Gdy jeszcze jechali samochodem, koło jeziora Ben po raz kolejny próbował ją nakłonić do pozostania w bezpiecznym miejscu i pozwolenia, by on sam zajął się jej mężem. Sprzeciwiła się temu pomysłowi, zapewne dlatego, że sama bała się nie mniej utracić jego.
Ruszyli przed siebie.
Ben rozglądał się nerwowo na boki z niemiłą świadomością, że gęsto porośnięte stoki, mroczne nawet w południe, dają niezliczone możliwości zaczajenia się w bardzo bliskiej odległości.
Powietrze wypełnione było ciężkim zapachem żywicy sosnowej, świeżym i pociągającym aromatem suchego igliwia i wonią butwiejących pni.
Crrrrr, crrrrr, crrrrr…
Eric wyjął z szafy w sypialni swoją lornetkę i zasiadł z nią w fotelu. Zaledwie parę minut później, nim jeszcze jego nie w pełni sprawny mózg wyprodukował nową iluzję, dostrzegł jakiś ruch na zakręcie prowadzącej do domku drogi. Ustawił ostrość i choć w tamtym miejscu było dużo cieni, zobaczył dwójkę ludzi w najdrobniejszych szczegółach: Rachael i Shadwaya, tego sukinsyna, z którym sypiała.
Nie bardzo wiedział, kogo – oprócz Seitza, Knowlsa i innych ludzi z Geneplan – może tu oczekiwać, na pewno jednak nie spodziewał się Rachael i Shadwaya. Zdumiony, nie potrafił sobie wyobrazić, w jaki sposób ona dowiedziała się o tym miejscu. Z drugiej strony wiedział, że gdyby jego umysł funkcjonował normalnie, to prędko by znalazł odpowiedź na to pytanie.
Skradali się wzdłuż urwiska, które zasłaniało część drogi, i oboje byli nieźle kryci. Ale żeby zobaczyć dom, musieli choć na chwilę wychylić się z ukrycia. A to już wystarczyło Ericowi, który miał tak wspaniałą lornetkę, by ich dostrzec.
Widok Rachael wprawił go we wściekłość. Była to bowiem jedyna kobieta w jego dorosłym życiu, która go odrzuciła. Dziwka! Niewdzięczna, śmierdząca dziwka! Na jego pieniądze też się wypięła! Co gorsza, w swym rozmiękczonym, zdegenerowanym mózgu Eric czynił ją teraz odpowiedzialną za swą śmierć, uważał, że to ona właściwie go zabiła, wyprowadzając z równowagi i pozwalając, by wszedł na jezdnię prosto pod koła ciężarówki. Zaczynał nawet wierzyć, że specjalnie zaplanowała jego śmierć, by odziedziczyć majątek, z którego jakoby wcześniej zrezygnowała. Oczywiście, że tak! Dlaczego by nie? I oto teraz przyjechała tu ze swoim gachem, z facetem, z którym sypiała za jego plecami, zapewne po to, by dokończyć robotę zapoczątkowaną przez śmieciarkę na Main Street.
Cofnęli się za zakręt, ale już po chwili Eric dostrzegł jakiś ruch w zaroślach po lewej stronie drogi i przez moment widział nawet oboje, jak przedzierają się przez las. Chcieli na pewno wziąć go z zaskoczenia.
Eric odłożył na bok lornetkę, wstał z fotela i stał tak, kołysząc się, a gniew, który nim targał, był tak wielki, że prawie przytłaczający. Na piersiach czuł ciężar, jakby ktoś zaciskał mu metalowe obręcze, i przez chwilę nie mógł złapać tchu. Nagle obręcze spadły i Eric zaczerpnął głęboko powietrza. „Rachael, Rachael” – powiedział, a głos jego zabrzmiał złowrogo, jakby dobywał się z czeluści piekielnych. Spodobał mu się ten ton, więc powtórzył jej imię: „Rachael, Rachael…”
Na podłodze przy fotelu leżała siekiera. Podniósł ją.
Uzmysłowił sobie jednak, że nie uda mu się jednocześnie używać siekiery i obu noży. Wybrał więc nóż rzeźniczy, a drugi odłożył.
Wyjdzie teraz tylnymi drzwiami. Obejdzie ich półkolem i zaczai się wśród drzew. Wiedział, że potrafi tego dokonać. Czuł się jak urodzony myśliwy. Czuł się jak urodzony zabójca.
Biegnąc przez salon w stronę kuchni, ujrzał siebie oczyma wyobraźni, jak wbija żonie nóż głęboko w bebechy, szarpie nim do góry i otwiera jej młody, płaski brzuch. Wydobył z siebie cienki krzyk podniecenia i niewiele brakowało, żeby w pośpiechu przewrócił się na wciąż walających się na podłodze opróżnionych puszkach. Rozpruje jej brzuch, tak, rozpruje, rozpruje! A gdy Rachael upadnie na podłogę z nożem we flakach, zacznie dobijać ją siekierą. Najpierw użyje tępego końca, zmiażdży jej żebra, połamie ręce i nogi, a potem obróci to cudowne, lśniące narzędzie w rękach – w swych dziwnych, ale silnych nowych rękach – i użyje ostrza.
Zanim dotarł do tylnych drzwi, zanim je otworzył i wyszedł na dwór, ogarnął go najzupełniej pierwotny szał, którego tak obawiał się jeszcze niedawno, zimny, wyrachowany szał, wywodzący się z genetycznej pamięci o praprzodkach ludzi – gadach. Kiedy wreszcie poddał się tej gadziej furii, zaskoczony odkrył, że jest mu z nią dobrze.
22
Jerry Peake nie spał całą noc i powinien już był zasypiać na stojąco, ale po tym, jak napatrzył się na Ansona Sharpa upokarzającego ludzi, sen odszedł go, i czuł się, jakby spędził w pościeli co najmniej osiem godzin. Tak, po prostu czuł się świetnie.
Stał wraz z Sharpem na szpitalnym korytarzu, pod drzwiami pokoju Sarah Kiel. Czekali, aż wyjdzie stamtąd Felsen Kiel i powie im to, co chcieli wiedzieć. Peake z trudem powstrzymywał się, by nie wybuchnąć śmiechem, widząc, jak jego szef pomstuje na „wieśniaka z Kansas”.
– Gdyby to nie był taki nieszkodliwy prostaczek, już ja bym mu dał popalić – odezwał się Sharp. – Ale jaki to ma sens? To przecież tylko tępy oracz z Kansas, który nie wie, o co tu chodzi. Nie ma sensu gadać do ściany, Peake. Nie ma sensu tracić nerwów na kogoś takiego.
– Racja – przyznał Peake.
Sharp chodził pod zamkniętymi drzwiami tam i z powrotem, patrząc groźnie na mijające ich pielęgniarki.
– Wiesz – ciągnął dalej – te farmerskie rodziny żyjące na odludziu dziwaczeją, bo za bardzo mnożą się między sobą, kuzyn z kuzynką, i tak dalej, przez co z pokolenia na pokolenie robią się coraz bardziej głupi. I nie tylko głupi, ale też uparci jak osły.
– Tak, pan Kiel istotnie sprawia wrażenie upartego – zgodził się Peake.
– To tylko głupi prostak, jakiż więc sens miałoby tracenie energii na sprzeczanie się z nim? I tak nie wyciągnąłby z tego żadnej nauki.
Peake nie chciał zaryzykować odpowiedzi. Już i tak powstrzymywanie się przed ironicznym uśmieszkiem wymagało nadludzkiego niemal wysiłku. W ciągu pół godziny Sharp powtórzył z sześć albo i osiem razy:
– Zresztą, on szybciej wydostanie od dziewczyny te informacje. To głupia dupa, naćpana kurewka, która na pewno tyle już razy miała syfa i rzeżączkę, że jej mózg jest jak mąka owsiana. Zorientowałem się, że trzeba by nam było kilka godzin, aby czegokolwiek się od niej dowiedzieć. Ale kiedy usłyszałem, z jaką radością w głosie wita swego starego, wiedziałem już, że on dużo szybciej wyciągnie z niej to, co nas interesuje. Myślę, że możemy pozwolić, by odwalił za nas tę robotę.
Jerry Peake był zdumiony, z jaką bezczelnością wicedyrektor agencji stara się odwrócić prawdę o tym, co rzeczywiście wydarzyło się w pokoju Sarah Kiel. Może sam zaczynał wierzyć, że nie ustąpił przed Stonem, tylko umiejętnie go wmanewrował w trudne zadanie. Sharp był na tyle stuknięty, że mógł uwierzyć we własne kłamstwa.
Wreszcie mężczyzna położył dłoń na ramieniu podwładnego, ale nie był to bynajmniej gest braterstwa – chodziło po prostu o to, aby Peake wysłuchał uważnie tego, co miał mu do powiedzenia.