Im dalej jechali, tym mniej promieni słonecznych przenikało przez korony gęstych drzew. Nastrój Rachael stawał się równie mroczny jak krajobraz. Trzymała na kolanach pistolet kalibru 32 i patrzyła przed siebie nie bez lęku.
Skończyła się żwirowa nawierzchnia, ale droga ciągnęła się dalej. Przejechali jeszcze kilkaset metrów, minęli już tylko dwie posiadłości i znaleźli się przed zamkniętą bramą ze stalowych rurek, pomalowaną na niebiesko i zabezpieczoną kłódką. Bramie nie towarzyszył żaden płot; miała tylko chronić przed wjeżdżaniem na ten prywatny teren niepożądanych pojazdów. Za nią żwirowa droga przechodziła w nie utwardzony trakt.
Pośrodku bramy przymocowano drutem tablicę z napisem wykonanym czarnymi i czerwonymi literami:
WŁASNOŚĆ PRYWATNA WSTĘP WZBRONIONY!
– Wszystko tak, jak opisała Sarah – powiedział Ben.
Za bramą rozciągała się posiadłość Erica Lebena, jego tajemna kryjówka. Stąd nie było widać domu. Żeby go zobaczyć, należało przejechać jeszcze w górę dalszych kilkaset metrów. Był dokładnie ukryty za drzewami.
– Jeszcze nie jest za późno, żeby się wycofać – rzekła Rachael.
– Niestety, już jest za późno – odparł Ben.
Kobieta przygryzła wargę i posępnie pokiwała głową. Następnie odbezpieczyła pistolet.
Za pomocą elektrycznego otwieracza Eric zdjął wieczko z dużej puszki minestrone firmy Progresso i nagle uświadomił sobie, że do jej podgrzania potrzebny mu będzie garnek. Trząsł się jednak z głodu tak straszliwie, że nie mógł już dłużej czekać – wypił zimną zupę wprost z opakowania, cisnął puszkę za siebie i mimowolnie wytarł kapiące mu po brodzie resztki jedzenia. Nie trzymał w domku świeżych produktów, lecz tylko trochę mrożonek i konserw. Otworzył więc teraz półkilogramową puszkę wołowego gulaszu Dinty Moore i zjadł go na zimno w takim tempie, że omal się nie udławił.
Przeżuwał mięso w szalonym uniesieniu radości, a z rozrywania większych kawałków i siekania ich między zębami czerpał tak dziwną, intensywną przyjemność, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie zaznał. Było to pierwotne, dzikie uniesienie; rozkoszował się nim, ale i czuł trwogę.
Choć wołowina była gotowana i wymagała jedynie podgrzania, choć nafaszerowano ją przyprawami i środkami konserwującymi, Eric wywęszył w niej, resztki zapachu krwi. I mimo że jej zawartość w mięsie była minimalna, odbierał ten zapach jako silny, przytłaczający niemal odór, a zarazem przyprawiające o drżenie całego ciała wyborne organiczne kadzidło. Ogarnięty podnieceniem, wdychał głęboko ten krwisty aromat, który drażnił jego podniebienie niczym słodka ambrozja.
Kiedy skończył zimny gulasz, co zajęło mu tylko parę minut, otworzył puszkę chili i zjadł jej zawartość jeszcze szybciej, potem zajął się puszką rosołu z kluskami i dopiero wtedy poczuł, że pierwszy głód ustępuje. Odkręcił wieczko słoika z masłem orzechowym i zaczął wyjadać je palcami. Nie lubił słodyczy tak bardzo jak mięsa, ale wiedział, że są one dla niego dobre, bo zawierają dużo składników odżywczych, których potrzebuje jego galopująca przemiana materii. Jadł tak długo, aż opróżnił prawie cały słoik. Potem wyrzucił go i przez chwilę stał w bezruchu, wyczerpany jedzeniem, i oddychał głęboko. Dziwny bezbolesny ogień wciąż palił jego wnętrze, ale głód w zasadzie ustąpił.
Kątem oka dostrzegł wuja Barry’ego Hampsteada, siedzącego przy stole kuchennym i uśmiechającego się doń. Tym razem jednak Eric nie zignorował pojawienia się ducha, lecz odwrócił się w jego stronę, po czym przybliżył się i spytał:
– Czego tu szukasz, skurwysynu? – Głos drżał mu nerwowo, czego do tej pory nie zauważył. – Z czego tak się cieszysz, ty zboczeńcu? Spadaj stąd!
I wuj Barry zaczął rozmywać się w powietrzu, co w zasadzie nie powinno być niczym nadzwyczajnym, jako że chodziło o zrodzoną w zdegenerowanych komórkach mózgowych iluzję.
W ciemności za drzwiami do piwnicy, które Eric zostawił otwarte, zapewne wracając na górę z aktami „Wildcard”, tańczyły nierzeczywiste płomienie, cieniste ognie. Patrzył na nie przez chwilę i tak jak ostatnim razem bał się ich, nie wiedząc, jaką kryją tajemnicę. Sukces, który osiągnął, odganiając fantom wuja Barry’ego Hampsteada, ośmielił go jednak na tyle, że ruszył w stronę migających – czerwonych i srebrnych – ogników, zdecydowany albo je rozpędzić, albo chociaż zobaczyć, co się za nimi znajduje.
Nagle przypomniał sobie o fotelu przy oknie w salonie i warcie, którą miał tam pełnić. Łańcuch nieoczekiwanych wydarzeń oderwał go od tego istotnego zadania: najpierw potworny ból głowy, potem zmiany, które obserwował na twarzy, i swe makabryczne odbicie w lustrze, akta „Wildcard”, nagły skręcający głód, pojawienie się wuja Barry’ego i teraz te fałszywe ognie za drzwiami do piwnicy. Na żadnej z tych rzeczy nie mógł się dłużej skoncentrować. Ten ostatni dowód dysfunkcji mózgu sprawił, że Eric wydobył z siebie przeciągły krzyk rozpaczy.
Odwrócił się i, kopiąc po drodze pustą puszkę po gulaszu wołowym Dinty Moore oraz opakowania po zupach, ruszył przez kuchnię do salonu, do swego miejsca czuwania.
Crrrrr, crrrrr, crrrrr… Monotonne dla ludzkiego ucha, ale na pewno bogate w treści dla owadów pieśni cykad na jedną nutę niosły się przenikliwym, choć pustym echem przez wysoki las.
Ben stał przy wypożyczonym aucie i chował do kieszeni dżinsów cztery dodatkowe naboje do karabinu oraz osiem zapasowych pocisków do combat magnum. Przez cały ten czas bacznie obserwował otaczające ich zarośla. Rachael wysypała wszystko z torebki i napełniła ją amunicją z trzech zakupionych uprzednio pudełek, po jednym dla każdego rodzaju broni. Było to bez wątpienia aż nazbyt przezorne zaopatrzenie, ale Ben nie oponował.
Karabin trzymał na ramieniu. Gdyby tylko zaszła taka potrzeba, mógł w ciągu sekundy podnieść lufę i strzelić.
Rachael trzymała w jednej dłoni swoją trzydziestkędwójkę, a w drugiej combat magnum. Chciała, żeby Ben niósł zarówno remingtona, jak i kaliber 357, ale on wolał broń, którą potrafił się lepiej posługiwać.
Weszli do lasu na tyle daleko, by obejść zamkniętą bramę i powrócić po jej drugiej stronie.
Przed nimi droga wznosiła się pod baldachimem z sosnowych konarów, otoczona rowami do odprowadzania wody, które w czasie jałowej wiosny i upalnego lata, a także kilku suchych tygodni pory deszczowej straszyły martwotą. Około dwustu metrów dalej leśny dukt skręcał w prawo i znikał z pola widzenia. Zgodnie z tym, co powiedziała Sarah Kiel, za zakrętem trakt miał prowadzić już prosto do domku Erica Lebena, oddalonego od tamtego miejsca o mniej więcej kolejne dwieście metrów.
– Czy myślisz, że to bezpiecznie, żebyśmy szli dalej drogą, jakby nigdy nic? – szepnęła Rachael, choć byli jeszcze na tyle daleko od domu, że Eric nie usłyszałby ich, nawet gdyby mówili normalnie.
Ben zauważył, że i on szepcze.
– Przynajmniej do zakrętu wszystko będzie dobrze. Tak długo, jak my go nie widzimy, on nie może zobaczyć nas.
Rachael wciąż wyglądała na niepewną.
– Zakładając, że on tam w ogóle jest – dodał Benny.
– On tam na pewno jest – odparła.
– Może.
– Na pewno! – przekonywała Rachael, wskazując palcem delikatne ślady opon samochodowych widoczne na piaszczystym dukcie.
Ben pokiwał głową. Widział to samo.
– On tam na nas czeka – dodała Rachael.
– Niekoniecznie.
– Czeka.
– Może regeneruje siły.
– Nie.
– Musi dojść do siebie.
– Nie, on jest już gotów.
Zapewne i w tym względzie miała rację. Ben czuł to samo co ona: nadchodzące tarapaty. Dziwne, ale właśnie teraz – choć stali oboje w cieniu drzew – prawie niewidoczna blizna na twarzy Rachael w miejscu, gdzie Eric trafił ją kiedyś szklaneczką od whisky, stała się bardzo wyraźna, o wiele wyraźniejsza niż w jaskrawym świetle dziennym. Benowi wydało się nawet, że ona jaśnieje, wyczuwając bliską obecność jej „autora”, tak jak członki osoby cierpiącej na reumatyzm ostrzegają ją o nadciąganiu burzy. Oczywiście, to fantazja! Blizna nie była teraz bardziej widoczna niż godzinę temu. Złudzenie to wskazywało jedynie, jak bardzo boi się utracić Rachael.