Выбрать главу

Zastępca szeryfa okręgu San Bernardino nosił ciemne okulary słoneczne, które całkowicie skrywały jego oczy, a co za tym idzie – również zamiary. Jednakże gdy mężczyzna wysiadał z samochodu, w jego ruchach nie widać było ostrzegawczego napięcia ani innych oznak wskazujących na to, że rozpoznał ich jako karygodnych „łamaczy prawa”, „gwałcicieli sprawiedliwości”, „wyrzutków społeczeństwa”, o których niedawno mówiono w radiu.

Ben i Rachael szli, nie zatrzymując się i trzymając za ręce. Wprawdzie w ciągu ostatnich kilku godzin ich rysopisy i zdjęcia przekazano do wszystkich komisariatów policji w Kalifornii i na Południowym Zachodzie, ale nie znaczyło to jeszcze, że każdy stróż prawa myślał tylko o nich.

Zastępca szeryfa zdawał się patrzeć na nich. Ale nie każdy gliniarz jest na tyle obowiązkowy, by przed wyjazdem na patrol przejrzeć najnowsze biuletyny. Ci zaś, którzy wyjechali na objazd z samego rana, a mogło to dotyczyć również tego oficera, zapewne nie zdążyli jeszcze w ogóle zobaczyć zdjęć Bena i Rachael.

– Przepraszam – powiedział policjant.

Ben zatrzymał się. Czuł, jak dłoń Rachael sztywnieje. Chciał zachować spokój i uśmiechnął się.

– Słucham pana?

– Czy to wasz pickup?

Benny zamrugał oczami.

– Ten? Nieee…

– Ma stłuczone tylne światło – wyjaśnił zastępca szeryfa i zdjął ciemne okulary, odsłaniając wolne od podejrzeń oczy.

– Prowadzimy tamtego forda – wyjaśnił Ben.

– Czy wie pan, do kogo należy ten pickup?

– Nie. Zapewne do któregoś z klientów.

– W porządku, nie zatrzymuję państwa dłużej i życzę miłego pobytu w naszych pięknych górach – rzekł policjant, minął ich i skierował się w stronę sklepu sportowego.

Ben z trudem powstrzymał się, by nie pobiec do samochodu, i podejrzewał, że z Rachael jest tak samo. Odmierzany przez nich miarowy krok był aż nazbyt nonszalancki.

Ustąpiła już złowroga cisza, tak głęboka, kiedy tu przyjechali. Teraz dzień wypełniały odgłosy życia. Gdzieś na jeziorze płynęła motorówka i warkot silnika brzmiał niczym rój szerszeni. Znad błękitnej powierzchni wody nadeszła świeża bryza, poruszyła drzewami, rozkołysała trawy, zielsko i dzikie kwiaty. Szosą przemknęło parę samochodów, a przez otwarte okna płynęła hałaśliwa muzyka.

Doszli do pożyczonego forda, który wciąż stał w chłodnym cieniu sosen. Rachael wsiadła do środka i zatrzasnęła drzwiczki. Towarzyszący temu głuchy odgłos wywołał na jej twarzy nerwowe skrzywienie, jak gdyby dźwięk ten mógł sprawić, że zastępca szeryfa zawróci w ich stronę. W zielonych oczach kobiety czaił się strach.

– Zjeżdżamy stąd.

– Już się robi – odparł Benny, włączając silnik.

– Myślę, że możemy znaleźć inne, bardziej odludne miejsce, gdzie rozpakujesz i naładujesz broń.

Wyjechali na dwupasmową, okrążającą jezioro drogę i skierowali się na pomoc. Ben co chwila spoglądał we wsteczne lusterko, ale nikt ich nie śledził. Uznał za paranoidalną, pozbawioną podstaw obawę, że depczą im po piętach prześladowcy. Niemniej jednak nie przestawał spoglądać do tyłu.

Błyszcząca powierzchnia jeziora pozostawała w dole, po ich lewej stronie, po prawej zaś wznosiły się góry. Tu i ówdzie na porośniętych lasem stokach widniały zabudowania – jedne duże i bogate niczym wiejskie posiadłości, inne skromne, choć też niebrzydkie, domki letniskowe. Gdzie indziej ziemia zapewne należała do państwa – albo też zbocza były zbyt strome, by na nich cokolwiek budować – gdyż porastały je chaszcze nie do przebycia. Widać też było dużo uschłych gałęzi, których nagromadzenie, jak każdego lata, stanowiło w południowej Kalifornii zagrożenie pożarem. Ostrzegały przed nim liczne tablice stojące wzdłuż drogi. Ta wiła się i skręcała, opadała i wznosiła, na przemian oświetlana złotymi promieniami słońca i chłodzona cieniem.

Minęło kilka minut, zanim odezwała się Rachael.

– Oni chyba nie wierzą, że my naprawdę skradliśmy tajemnice państwowe.

– Nie – zgodził się Ben.

– Ja nawet nie wiedziałam, że Geneplan realizował zamówienia dla Pentagonu.

– Im wcale nie chodzi o te sprawy. To tylko szyld.

– No to dlaczego tak bardzo im zależy, żeby nas dostać w swoje łapy?

– Ponieważ wiemy, że… Eric powrócił do życia.

– Ty myślisz, że rząd też o tym wie? – spytała.

– Powiedziałaś, że projekt „Wildcard” trzymany był w ścisłej tajemnicy. Wiedzieli o nim jedynie Eric, jego wspólnicy z korporacji i ty.

– To prawda.

– Ale jeśli Geneplan ciągnął pieniądze z kieszeni Pentagonu przy innych projektach, to ręczę ci głową, że ich wywiad wiedział wszystko, co należy, o właścicielach firmy i ich przedsięwzięciach. Nie ma takiej możliwości, żeby ktoś czerpał korzyści z lukratywnych, ściśle tajnych zamówień rządowych, a jednocześnie zachowywał prywatność.

– Chyba masz rację – przyznała Rachael. – Ale Eric mógł sobie nie zdawać z tego sprawy. Przyzwyczajony był do tego, że w każdej sytuacji jest górą.

Znak drogowy ostrzegł przed znacznym spadkiem terenu. Ben przyhamował, a ford zakołysał się. Nagła zmiana prędkości zarzuciła samochodem, aż jęknęły resory.

Kiedy znów znaleźli się na bezpiecznym odcinku, Benny powiedział:

– Tak więc Pentagon wiedział wystarczająco dużo na temat „Wildcard”, by domyślić się po zniknięciu ciała Erica z kostnicy, że ten człowiek zmartwychwstał. A teraz chcą utrzymać całą sprawę w tajemnicy. Dlaczego? Ano dlatego, że rozumieją, iż chodzi o coś, co stanowi niebezpieczną broń, a przynajmniej źródło strasznej siły.

– Siły?

– Jeśli proces „Wildcard” zostanie doprowadzony do perfekcji, to dla tych, którzy mu się poddadzą, może oznaczać w praktyce nieśmiertelność. Tak więc ludzie mający nad nim kontrolę będą mogli decydować, kto ma żyć wiecznie, a kto nie. Czy możesz sobie wyobrazić lepszą broń, lepsze narzędzie ustanowienia politycznej kontroli nad tym cholernym światem?

Rachael przez chwilę milczała. Potem odezwała się cicho:

– Boże! Tak bardzo skoncentrowałam się na osobistym aspekcie całej sprawy, nad tym, co „Wildcard” oznacza dla mnie, że nie spojrzałam na nią z innej perspektywy.

– Dlatego właśnie muszą nas dostać – oznajmił Ben.

– Nie chcą, żebyśmy zdradzili tajemnicę, zanim „Wildcard” zostanie doprowadzony do perfekcji. Gdybyśmy wszystko ujawnili, nie mogliby bez skrępowania prowadzić dalszych badań.

– Właśnie tak. A ponieważ odziedziczysz po mężu kontrolny pakiet akcji w Geneplan, rząd doszedł zapewne do wniosku, że należy przekonać cię do współpracy z nimi dla dobra kraju oraz własnych korzyści.

Pokręciła głową.

– Nie przekonają mnie do współpracy. Nie w tym wypadku. Po pierwsze, jeśli istnieje nadzieja, że dzięki inżynierii genetycznej można będzie wydłużyć czas ludzkiego życia oraz leczyć każdą chorobę, to wszelkie prace w tej dziedzinie muszą być prowadzone jawnie, a ich efekty powinny być dostępne dla każdego. Jakiekolwiek inne postępowanie byłoby niemoralne.

– Byłem pewny, że tak właśnie myślisz – powiedział Ben, wprowadzając forda w ostry zakręt w prawo, po którym zaraz następował zakręt w lewo.

– Poza tym nie przekonaliby mnie, by kontynuować badania na tej samej zasadzie co do tej pory, bo jestem przekonana, że prowadzono je niewłaściwie.

– Wiedziałem, że tak powiesz – stwierdził Benny aprobująco.

– Muszę przyznać, że o genetyce wiem bardzo mało. Uważam jednak, iż w podejściu Erica i jego współpracowników kryje się zbyt dużo niebezpieczeństw. Przypomnij sobie o tych myszach… Przypomnij sobie krew w bagażniku samochodu w Villa Park.