Выбрать главу

– Skoro tak twierdzisz.

– Za biurem znajduje się garaż na dwa samochody. Nie zapomnij wstawić mercedesa do środka, tak żeby nikt go nie widział, gdy tylko przyjedziesz do motelu.

– To mi się nie podoba.

– Ja też nie szaleję za tym planem – powiedział Benny – ale nie wymyśliliśmy lepszego.

Przechylił się w jej stronę, dotknął dłonią jej policzka i pocałował w usta. Pocałunek był słodki, a kiedy się skończył, Rachael rzekła:

– Mam nadzieję, że opuścisz Arrowhead, gdy tylko przeszukasz dom. Niezależnie od tego, czy znajdziesz jakąś wskazówkę na temat miejsca pobytu Erica, czy nie.

– Tak. Muszę się stąd zmyć, zanim pojawią się gliny.

– A jeśli znajdziesz ślad, dokąd mógł się udać Eric…? Nie zechcesz udać się za nim sam?

– Przecież ci obiecałem!

– Ale dlaczego? Chcę, żebyś to powtórzył!

– Przyjadę najpierw po ciebie – oznajmił Benny – żeby nic mu nie zrobić samemu. Zabierzemy się do tego we dwoje.

Spojrzała mu w oczy i nie była pewna, czy mówi prawdę. Ale nawet jeśli kłamał, to nic nie mogła na to poradzić. Czas mijał i musieli się rozstać.

– Kocham cię – powiedział Benny.

– Kocham cię, Benny. I jeśli zginiesz, nigdy ci tego nie wybaczę.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Prawdziwa z ciebie kobieta, Rachael. Mogłabyś ożywić nawet głaz. Jesteś dla mnie jedyną motywacją, bym powrócił cały i zdrowy. A więc nie martw się. Kiedy wysiądę, zamknij drzwi na zamek, okay?

Znowu ją pocałował, tym razem lekko, i wysiadł. Zamknął za sobą drzwiczki i zanim odszedł, odczekał chwilę, aż opuszczą się przyciski automatycznej blokady drzwi. Wtedy pomachał jej na pożegnanie.

Rachael zjechała w dół leśną drogą, spoglądając we wsteczne lusterko tak długo, jak długo mogła dostrzec Bena. Kiedy znalazła się za zakrętem, mężczyzna zniknął w morzu zieleni.

Ben dojechał drogą gruntową do domku Erica i zaparkował forda przed wejściem. Na niebie pojawiło się kilka dużych białych obłoków, z których jeden przysłonił słońce, kładąc się cieniem na budynku.

Trzymając w jednej ręce swój dwunastostrzałowy karabin, a w drugiej combat magnum (Rachael wzięła ze sobą tylko pistolet kalibru 32), wszedł po schodkach na werandę. Zastanawiał się, czy Eric obserwuje go teraz.

Wprawdzie zapewniał Rachael, że Eric uciekł stąd w inne miejsce – i było to prawdopodobne, nawet bardzo prawdopodobne – ale nie miał co do tego stuprocentowej pewności. Ten żywy trup mógł ciągle znajdować się w pobliżu i może teraz właśnie patrzył na niego ze swej leśnej kryjówki.

Crrrrr, crrrrr…

Wetknął sobie rewolwer za pas na plecach i ostrożnie wszedł do domku frontowymi drzwiami. Karabin trzymał w pogotowiu. Jeszcze raz obszedł pokoje, szukając jakiegoś śladu, który mógłby mu wskazać inną, podobną do tej samotni, kryjówkę Erica.

Nie okłamywał Rachael, przeprowadzenie takich poszukiwań było naprawdę konieczne, tyle że nie potrzebował na nie całej godziny. Jeśli w ciągu kwadransa nie znajdzie nic w samym domu, zacznie przeczesywać trawnik. Może tam są jakieś ślady – zdeptane poszycie czy odciski butów w miękkiej glebie, mogące świadczyć na przykład o tym, że Eric ukrył się w lesie. Gdyby Ben znalazł coś takiego, kontynuowałby poszukiwania między drzewami.

O tej części swego planu nie rozmawiał z Rachael, bo inaczej nie pojechałaby sama do Vegas. Ale przecież z nią przy boku nie mógłby tropić dalej swej ofiary! Po raz pierwszy zdał sobie z tego sprawę w czasie wędrówki przez las, pod górę, w stronę domku Erica. Rachael nie sprawdzała się najlepiej w takich warunkach, nie reagowała równie szybko jak on. Gdyby poszła z nim, musiałby się nią zajmować, rozpraszając w ten sposób uwagę, co – jeśli ten żywy nieboszczyk istotnie krył się gdzieś w okolicy – dawałoby przewagę Ericowi. Powiedział jej wtedy, że dziwne dźwięki, które usłyszeli, wydawały na pewno zwierzęta. Może… Ale kiedy dotarli do domu i stwierdzili, że nikogo nie ma, Ben odtworzył w pamięci te odgłosy. Doszedł wówczas do wniosku, że chyba zbyt pochopnie zlekceważył możliwość, iż Eric obserwuje ich spomiędzy drzew, krzaków i cieni.

Przez całą drogę w dół, aż do chwili kiedy z leśnego traktu wyjechała na międzystanową autostradę okrążającą jezioro Arrowhead, Rachael była więcej niż pewna, że za chwilę jej mąż wyłoni się z mrocznej kniei i niczym superman dogoni samochód i przebije pięścią boczną szybę. Ale Eric nie pojawił się.

Jadąc wzdłuż jeziora, bardziej martwiła się, że spotka policję lub agentów federalnych niż jego. Każdy zbliżający się z przeciwka samochód wyglądał dla niej jak radiowóz.

Las Vegas zdawało się odległe o tysiące kilometrów.

Czuła się też tak, jakby porzuciła Bena, pozostawiając go samemu sobie.

Kiedy prosto po spotkaniu z Stonem Peake i Sharp przybyli na lotnisko w Palm Springs, dowiedzieli się, że ich śmigłowiec „Jet Ranger” firmy Bell ma kłopoty z silnikiem. Wicedyrektor, który wcześniej tłamsił w sobie gniew z obawy przed Stonem, teraz mało nie urwał głowy pilotowi, jakby biedak nie tylko latał, ale również odpowiadał za konstrukcję i konserwację maszyny.

Peake mrugnął porozumiewawczo do pilota za plecami Sharpa.

Nie istniała możliwość wynajęcia innego śmigłowca, a obydwie maszyny należące do biura szeryfa okręgowego były akurat w akcji, co utrudniało szybkie ich przejęcie. Sharp musiał więc niechętnie przyznać, iż nie pozostaje nic innego, jak pojechać nad Arrowhead samochodem. Niezwłocznie wydobył z bagażnika „koguta” i zamontował go na dachu rządowego sedana za pomocą specjalnej klamry i śruby. Potem włączył syrenę i w ten sposób oczyścił z pojazdów drogę przed sobą. Podążyli autostradą numer sto jedenaście w kierunku północnym, potem dosłownie przelecieli dziesiątą międzystanową w stronę zjazdu na Redland. Prawie przez cały czas pędzili z prędkością blisko stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę; silnik ciemnozielonego chevroleta ryczał jak bawół, a nadwozie tańczyło shimmy. Siedzący za kierownicą Jerry Peake martwił się, co będzie, jak złapią gumę. Przy tej prędkości mieli niewielkie szanse na przeżycie. Sharp jednak zdawał się tym nie przejmować, skarżył się natomiast na brak klimatyzacji i ciepłe powietrze dmuchające mu prosto w twarz przez otwarte okna. Zupełnie jakby – przekonany o ważności swej misji – nie potrafił sobie wyobrazić, że może zginąć w samochodzie, koziołkującym na autostradzie z powodu złapania gumy. Zdawał się wierzyć, że jest księciem, któremu musi być zapewniony wszelki komfort, niezależnie od warunków zewnętrznych. Potem Peake zdał sobie sprawę, że Sharp chyba naprawdę tak myślał.

Jechali właśnie drogą numer trzysta trzydzieści przez góry San Bernardino i od Running Springs dzieliło ich kilka kilometrów. Liczne zakręty zmusiły kierowcę do zachowania bezpiecznej prędkości. Sharp nie odzywał się i siedział pogrążony w myślach, właściwie przez cały czas od chwili, gdy zjechali z międzystanowej „dziesiątki” na Redland. Minął mu gniew i teraz chłodno kalkulował, planował przyszłe działania. Peake miał wrażenie, że słyszy zgrzytanie kół zębatych makiawelicznego mechanizmu, jakim był umysł Ansona Sharpa.

Wreszcie, gdy snopy światła słonecznego i cienie drzew zaczęły na przemian padać na przednią szybę i wypełniać wnętrze pojazdu migotliwą, upiorną mozaiką, Sharp odezwał się:

– Peake, zapewne zastanawiałeś się, dlaczego tylko we dwóch jedziemy w to miejsce, dlaczego nie zawiadomiłem policji ani nie ściągnąłem posiłków z Waszyngtonu.

– Tak, zastanawiałem się – odrzekł Peake.

Sharp patrzył na niego przez chwilę.

– Jerry, czy jesteś ambitny?