Выбрать главу

Rachael nie mogła zaprzeczyć, że Ben wciąż znajdował się w doskonałej formie fizycznej. Co on takiego jeszcze powiedział…? Że Wietnam nauczył go być czujnym, bo świat może nagle okazać się zły i nieprzyjazny, kiedy najmniej się tego spodziewamy.

– Rachael? – powiedział, znów spoglądając na zegarek. Kobieta zrozumiała, że – aby mogli przeżyć i ułożyć sobie wspólnie życie – istniała tylko jedna droga: musiała zrobić to, czego żądał od niej Ben.

– W porządku – odparła. – W porządku. Rozdzielimy się. Ale boję się, Benny. Chyba nie nadaję się do takich przygód. Bardzo cię przepraszam, ale ja naprawdę się boję.

Zbliżył się i pocałował ją.

– Nie powinnaś się tego wstydzić. Tylko szaleńcy nie odczuwają strachu.

24

Piekielny strach

Doktor Easton Solberg był umówiony na spotkanie z Juliem Verdadem i Reese’em Hagerstromem o pierwszej, ale spóźnił się ponad piętnaście minut. Obaj policjanci stali przed zamkniętymi drzwiami pokoju naukowca i czekali. Wreszcie pojawił się. Biegł z obłędem w oczach przez szeroki korytarz, trzymając pod pachą stertę książek i skoroszytów, i bardziej przypominał dwudziestoletniego studenta, który spóźnił się na zajęcia, niż sześćdziesięcioletniego profesora.

Miał na sobie o rozmiar za duży, pognieciony brązowy garnitur, niebieską koszulę i krawat w pomarańczowo-zielone paski, który – zdaniem Julia – mógł być sprzedawany wyłącznie w sklepach z żartobliwymi upominkami. Mimo najlepszych chęci nie można było nazwać Solberga eleganckim mężczyzną. W dodatku był niski i krępy, a jego okrągłą jak księżyc w pełni twarz szpeciły: cofnięty podbródek, mały płaski nos oraz ukryte za brudnymi okularami szparki niezbyt szeroko rozstawionych wodnistych szarych oczu. W porównaniu z nimi szerokie usta mężczyzny wydawały się wprost niestosowne.

Na korytarzu, zanim jeszcze weszli do pokoju profesora, naukowiec zaczął się wylewnie usprawiedliwiać i – jakby zapominając o trzymanych przez siebie materiałach – wymieniać z policjantami uściski dłoni. Skończyło się na tym, że książki upadły na podłogę i Julio wraz z Reese’em musieli pomóc mu w ich zbieraniu.

W pokoju Solberga panował straszliwy bałagan. Każdą półkę wypełniały książki i czasopisma naukowe, całe ich pryzmy walały się na podłodze, w rogach pomieszczenia, na wszystkich szafach, na każdym wolnym kawałku przestrzeni. Na dużym biurku naukowca leżały w nieładzie różne teczki, fiszki i żółte wielkoformatowe notatniki. Profesor zgarnął z dwóch krzeseł plik papierów, żeby goście mogli usiąść, i ruszył w stronę swego biurka.

– Spójrzcie, panowie, na ten wspaniały widok! – powiedział, zatrzymując się nagle i wyglądając przez okno, jakby po raz pierwszy w życiu ujrzał, co kryje się za ścianą jego gabinetu.

Miasteczko uniwersyteckie w Irvine wzniesiono na rozległym obszarze żyznych terenów okręgu Orange. Było tu bardzo dużo drzew, trawników i klombów z kwiatami. Pokój doktora Solberga znajdował się na pierwszym piętrze. Z okna widać było betonową ścieżkę wijącą się po starannie utrzymanym trawniku, wśród przytłaczającego intensywnością płomiennych barw kwiecia, i znikającą w cieniu rozłożystych jacarand oraz eukaliptusów.

– Panowie, należymy do najszczęśliwszych ludzi na ziemi, że możemy przebywać tutaj, w tej pięknej krainie, pod łagodnym niebem, gdzie króluje dobrobyt i tolerancja. – Solberg podszedł do okna i otworzył swe krótkie ramiona, jakby chciał objąć całą południową Kalifornię. – I te drzewa, właśnie te drzewa! Tu, w miasteczku uniwersyteckim, występuje wiele cudownych gatunków. Kocham drzewa, naprawdę kocham drzewa. To mój konik: drzewa, studiowanie drzew i hodowla rzadkich gatunków. To pozwala spojrzeć z innej strony na biologię człowieka oraz genetykę. Drzewa są takie majestatyczne, takie imponujące. Drzewa wciąż dają nam owoce, piękno, cień, budulec, tlen – i nic nie biorą w zamian. Gdybym wierzył w reinkarnację, modliłbym się, żeby powrócić na ziemię jako drzewo. – Spojrzał na Julia i Reese’a. – A panowie? Nie sądzicie, panowie, że to byłoby wspaniale powrócić jako drzewo, żyć długim, majestatycznym życiem dębu albo olbrzymiego świerku, dając z siebie równie dużo co drzewo pomarańczowe czy jabłoń, rosnąć w sile swych grubych konarów, po których wspinać się będą dzieci? – Nagle zamrugał oczami, zdziwiony własnym monologiem. – Ale oczywiście panowie nie przyszli tu, żeby rozmawiać o drzewach i reinkarnacji, prawda? Musicie mi, panowie, wybaczyć, ale… No cóż… ten widok… rozumiecie, panowie. Ten widok zahipnotyzował mnie na chwilę.

Mimo nieszczęśliwej twarzy mopsa, zaniedbanego wyglądu, widocznego gołym okiem braku organizacji, a także skłonności do spóźniania się, doktor Easton Solberg miał trzy cechy, które zdecydowanie świadczyły na jego korzyść. Były to: niezwykła inteligencja, miłość do życia i optymizm. W świecie proroków zagłady, gdzie połowa elity intelektualnej oczekiwała już z utęsknieniem Armageddonu, Solberg podziałał na Julia jak balsam. Niemal od razu polubił profesora. Solberg wszedł za biurko, usiadł w wielkim skórzanym fotelu i prawie zniknął za górą papierów.

– Podczas rozmowy telefonicznej powiedział pan, że w życiu Erica Lebena istniała ciemna strona, o której odważyłby się pan pomówić tylko osobiście…

– I w największym zaufaniu – dodał Solberg. – Jeżeli moje informacje okażą się mieć związek z waszą sprawą, to zrozumiałe, że dostaną się do akt. Jeśliby jednak były nieistotne, oczekuję dyskrecji.

– Zapewniam pana, że tak postąpimy – rzekł Julio. – Ale, jak już wcześniej powiedziałem, jest to szalenie ważne dochodzenie: chodzi o podwójne morderstwo oraz przecieki ściśle tajnych dokumentów dotyczących obronności kraju.

– Czy sugeruje pan, że śmierć Erica nie była przypadkowa?

– Nie – odparł Julio. – To był bez wątpienia wypadek. Ale z naszą sprawą łączy się jeszcze śmierć innych osób. Co do szczegółów, nie wolno mi się wypowiadać. Co więcej, zanim śledztwo dobiegnie końca, mogą być nowe ofiary. Dlatego detektyw Hagerstrom i ja oczekujemy od pana wszechstronnej i niczym nie skrępowanej współpracy.

– Oczywiście, oczywiście – wymamrotał Solberg, chaotycznym ruchem tłustej rączki odpędzając podejrzenie, że mógłby nie okazać się pomocny. – I choć nie mam pewności, że umysłowe problemy Erica mają związek ze śledztwem, wydaje mi się… Boję się, że jednak tak. Jak już powiedziałem, istniała ciemna strona w jego życiu.

Jednakże, zanim Solberg zaczął mówić o tej ciemnej stronie, stracił piętnaście minut na wychwalanie zalet umarłego genetyka. Najwyraźniej nie potrafił mówić źle o człowieku, nie wymieniwszy uprzednio jego zalet. Eric był geniuszem. Eric ciężko pracował. Eric wspaniałomyślnie wspierał działania kolegów. Eric miał szczególne poczucie humoru, dobry gust, znał się na sztuce i lubił psy.

Julio zaczynał już podejrzewać, że będą musieli założyć komitet budowy pomnika Erica Lebena, zbierać datki i wreszcie wznieść jego statuę w jakimś gmachu użyteczności publicznej pod wielką kopułą. Spojrzał na Reese’a i zobaczył, że jego partner świetnie się bawi, słuchając krągłego naukowca.

Wreszcie profesor powiedział:

– Bardzo mi przykro stwierdzić, że Eric borykał się także z wieloma trudnościami. Przez pewien czas był moim studentem, choć szybko zorientowałem się, że niebawem uczeń prześcignie mistrza. Kiedy nie istniała już zależność profesor-student i staliśmy się kolegami, wytworzyły się między nim a mną więzy serdeczności. Serdeczności, lecz nie przyjaźni, Eric bowiem nigdy nie pozwalał sobie na zbytnią zażyłość z ludźmi, taką którą można by nazwać przyjaźnią. Tak, i choć zawodowo byliśmy ze sobą bardzo blisko, dopiero po kilku latach poznałem jego obsesję… na punkcie młodych dziewcząt.