Prawdopodobnie po opuszczeniu łazienki zszedł do sutereny, otworzył sejf i przyniósł akta na górę, żeby je przestudiować. Czego w nich szukał? Może wyjaśnienia procesu, który w nim przebiegał? Sposobu zatrzymania zmian, które wystąpiły, które wciąż trwają?
Nie, to nie miało sensu. Nie można przewidzieć przebiegu tego nieprawdopodobnego procesu. W dokumentach nie było nic na temat nie kontrolowanego wzrostu komórek i możliwości jego zahamowania. Zapewne znów ogarnął go szał, gdyż tylko w takim stanie mógł uwierzyć, że w kserokopiach akt znajdzie cudowne lekarstwo na to, co się z nim działo.
Przez minutę lub dwie klęczał wśród rozrzuconych kartek. Uwagę jego przykuło teraz dziwne, choć bezbolesne palenie, wypełniające już całe ciało. Chciał zrozumieć, skąd się wzięło to uczucie i co dla niego praktycznie oznacza. W takich miejscach jak górna część czaszki, przełyk, jądra oraz wzdłuż kręgosłupa dziwnemu swędzeniu towarzyszyła gorączka. Czuł się prawie tak, jakby zagnieździły się w nim miliardy mrówek, które teraz całymi gromadami wędrowały wewnątrz żył i przekopywały w jego organizmie labirynt własnych tuneli.
Wreszcie wstał na nogi. Wówczas bez wyraźnego powodu ogarnął go straszny gniew. Obiekt wściekłości też nie był sprecyzowany. Kopnął gwałtownie pryzmę kartek, które uleciały z furkotem w powietrze, po czym cała ich chmura zaczęła opadać na podłogę.
Pod powierzchnią bagnistego umysłu kipiała okrutna nienawiść. Eric zachował jeszcze dość świadomości, by zauważyć, że ten rodzaj nienawiści, którego teraz doświadczał, różnił się nieco od znanych mu dotychczas. Obecnie czuł się bardziej jak rozjuszone bez powodu zwierzę niż jak racjonalnie działający człowiek. Tak jakby jakaś zagrzebana głęboko prapamięć jego gatunku wyzwalała się z genetycznego pancerza i na powierzchnię wydostawało się coś odległego o miliony lat, coś z dalekiej przeszłości, kiedy ludzie byli tylko małpami, a może nawet z jeszcze dalszej, z niewyobrażalnie odległej prehistorii, kiedy na Ziemi żyły wychodzące dopiero z mórz na wulkaniczny brzeg stworzenia i po raz pierwszy zaczynały oddychać powietrzem atmosferycznym. W przeciwieństwie do poprzednich ataków gorącego gniewu teraz ogarnęła Erica zimna nienawiść, tak zimna jak jądro Arktyki, jak miliard lat ery… gadów. Tak, o to właśnie chodziło. To była gadzia nienawiść i kiedy Eric zaczął pojmować jej naturę, odrzucił zgłębianie tego problemu. Rozpaczliwie zakładał, że uda mu się zachować kontrolę nad swym obecnym stanem.
Lustro.
Był pewny, że gdy leżał nieprzytomny na podłodze, zaszły w nim dalsze zmiany. Wiedział, że powinien wrócić do łazienki i przejrzeć się. Ale ponownie wstrząsnął nim lęk; lęk przed tym, w co się zmienia. Nie potrafił wykrzesać z siebie dość odwagi, by zrobić choćby krok w stronę łazienki.
Zamiast tego postanowił kontynuować eksplorację ciała „metodą Braillea” – tak jak poprzednio, kiedy badał swoją twarz. Wyczucie palcami zmian, zanim zobaczy je naocznie, przygotuje go nieco na wstrząs, jaki niewątpliwie wywoła w nim jego własny, odbity w lustrze obraz. Nie bez wahania podniósł dłonie do twarzy, ale nie dotarł do niej, zauważył bowiem, że i one uległy deformacji. Ich wygląd wprawił go w osłupienie.
Właściwie zmiana nie była szokująca, niemniej jednak te ręce nigdy nie należały do Erica, nigdy nie pracował takimi rękami. Palce wydłużyły się o dwa-trzy centymetry i wyszczuplały, a opuszki stały się bardziej mięsiste. Zmieniały się też paznokcie: były teraz grubsze, twarde, pożółkłe i bardziej spiczaste niż normalne paznokcie. Cholera, one przecież przypominały kształtujące się szpony drapieżnika i jeśli metamorfoza będzie postępowała dalej, to już wkrótce staną się jeszcze bardziej spiczastymi, haczykowatymi i ostrymi niczym brzytwa pazurami. Transformacji ulegały też kłykcie – robiły się większe, bardziej kościste, prawie jak kostki u artretyka.
Oczekiwał, że jego ręce będą sztywne i do niczego nieprzydatne. Jednakże ku swemu zaskoczeniu spostrzegł, że reumatyczne kłykcie działają swobodnie i bez zarzutu, znacznie przewyższając sprawnością kostki, z których się narodziły. Zaczął niepewnie ruszać rękami i odkrył, że są one niewiarygodnie zwinne, a wydłużone palce wykazują świeżą giętkość i zadziwiającą wprost zręczność.
Czuł, że zmiany postępują niepowstrzymanie, choć jeszcze zbyt wolno, by mógł dostrzec, jak kości rozrastają się, a wnętrzności odradzają. Ale na pewno do jutra jego ręce będą jeszcze bardziej zniekształcone niż teraz.
Zauważył wyraźną różnicę w przegubach rąk i innych części ciała. Rakowate narośle, które pojawiły się na jego czole, były wyraźnie przypadkowe, ręce zaś nie stanowiły jedynie wyniku przyspieszonego wzrostu hormonów i protein. Ich rozwój miał swój cel i kierunek. Co więcej, Eric zauważył nagle, że na obu dłoniach, między kciukiem a palcem wskazującym, w zagłębieniu poniżej kostek zaczęły się tworzyć półprzeźroczyste pajęczyny.
Niczym u gada.
Tak jak gadzi był zimny gniew, który – jeśli na to pozwoli – wybuchnie szałem zniszczenia.
Opuścił dłonie i bał się spojrzeć na nie ponownie.
Zabrakło mu odwagi, by dalej badać rysy swej twarzy, nawet przez dotyk. Sama Perspektywa spojrzenia w lustro napełniła go odrazą.
Serce biło mu jak młotem, a każde mocne uderzenie zdawało się wbijać w żyły ciernie strachu i samotności.
Przez chwilę był całkowicie zagubiony, zmieszany i nie wiedział, co ze sobą począć. Obrócił się w lewo, potem w prawo, zrobił krok w jedną stronę, następnie w drugą, a akta „Wildcard” szeleściły mu pod stopami niczym jesienne liście. Wciąż nie był zdecydowany, dokąd ma się udać ani co zrobić. Stanął i stał tak z opuszczonymi ramionami i głową zwieszoną pod ciężarem rozpaczy…
…do czasu, gdy dziwne palenie wnętrzności i niemiłe swędzenie na plecach zostały wzbogacone o nowe doznanie: głód. Burczało mu w brzuchu, kolana zwiotczały, zaczął trząść się cały z głodu, poruszać ustami i mimowolnie przełykać ślinę. Tę ostatnią czynność wykonywał tak energicznie, jakby jego organizm wprost żądał pożywienia, a każda porcja śliny drażniła gardło. Ruszył w stronę kuchni, a z każdym krokiem trząsł się coraz bardziej, kolana zaś były coraz słabsze. Po ciele spływały mu strugi, a nawet potoki potu. Takiego głodu jeszcze nigdy nie zaznał. To był wściekły głód. Bolesny. Rozdzierający go na strzępy. Oczy zaszły mu mgłą, a myśli skoncentrowały się tylko na jednym: jedzeniu. Makabryczne zmiany, które w nim zachodziły, odpowiednio zwiększały zapotrzebowanie organizmu na pokarm; musiał mieć dość energii, by usunąć stare komórki i zbudować nowe. Jego metabolizm wymykał się spod kontroli, toteż Eric rzucił się na jedzenie niczym nagły pożar i pożerał wściekle wszystko, co tylko nadawało się do spożycia. Wcześniej pochłonął kiełbaski Farmer John z kanapkami, ale już potrzebował nowych porcji, większych, znacznie większych. Zanim otworzył szafkę w kuchni, skąd wydobył puszki z zupami i gulaszem, zaczął charczeć i sapać nienasycony, mamrotać coś bez ładu i składu, pochrząkiwać jak wieprz lub dzik. Utrata kontroli nad sobą przygnębiła go i rozgniewała, był jednak zbyt głodny, by martwić się tym teraz. Strach został wyciszony przez głód, również rozpacz zagłuszył głód, głód, głód, głód…
Zgodnie ze wskazówkami, które Sarah Kiel dała Rachael, Ben skręcił z drogi stanowej w wąski, źle utrzymany trakt o tłuczniowej nawierzchni. Wiódł on stromo pod górę, przez dziki las, gdzie nie rosły już prawie drzewa zrzucające na zimę liście, tylko gatunki wiecznie zielone. Wiele z nich było starych i olbrzymich. Przejechali tak około kilometra, mijając liczne odgałęzienia dróg prowadzące do prywatnych rezydencji i domków letniskowych, widocznych tu i ówdzie przez zielony gąszcz, choć większość kryła się za zasłoną z drzew, zarośli i cieni.