Przeszli zaledwie kilkanaście metrów, kiedy Ben znów zamarł w bezruchu, przykucnął i uniósł dubeltówkę, jakby celował do celu niewielkich rozmiarów.
Tym razem Rachael też usłyszała ten dźwięk: uderzenie kamienia o kamień.
Crrrrr, crrrrr…
Ciche skrzypnięcie, jakby czyjś but otarł się o kamień.
Rachael rozejrzała się na wszystkie strony, ale nie dostrzegła żadnego ruchu, który można by połączyć z tymi dźwiękami.
Potem usłyszała, jak przez zarośla posuwa się coś bardziej celowo, świadomie, systematycznie. To nie może być wiatr, więc może… ktoś?
I znów cisza.
Minęło dziesięć sekund, ale nic się nie wydarzyło.
Dwadzieścia sekund.
Benny też śledził okolicę i już nic w nim nie przypominało zwodniczego image pod tytułem: „Jestem tylko zwykłym, przeciętnym pośrednikiem w obrocie nieruchomościami”. Jego przyjemna, choć niczym nie wyróżniająca się twarz miała teraz przyciągający uwagę wyraz. Intensywność koncentracji przydała ostrości jego brwiom, kościom policzkowym i szczęce; intensywne wyczucie zagrożenia i zwierzęca determinacja, aby przeżyć, uwidaczniały się w spojrzeniu mężczyzny, jego rozszerzonych nozdrzach i w sposobie, w jaki cofnęły się w pozbawionym wesołości, dzikim grymasie. Był napięty jak do skoku, a wzrokiem przenikał każdy szczegół w otaczającym go lesie. Obserwując go, Rachael mogła stwierdzić, że jest niezwykle sprawny i szybki. W końcu został przyuczony do tego, by polować i wiedzieć, co robić, gdy samemu jest się zwierzyną. Twierdzenie, że w swym życiu orientuje się na przeszłość, brzmiałoby w tych warunkach fałszywie albo jak wykręt. Nie istniały przecież żadne wątpliwości, że Benny ma niesamowitą zdolność koncentrowania się całkowicie i efektywnie na teraźniejszości, co właśnie udowadniał.
Cykady.
Wiatr pod sklepieniem lasu.
Sporadyczne świergotanie ptaka z oddali.
I nic poza tym.
Przynajmniej tu, w tym lesie, to oni mieli być myśliwymi, ale nagle role się chyba odwróciły. Ta nagła przemiana w zwierzynę zatrwożyła Rachael i sprawiła jej zawód. Konieczność zachowania absolutnej ciszy szarpała jej nerwy, gdyż czuła potrzebę, aby zakląć na całe gardło, wrzasnąć na Erica, rzucić mu wyzwanie. Chciała krzyczeć.
Czterdzieści sekund.
Benny i Rachael znów podjęli ostrożną wspinaczkę. Obeszli dookoła dom Erica Lebena i znaleźli się na skraju lasu. Przez cały czas ktoś obserwował ich z ukrycia – lub przynajmniej tak im się wydawało. Od momentu wyjścia z rowu i skierowania się przez zarośla na północ jeszcze sześć razy zatrzymywali się, słysząc dźwięki nienaturalnego pochodzenia. Czasami trzask jakiejś gałązki lub nie całkiem możliwe do określenia skrobanie rozlegało się tak blisko, jak gdyby ich Nemezis była tylko parę kroków za nimi. A jednak nie mogli nic dostrzec i szli dalej, kryjąc się w szkarłatnym cieniu drzew.
Wreszcie, w odległości dziesięciu metrów od tyłu domku, przykucnęli za wystającymi skałkami. Bloki granitu sterczały tam jak stare, spróchniałe zęby.
– W tym lesie musi być dużo dzikich zwierząt – szepnął Benny – bo cóż innego mogliśmy słyszeć?
– Jakich zwierząt? – spytała również szeptem Rachael.
Tak cicho, że ledwie go usłyszała, Ben odpowiedział:
– Wiewiórki, lisy, wilki… To nie mógł być Eric. Niemożliwe. On przecież nie ma za sobą treningu w szkole przetrwania ani na wojnie, żeby potrafił zachowywać się tak cicho albo przez dłuższy czas pozostawać nie zauważony. Gdyby to był Eric, prędzej czy później byśmy go dostrzegli. Zresztą, jeśli to naprawdę był on i jeśli istotnie jest tak szalony, jak przypuszczasz, to już by nas zaatakował.
– Zwierzęta… – powtórzyła Rachael pełna wątpliwości.
– Zwierzęta.
Oparta plecami o granitowy ząb, spojrzała na las, przez który szli, przypatrując się każdemu cieniowi i wszystkim nieznanym kształtom.
Żaden myśliwy, tylko zwierzęta, chaotycznie przemieszczające się i przypadkowo przecinające im drogę. Wiele zwierząt.
Mimo to Rachael nadal miała uczucie, że ktoś czai się w gąszczu i, ostrząc sobie zęby, patrzy na nią.
– Zwierzęta – powtórzył jeszcze raz Ben.
Uspokojony tym wyjaśnieniem, odwrócił się tyłem do lasu, podniósł z kolan i – wciąż pochylony – wyjrzał zza obrośniętej mchem skałki. Patrzył na tylną ścianę kryjówki Erica Lebena.
Rachael nie była przekonana, że jedyne źródło zagrożenia stanowi dla nich ten dom. Wstała więc, oparła się biodrem i ręką o skałę, przyjmując pozycję, która umożliwiała jej szybkie odwracanie się od budynku w stronę lasu i z powrotem.
Na tyłach tej górskiej samotni, stojącej na rozległym tarasie pomiędzy wzniesieniami, wykarczowano kilkunastometrowej szerokości pas ziemi i urządzono tam ogród. Promienie słoneczne oświetlały właśnie większą jego część. Widać było, że Eric posiał żyto, ale z powodu obecności w glebie kamieni źdźbła wyrosły tylko na zagonach. Poza tym najwyraźniej wskutek niezainstalowania systemu nawadniającego rośliny były zielone tylko przez krótki okres między wiosennym topnieniem śniegów a początkiem suchego lata. Wyglądało na to, że uschły już przed paroma tygodniami, pościnano je więc i teraz zostało złocistobrązowe kłujące ściernisko. Za to rabaty z kwiatami – widocznie dzięki spadkowi terenu wystarczająco nawodnione – rozkwitły bujnie wszystkimi barwami: żółcią, oranżem, płomienną czerwienią, szkarłatem, różem, bielą i błękitem. Cynie, geranium, stokrotki, chryzantemy i inne kwiaty, drżąc, kołysząc się i falując na wietrze, otaczały drewniano-kamienną werandę, przylegającą do domu na całej jego długości.
Dom miał prostą konstrukcję, którą tworzyły związane zaprawą belki i cegły, ale nie była to bynajmniej tania, niewyszukana budowla. Robota wyglądała na pierwszorzędną, Eric musiał sporo wydać na ten dom. Stał on na podwyższonych kamiennych fundamentach i szczycił się dużymi oknami z kwaterami w stylu francuskim. Dwa z nich były nawet uchylone, zapewne w celu przewietrzenia pomieszczeń. Dach pokryto czarnymi łupkami, co miało tę przewagę nad drewnianym gontem, że nie gnieździły się tam korniki i nie harcowały rozbawione wiewiórki. W celu zapewnienia sobie dobrego odbioru programów telewizyjnych Eric zamontował na nim antenę satelitarną.
Drzwi były otwarte, może nawet szerzej niż obydwa okna. W połączeniu z kłaniającymi się na wietrze kolorowymi kwiatami ten widok powinien nadać siedzibie ciepły, zapraszający charakter. Rachael jednak otwarte drzwi przywodziły na myśl przynętę na zwierzynę, otwór prowadzący w głąb pułapki, szeroki po to, aby uśpić czujność ofiary.
Oczywiście i tak wejdą do środka. Przecież po to tu przyszli: żeby wejść, żeby znaleźć Erica. Nie musiało jej się to podobać.
Ben skończył obserwację domu i szepnął:
– Nie możemy się tam przedostać nie zauważeni. Teren jest zupełnie odsłonięty. Jedyne, co możemy zrobić, to przebiec ten odcinek jak najszybciej i schować się za balustradą werandy.
– Okay.
– Chyba najlepiej będzie, jeśli tu zaczekasz i pozwolisz, żebym poszedł pierwszy. Jeśli Eric ma broń palną, to na pewno zacznie strzelać, bo drugi raz taka okazja już mu się nie powtórzy. Ale gdy nikt nie otworzy ognia, możesz iść za mną.