Выбрать главу

– Jak młodych? – spytał Reese.

Solberg zawahał się.

– Czuję się tak, jakbym go… zdradzał.

– Myślę, że mamy już wiele informacji, które chce pan nam przekazać – powiedział Julio. – Pan jedynie może je potwierdzić.

– Naprawdę? No dobrze… Wiedziałem o jednej dziewczynce, która miała czternaście lat. Wtedy Eric miał trzydzieści jeden.

– Wtedy jeszcze nie istniał Geneplan?

– Zgadza się. Eric był wówczas na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Jeszcze nie zgromadził fortuny, ale wszyscy podejrzewaliśmy, że pewnego dnia opuści mury uczelni i szturmem podbije świat.

– Szanujący się profesor nie afiszuje się tym, że zaciągnął do łóżka czternastolatkę – powiedział Julio. – Co pan o tym sądzi?

– To się zdarzyło w weekend – oznajmił doktor Solberg – kiedy nie było w mieście jego adwokata i nie miał kto złożyć za niego kaucji. Jeśli chodzi o dyskrecję w sprawie nieprzyjemnych motywów jego aresztowania, ufał tylko mnie. W pewnym sensie miałem mu to za złe. Wiedział, że będę czuł się moralnie zobowiązany do napiętnowania takich plugawych występków, a jednocześnie nie zdradzę tajemnicy, która stała się moim udziałem. Liczył nawet bardziej na to drugie, i – co na pewno mnie w panów oczach zdyskredytuje – nie zawiódł się.

Opowiadając Easton Solberg coraz głębiej zapadał się w swój fotel, jakby – zażenowany tym, co miał do przekazania – pragnął ukryć się za górą papierzysk. Tej pamiętnej sobotniej nocy przed jedenastu laty Leben zadzwonił do niego z komisariatu w Hollywood. Doktor Solberg udał się tam niezwłocznie i zobaczył swego kolegę zmienionego nie do poznania: Eric Leben był zdenerwowany, wystraszony, zawstydzony i zagubiony. Aresztowano go w czasie akcji na hollywoodzkie panienki urzędujące w jednym z moteli, do którego zabierały żołnierzy na przepustce. Były to głównie uzależnione od narkotyków małolaty – uciekinierki z domów rodzicielskich. Erica przyłapano z czternastolatką i oskarżono o gwałt. Zgodnie z prawem, nawet jeśli nieletnia przyzna się, że oddawała się za pieniądze, mężczyźnie grozi wyrok.

Najpierw Leben powiedział Solbergowi, że dziewczyna wyglądała na znacznie więcej niż czternaście lat i nie podejrzewał, iż jest nieletnia. Później jednak, zapewne rozbrojony zatroskaniem i wyrozumiałością kolegi, nie wytrzymał i opowiedział mu wszystko o swojej obsesji na punkcie młodych dziewcząt. Solberg właściwie wcale nie chciał o tym wiedzieć, ale nie mógł odmówić wysłuchania go. Czuł, że Eric – który był zawsze trzymającym się na dystans samolubnym odludkiem, niezdolnym do otwarcia się przed kimkolwiek – w tym krytycznym momencie rozpaczliwie potrzebuje kogoś, komu mógłby powierzyć swe intymne uczucia i lęki. Tak więc Easton Solberg słuchał, ogarnięty tyleż niesmakiem, co współczuciem.

– To nie był tylko pociąg do młodych dziewcząt – ciągnął profesor – lecz prawdziwa obsesja, straszliwie dręcząca i trudna do odparcia.

Choć miał wtedy dopiero trzydzieści jeden lat, Erica do głębi przenikał lęk przed starzeniem się i śmiercią. Już wówczas badania nad przedłużaniem życia stanowiły centrum jego prac naukowych. Ale nie zajmował się tym problemem jedynie w kategoriach zawodowych; prywatnie, w życiu osobistym, podchodził do niego bardzo emocjonalnie, nawet irracjonalnie. Przede wszystkim czuł, jakby pochłaniał energię życiową młodych dziewcząt, które szły z nim do łóżka. Chociaż wiedział, że to kompletna bzdura, to jednak nie mógł się powstrzymać przed polowaniem na małolaty. Nie był pedofilem ani nic z tych rzeczy – brał się tylko za takie, które były chętne, a więc przede wszystkim zbiegłe z domu i oddające się prostytucji dziewczęta.

– Czasami – Easton Solberg kontynuował z lekką konsternacją – lubił je trochę… poszturchać. Nie maltretował ich, co to, to nie. On je po prostu bił. Kiedy tłumaczył mi, dlaczego to robi, odniosłem wrażenie, że również sobie wyjaśnia to po raz pierwszy w życiu. Chodziło o to, że nieletnie dziewczęta są pełne szczególnej arogancji młodości, arogancji zrodzonej z przekonania, że zawsze takie pozostaną. Ericowi wydawało się, że jeśli je zbije, to uleci z nich ta arogancja, że nauczą bać się śmierci. Ujął to mniej więcej tak: „Okradam je z ich niewinności, okradam je z energii młodzieńczej niewinności”. Czuł, że w ten sposób odmładza się, że skradziona niewinność i skradziona młodość są jego.

– Zupełnie jak wampir – wtrącił zaniepokojony Julio.

– Tak! – wykrzyknął Solberg. – Dokładnie tak. Wampir psychiczny, który może na zawsze zachować młodość, jeśli będzie wysysał z dziewczynek ich energię. Ale jednocześnie Eric zdawał sobie sprawę, że to złudzenie. Wiedział, że nie może w ten sposób zachować młodości, ale nie widział przeszkód, by nie dać ponieść się takiej iluzji. Choć miał świadomość, że jest umysłowo chory – sam nawet kpił z siebie, nazywając się degeneratem – to jednak nie potrafił uwolnić się od tej obsesji.

– A co dalej z oskarżeniem o gwałt? – spytał Reese. – Nic mi nie wiadomo, ażeby stanął przed sądem i został skazany. Jego kartoteka jest czysta.

– Dziewczynę przekazano władzom dla nieletnich i umieszczono w słabo strzeżonym zakładzie – wyjaśniał dalej Solberg. – Wykorzystała to i uciekła. Nie miała przy sobie żadnych dokumentów, a nazwisko, które podała policji, okazało się nieprawdziwe. Nie było więc żadnej możliwości, by ją odnaleźć. A bez niej nie było sprawy przeciwko Ericowi. Oskarżenie uchylono.

– Czy nakłaniał go pan do leczenia psychiatrycznego? – spytał Julio.

– Tak, ale nie zgodził się. Był szalenie inteligentnym człowiekiem, zdolnym do introspekcji, i sam dokonał analizy swego wnętrza. Wiedział – lub przynajmniej wydawało mu się, iż wie – co jest źródłem takiego stanu jego ducha.

Julio przechylił się w stronę naukowca.

– Co to było, jego zdaniem?

Solberg odchrząknął, zaczął mówić, ale urwał i pokręcił głową, jakby chciał dać do zrozumienia, że musi się zastanowić. Zapewne był zażenowany całą rozmową i nie dawała mu spokoju myśl, że zdradza sekrety swego kolegi (jakby niepomny jego śmierci). Sterty papierów leżące na biurku nie zapewniały mu już należytej osłony, toteż wstał i podszedł do okna. Ten manewr umożliwił mu odwrócenie się plecami do swych rozmówców, tak że nie widzieli jego twarzy.

Konsternacja Solberga i dręczące go wyrzuty sumienia – w związku z odsłonięciem powierzonej mu w zaufaniu tajemnicy – mogły się komuś wydać, przesadzone, jako że dotyczyły osoby nieżyjącej, na dodatek będącej dla naukowca niewiele więcej niż znajomym. Julio jednak podziwiał za to profesora. W czasach kiedy mało kto wierzył w zasady moralne, kiedy bez żenady oszukiwało się najlepszych przyjaciół, wielu ludziom trudno byłoby pojąć, na czym polega dylemat Solberga. Niedzisiejsze udręki moralne, jakie przeżywał, były niezrozumiałe w tym chylącym się ku zagładzie świecie.

– Eric powiedział mi, że jako dziecko cierpiał z powodu seksualnego maltretowania go przez wuja – poinformował Solberg szklaną szybę. – Wuj nazywał się Hampstead. Wykorzystywał dziecko od czwartego do dziewiątego roku życia. Leben bał się go okropnie, ale jednocześnie za bardzo się wstydził, żeby komukolwiek o tym opowiedzieć. Wstydził się, gdyż jego rodzina była niezwykle religijna. Jak panowie zaraz zobaczą, to ważny szczegół. A więc rodzina Lebenów była bardzo religijna i gorliwie chodziła do kościoła. Nazareńczycy. Obowiązywała ich surowa dyscyplina. Żadnej muzyki, żadnych tańców. To zimna, ograniczona religia, czyniąca z życia piekło. Oczywiście, z powodu tego, co robił z wujem, Eric czuł się grzesznikiem. Nieważne, że wuj zmuszał go do tego – grzech to grzech, i Eric bał się o tym powiedzieć rodzicom.