– Wraz z żoną robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby dowiedzieć się, kim jest ten zły człowiek. Doszliśmy do wniosku, że musi to być jakiś starszy kolega ze szkoły, ale nie udało nam się go zidentyfikować. I oto pewnego dnia, mniej więcej rok od chwili, kiedy zaczęło się w domu to piekło, Sarah zniknęła. Uciekła do Kalifornii, żeby „wreszcie zacząć żyć”. Tyle do nas napisała na kartce papieru. Nabazgrała jeszcze, że jesteśmy parą ciemnych wieśniaków, którzy nie mają pojęcia o świecie i pielęgnują śmieszne ideały, jak uczciwość, spokój i opanowanie. Dzisiaj wielu ludzi podobnie myśli…
– Panie Kiel…
– Wracając do tematu – ciągnął Stone. – Wkrótce potem dowiedziałem się, kto namówił ją do narkotyków. Nauczyciel. Czy możecie w to uwierzyć? Nauczyciel, który ma stanowić dla dzieci wzór do naśladowania. Nowy, młody nauczyciel historii. Zażądałem od rady pedagogicznej, żeby został przesłuchany. Ale większość nauczycieli sprzeciwiła się temu. Zdaje się, że w dzisiejszych czasach wielu z nich uważa, iż ludzie powinni trzymać buzię na kłódkę i płacić podatki, niezależnie od tego, czym oni zaśmiecają umysły dzieci. Dwie trzecie spośród nauczycieli…
– Panie Kiel… – przerwał mu Sharp bardziej stanowczo – to mnie w ogóle nie interesuje…
– Och, na pewno pana zainteresuje, gdy wysłucha pan do końca – powiedział Stone. – Zapewniam pana…
Peake wiedział, że Stone nie należy do łudzi, którzy mówią bez ładu i składu, wiedział, że do czegoś zmierza, i bardzo był ciekaw puenty całej tej historii.
– Jak więc mówiłem – ciągnął Stone – dwie trzecie spośród nauczycieli i połowa mieszkańców miasta napiętnowała mnie, jakbym to ja był sprawcą wszystkich nieszczęść. Ale w końcu poznali znacznie gorszą prawdę o nim niż dawanie i sprzedawanie uczniom narkotyków. I kiedy wszystko się skończyło, byli zadowoleni, że udało im się pozbyć tego nauczyciela historii. Następnego dnia pojawił się na mojej farmie i chciał „iść na solo”. Niezły był z niego byk, ale wciąż brał jakieś środki. Nawet tego dnia znajdował się pod wpływem czegoś, co nazywałby pan „trawką” albo może nawet gorszą trucizną. Nie miałem więc kłopotów z załatwieniem go. Przykro mi się przyznać, ale połamałem mu ręce. Na coś więcej jednak już bym się nie odważył.
O Boże, pomyślał Peake.
– Ale na tym nie zakończyła się cała sprawa. Okazało się, że jego wuj jest prezesem największego banku w naszym okręgu, tego samego, w którym zaciągałem pożyczki pod zastaw gospodarstwa. Słuchaj pan, każdy, kto miesza osobiste urazy do spraw zawodowych, jest idiotą. A ten facet z banku był właśnie idiotą, bo – żeby się odgrywać za swojego bratanka – próbował mnie okpić. Chciał inaczej zinterpretować pewną klauzulę w jednej z umów, a chodziło o duże pieniądze, i wezwać mnie do natychmiastowej spłaty pożyczki. To groziłoby mi utratą farmy. Przez rok moja żona i ja procesowaliśmy się z nim i dopiero w ubiegłym tygodniu bank musiał wycofać się z roszczeń i sprawa o spłacenie przeze mnie połowy długów została oddalona.
Stone skończył i Peake zrozumiał morał, ale Sharp spytał niecierpliwie:
– No i co? Wciąż nie wiem, co to ma wspólnego ze mną.
– Myślę, że wie pan – powiedział spokojnie Stone i spojrzał na Sharpa tak przenikliwie, że wicedyrektor skrzywił twarz.
Po chwili opuścił wzrok na kartkę papieru, gdzie podany był dojazd do domku Erica Lebena, przeczytał i chrząknął. Potem podniósł wzrok i oznajmił:
– Tego nam właśnie było trzeba. Myślę, że nie musimy już rozmawiać ani z pańską córką, ani z panem.
– Jest mi bardzo przyjemnie to słyszeć – rzekł Stone. – Jutro wracamy do Kansas i nie chciałem, by ta sprawa ciągnęła się za nami.
I Stone uśmiechnął się. Ale do Peake’a, nie do Sharpa. Wicedyrektor DSA odwrócił się gwałtownie i dumnym krokiem odszedł od nich. Peake odwzajemnił uśmiech i podążył za swym szefem.
23
Crrrrr, crrrrr, crrrrr, crrrrr… Początkowo głośne granie cykad podobało się Rachael, gdyż przypominało jej szkolne wycieczki do parków, za miasto oraz podróże autostopem, które odbywała w college’u. Wkrótce jednak ten przenikliwy śpiew zaczął ją denerwować. Nie łagodziły go ani zarośla, ani rozłożyste konary sosen. Każda cząsteczka chłodnego, suchego powietrza zdawała się rozbrzmiewać tym przykrym dla ucha cykaniem. Już po chwili grało jej nawet w zębach i kościach.
Jej reakcja była częściowo wynikiem nagłego przekonania Bena, że usłyszał w pobliskich zaroślach jakiś obcy dźwięk. Zaczęła w duchu przeklinać owady i modlić się, by zamilkły, umożliwiając jej wsłuchanie się w odgłosy lasu i wyłowienie trzasku gałęzi czy szelestu liści, wywołanych jednak przejściem człowieka, a nie podmuchem wiatru.
Combat magnum trzymała w torebce, w dłoni miała tylko swoją trzydziestkędwójkę. Szybko bowiem zorientowała się, że druga ręka będzie jej potrzebna od odgarniania wysokich chwastów i gałęzi, żeby móc bezpiecznie wdrapywać się po leśnym stoku i pokonywać co trudniejsze odcinki terenu. Przez moment zastanawiała się, czyby jednak nie wyjąć dodatkowej broni, ale szybko odrzuciła tę myśl, ponieważ odgłos otwieranego zamka błyskawicznego mógłby zdradzić ich położenie każdemu, kto ewentualnie zechciałby się na nich zaczaić.
Ewentualnie… To tchórzliwy wykręt. Przecież tylko jeden człowiek mógł na nich polować – Eric.
Rachael i Benny szli dokładnie na południe wzdłuż stoku, na którym wznosił się dom Erica. Byli od niego oddaleni około kilkuset metrów, budynek to ukazywał się ich oczom, to znikał, przysłonięty zielenią. Uważali, by drzewa, krzaki i skały znajdowały się na linii łączącej ich sylwetki z dużym panoramicznym oknem. Okno to nieprzyjemnie kojarzyło się kobiecie z monstrualnym, pustym oczodołem. Kiedy przeszli prawie trzydzieści metrów, oddalając się od siedziby Lebena, skręcili na wschód, pod górę. Było tu na tyle stromo, że posuwali się dwukrotnie wolniej niż poprzednio. Zamiar Bena polegał na tym, żeby obejść budynek dookoła i dostać się do środka od tyłu. Ale gdy wspięli się jakieś sto metrów pod górę na wschód i trzydzieści z powrotem na północ, mężczyzna usłyszał jakiś dźwięk, zatrzymał się więc i oparł o solidny, półtorametrowej średnicy, pień świerku. Pokręcił głową i uniósł strzelbę.
Crrrrr, crrrrr, crrrr…
Nieprzerwanie śpiewający chór cykad nie umilkł mimo ich obecności, a więc i nie umilknie, by zdradzić obecność kogoś innego. Jakby uzupełniając go, rozległ się jeszcze szum wiatru. Najwyraźniej bryza, która zerwała się prawie godzinę temu, gdy wychodzili ze sklepu sportowego nad jeziorem, teraz przemieniała się w potężny wicher. Co prawda miejsce, w którym się znajdowali, osłonięte było rozłożystymi koronami drzew i docierały tu tylko słabe podmuchy, ale górne partie lasu targane były porywami wiatru, a głuche, żałobne zawodzenie przenikało między konarami.
Rachael trzymała się blisko Bena, opierając się ramieniem o pień świerku, a chropowata kora drapała ją nawet przez bluzkę.
Wydawało jej się, że zastygli tak jak zaklęci, przez dobry kwadrans nasłuchując i rozglądając się wokół, w rzeczywistości jednak nie trwało to dłużej niż minutę. Potem Ben zaczął ostrożnie kontynuować wspinaczkę, kierując się nieco w bok. Szli teraz po dnie suchego, prawie pozbawionego roślinności rowu odwadniającego. Rzadko rozsiana, brązowa, ostra jak papier trawa drażniła łydki Rachael. Musieli uważać, by, nie nadepnąć na jeden z wielu luźno leżących tu kamieni, które naniósł wiosną topniejący śnieg. Posuwali się jednak dużo szybciej niż wśród zarośli. Jedyną przeszkodę w wędrówce stanowiły rosnące po obu stronach rowu krzaki. Niektóre były zielone, inne brązowe i suche, wszystkie jednak gęste i zasłaniające widok, tylko w kilku miejscach Rachael i Ben dostrzegli między nimi prześwity. Kobieta była niemal pewna, że Eric wielkimi susami zbliża się przez zarośla, by wreszcie gdzieś się na nich zaczaić. Otuchy dodawały jej tylko występujące tu i ówdzie splątane, kolczaste krzaki jeżyn, które mogły powstrzymać ewentualnego napastnika przed atakiem od tej strony. Chociaż czy Eric – który powrócił do życia po przejechaniu go przez ciężarówkę – martwiłby się czymś tak banalnym jak kolce?