tytułem Wilkołak. Chaney był tam przerażony, że zmienił się w wilka. Strach poraził go i sprawił, że zaczął płakać nad swym losem. Eric spojrzał na swe potężne dłonie i już wyobraził sobie, jak wyrastają z nich gęste włosy. Zaśmiał się z tej sugestii, a śmiech – tak jak i poprzednio – był chrapliwy, zimny i przerywany. Pozbawiony pogody, szybko przerodził się w spazmatyczny szloch.

Wnętrze czaszki i twarz znów wypełniły się bólem, nawet wargi go bolały. Zanim wydostał się z łazienki, wpadł najpierw na umywalkę, a potem uderzył we framugę drzwi. Wreszcie wydobył z piersi wysoki, przejmujący jęk – był on zarazem symfonią strachu i koncertem cierpienia.