– Chcesz go wziąć żywego?! – wykrzyknęła przestraszona tą myślą Rachael.
– No… on chyba nie jest taki zupełnie żywy. Myślę, że musimy go schwytać, niezależnie od tego, w jakiej znajduje się kondycji, skrępować i wywieźć gdzieś… Na przykład tam, gdzie się mieszczą biura „Los Angeles Times”. Wtedy na konferencji prasowej zaprezentujemy prawdziwą bombę.
– Nie, Benny, nie możemy. – Rachael gwałtownie potrząsnęła głową. – To szaleństwo. Eric nie podda się bez walki, będzie okrutny, bezwzględny. Pamiętasz, co ci opowiadałam o myszach? Widziałeś krew w bagażniku samochodu, na miłość boską! Wszędzie, gdzie tylko się pojawi, sieje zniszczenie. Przypomnij sobie noże wbite w ścianę w domu w Palm Springs, przypomnij sobie, jak skatował Sarah. Nie możemy ryzykować, próbując go schwytać. Jeśli sądzisz, że on przestraszy się twojej broni, to się mylisz. On nie boi się niczego. Jeśli podejdziesz do niego, by go skrępować, wypruje ci flaki, nie zważając na karabin. Możliwe, że sam będzie miał broń. Nie, nie, jeśli go znajdziemy, musimy z nim skończyć od razu – strzelić bez wahania, strzelać tak długo, tak długo go niszczyć, aż nie będzie już zdolny ponownie wrócić do życia.
W głosie Rachael pojawiła się nuta paniki. W miarę jak próbowała przekonać Bena do swych racji, mówiła coraz szybciej. Pobladła, a jej usta zrobiły się sine. Trzęsła się na całym ciele.
Jej lęk wydał się Benowi przesadzony, nawet jeśli wziąć pod uwagę wszystkie niebezpieczeństwa, na jakie byli narażeni. Zastanawiało go, na ile postawa Rachael wobec zmartwychwstania Erica wynikała z jej ultra religijnego wychowania. Możliwe, że nie rozumiejąc do końca własnych uczuć, bała się go nie tylko dlatego, że był żywym trupem, lecz także dlatego, że ważył się targnąć na to, co boskie – sięgnąć po nieśmiertelność. W ten sposób stał się nie tylko zombie, lecz i potworem, który wrócił z królestwa ciemności.
Na chwilę zapomniał o karabinie i ujął w swe dłonie ręce Rachael.
– Posłuchaj, kochanie. Dam sobie z nim radę. Radziłem sobie z gorszymi, dużo gorszymi…
– Nie bądź taki pewny siebie, bo on cię wtedy załatwi!
– Zanim wysłali mnie na wojnę, przeszedłem solidne przeszkolenie. Potrafię uważać, żeby nikt mnie nie załatwił!
– Proszę!
– Przez wszystkie te lata trzymałem język za zębami, gdyż Wietnam nauczył mnie, że pewnego dnia świat może nagle stać się zły i wrogi, a wtedy trzeba będzie liczyć wyłącznie na samego siebie i na najbliższych przyjaciół. To nieprzyjemna lekcja i długo nie chciałem się z nią pogodzić. To właśnie dlatego pogrążyłem się w przeszłości. Ale sam fakt, że trzymałem język za zębami i kontynuowałem ćwiczenia sztuki walki, dowodzi, iż czegoś się jednak nauczyłem. Ani słowa nikomu, Rachael. Poza tym mamy dobrą broń, a zatem jesteśmy bezpieczni. – Kobieta próbowała protestować, ale uciszył ją stanowczym pstryknięciem. – Nie mamy wyboru, Rachael. Do tego właśnie wszystko się sprowadza. Nie ma żadnego wyboru. Jeśli po prostu go zabijemy, władujemy w niego dwadzieścia albo trzydzieści magazynków, załatwimy tak, że już nigdy nie wstanie, to pozbawimy się dowodu na to, co ze sobą zrobił. Zostanie tylko zmasakrowane ciało. Kto sprawdzi, czy zmartwychwstało ono wcześniej? Będzie wyglądało na to, że to my ukradliśmy zwłoki z kostnicy, nafaszerowaliśmy je ołowiem, a całą historię z eksperymentami genetycznymi wymyśliliśmy zapewne dlatego, by ukryć wszystkie zbrodnie, o jakie oskarża nas rząd.
– Laboratoryjne testy struktury komórkowej potwierdziłyby nasze słowa – powiedziała Rachael. – Gdyby zbadali materiał genetyczny ciała Erica…
– To będzie trwało tygodniami. A tymczasem rząd pod byle pozorem przejmie zwłoki, a nas usunie. Następnie znajdzie lekarzy, którzy oświadczą, że badanie nie wykazało niczego niezwykłego.
Zaczęła coś mówić, zawahała się jednak i zawiesiła głos, gdyż zaczynała rozumieć, że Ben ma rację. W jego oczach wyglądała tak żałośnie, jak jeszcze żadna kobieta.
– Jedyną naszą nadzieją na uwolnienie się od prześladowców jest znalezienie dowodów potwierdzających istnienie projektu „Wildcard” i przekazanie informacji prasie. Przecież oni chcą nas zlikwidować z jednego tylko powodu: żeby zachować wszystko w tajemnicy. Kiedy nie będzie już tajemnicy, będziemy bezpieczni. A ponieważ nie zdążyliśmy wyjąć akt „Wildcard” z sejfu w biurze twojego męża, Eric jest naszym jedynym dowodem. Musimy go mieć żywego, żeby zobaczyli, jak oddycha, jak funkcjonuje mimo zgniecionej czaszki. Niech zobaczą tę straszną zmianę, jaka w nim zaszła i o której mi mówiłaś – te ciągłe napady nieuzasadnionej furii, tę ponurą cechę żywego trupa.
Westchnęła ciężko i przytaknęła ruchem głowy.
– W porządku. Zgadzam się. Ale tak się boję.
– Potrafisz być silna. Wiem, że potrafisz.
– Tak. Ja też wiem, ale…
Pochylił się i pocałował ją. Usta Rachael były lodowate.
Eric jęknął i otworzył oczy.
Najwyraźniej ponownie popadł w stan „zawieszonego ożywienia” – krótszą, lecz głęboką śpiączkę, a teraz powoli – leżąc na podłodze w salonie, wśród rozrzuconych setek arkuszy papieru maszynowego – odzyskiwał świadomość. Rwący ból głowy ustąpił, ale całą twarz, od górnej części czaszki aż do podbródka, obejmowało dziwne uczucie palenia. To samo odczuwał w mięśniach i wszystkich członkach – ramionach, rękach, nogach. Trudno powiedzieć, czy palenie to było przyjemne, czy nieprzyjemne. Po prostu Eric skonstatował jego wystąpienie i stwierdził obojętnie, że nie przypomina ono niczego, co znał z własnego doświadczenia.
Jestem jak ludzik z czekolady, zostawiony przez dziecko na słońcu. Topię się, topię, tylko że… od środka.
Przez chwilę leżał tak, zastanawiając się, skąd wzięła się ta dziwna myśl. Był zdezorientowany i skołowany. Jego umysł przypominał bagno, bezładne myśli zaś – cuchnące bąble, pękające na jego wodnistej powierzchni. Stopniowo woda nieco się klarowała, a rozrzedzony osad opadał na dno.
Podniósł się do pozycji siedzącej, spojrzał na rozrzucone wokół papiery i nie mógł sobie przypomnieć, skąd one się tu wzięły. Podniósł kilka z nich i próbował czytać. Rozmyte litery nie od razu ułożyły się w sensowne wyrazy, podobnie jak wyrazy nie dały natychmiast logicznych zdań. Kiedy wreszcie mógł przeczytać kawałek tekstu, rozumiał tylko jego część. Wystarczyło to jednak, by uzmysłowił sobie, że papiery stanowią kopię dokumentacji projektu „Wildcard”.
Niezależnie od danych, przechowywanych w komputerach firmy Geneplan, jedna kopia akt znajdowała się w Riverside, druga w sejfie Erica w Newport Beach, a trzecia tutaj. Domek był jego kryjówką, o której nikomu nie powiedział, i uważał, że postępuje bardzo roztropnie, właśnie w nim trzymając trzecią kopię pełnych akt projektu „Wildcard”. Przechowywał ją w zbudowanym w suterenie sejfie, który – jego zdaniem – był skutecznym zabezpieczeniem przed zakusami krezusów firmy – Seitza i Knowlsa, zdolnych do różnych sztuczek. Taka przezorność nie była jednak konieczna, gdyż obaj finansiści potrzebowali go, potrzebowali jego geniuszu, zwłaszcza w fazie dopracowywania programu. Ale Eric wolał nie zostawiać swych spraw losowi. (Wyjątkiem od tej zasady było wszczepienie sobie diabelskiej mieszanki, która przemieniła go w żywego trupa). Nie chciał ryzykować utraty kontroli nad Geneplan, nie chciał, aby pewnego dnia odcięto go od wszystkich danych, niezbędnych mu do produkcji eliksiru nieśmiertelności.