Za to teraz w zaschniętym na podłodze gęstym sosie od gulaszu firmy Dinty Moore była wyraźnie odciśnięta prawie cała podeszwa, a w maśle orzechowym – pięta. Duży rozmiar buta wskazywał, że jego właścicielem jest mężczyzna. Kolejne dwa ślady połyskiwały matowo na kafelkach koło lodówki, gdzie Eric znów wdepnął w sos i masło orzechowe, szukając zapewne ukrycia. Ukrycia, o Boże! Kiedy Ben i Rachael weszli do kuchni z garażu i skierowali się do salonu, aby pozbierać rozrzucone akta „Wildcard”, Eric chował się skulony po drugiej stronie lodówki!
Serce zaczęło bić mu mocniej. Odwrócił się i pobiegł do garażu.
LAKE ARROWHEAD.
Dojechali na miejsce.
Wlokący się przed nimi samochód kempingowy zjechał na parking przed sklepem z artykułami sportowymi i Peake przyspieszył.
Sharp spojrzał na pozostawione mu przez Stone’a na świstku papieru wskazówki i powiedział:
– Na razie jedziemy dobrze. Nie zbaczaj z tej drogi. Jedź na północ wzdłuż jeziora. Za jakieś sześć kilometrów szukaj odgałęzienia w prawo. Ma tam stać dziesięć skrzynek na listy. Na jednej z nich będzie wielki blaszany, pomalowany na biało-czerwono kogut.
Peake jechał dalej, ale kątem oka widział, że Sharp wziął na kolana czarną teczkę i otworzył ją. W środku znajdowały się dwa pistolety kalibru 32. Jeden z nich położył na siedzeniu po swojej lewej stronie.
– Co to? – spytał Peake.
– Twój pistolet. Na akcję.
– Mam służbowy rewolwer.
– Teraz nie jest sezon polowań. Nie możemy, strzelając, robić za dużo hałasu, Jerry. To może wzbudzić zainteresowanie okolicznych mieszkańców lub nawet zaalarmować ludzi szeryfa, jeśli akurat byliby w pobliżu. – Sharp wyjął z teczki tłumik i zaczął nakręcać go na swój pistolet. – Do rewolweru nie zamontujesz tłumika. A nie możemy pozwolić, żeby nam ktoś przeszkodził, dopóki nie załatwimy sprawy do końca. Potrzeba nam dużo czasu, by upozorować próbę ucieczki aresztantów.
Co ja mam, kurczę, zrobić? – zastanawiał się Peake, prowadząc samochód na północ, wzdłuż jeziora, i wyglądając czerwono-białego blaszanego koguta.
Rachael zostawiła za sobą jezioro Arrowhead, jadąc inną trasą, drogą stanową numer sto trzydzieści osiem. Zbliżała się do jeziora Silverwood, gdzie sceneria wysokich gór San Bernardino jeszcze bardziej zapierała dech w piersiach. Tyle że obecny stan umysłu nie pozwalał jej na podziwianie krajobrazu.
Za Silverwood droga opuszczała góry i niemal zupełnie prosto prowadziła na zachód, by wreszcie połączyć się z międzystanową autostradą numer piętnaście. Tam Rachael planowała postój na zatankowanie benzyny. Potem chciała jechać dalej „piętnastką” na północny-wschód, przez pustynię do Las Vegas. Oznaczało to ponad trzysta kilometrów jazdy po najbardziej wyludnionych i niegościnnych na tym kontynencie, choć niezaprzeczalnie malowniczych, terenach. Nawet przy najkorzystniejszych warunkach atmosferycznych będzie to bardzo samotna podróż.
Benny, pomyślała, tak bardzo bym chciała, żebyś był teraz ze mną.
Minęła martwe, porażone piorunem drzewo, które wznosiło ku niebu swe czarne, bezlistne konary.
Białe chmury, które pojawiły się niedawno, stawały się coraz gęstsze. Niektóre z nich nie były już białe.
W pustym garażu, w jakiejś oleistej mazi na betonowej posadzce, Ben odkrył kolejny odcisk pięty. Ten miał wymiary około siedemdziesięciu na sto trzydzieści milimetrów i błyszczał jasno w świetle wdzierającego się przez okienko słońca. Benny przyklęknął i przysunął nos do plamy. Był pewien, że lekki zapach sosu od gulaszu wołowego nie stanowił wytworu jego wyobraźni.
Odcisk pięty musiał już tu być, kiedy wrócił wraz z Rachael i aktami „Wildcard” do garażu, ale nie zauważyli go. Ben powstał i ruszył dalej przez garaż, patrząc uważnie na podłogę. Już po kilku sekundach spostrzegł jakąś brązową plamkę wielkości ziarenka pszenicy. Dotknął jej palcem, po czym przybliżył palec do nosa. Masło orzechowe. Eric musiał przynieść je tu na podeszwie buta, podczas gdy on i Rachael zajęci byli w salonie zbieraniem do plastykowego worka na śmieci akt „Wildcard”.
Kiedy wracali tędy z dokumentami, Benny śpieszył się bardzo, gdyż myślał, że najważniejszą rzeczą jest odesłanie Rachael, zanim pojawi się Eric lub agenci federalni. Nie patrzył więc pod nogi i nie zobaczył odcisku pięty ani kapki masła orzechowego. I oczywiście nie widział powodu, by szukać śladów Erica w miejscach, które dopiero co sam sprawdził. Nie podejrzewał, że człowiek, który doznał ciężkich uszkodzeń mózgu, okaże się tak sprytny. Ten żywy trup, jeśli wszystko odbyło się podobnie jak w wypadku myszy laboratoryjnych, powinien być zdezorientowany, doprowadzony do obłędu, niestały umysłowo i emocjonalnie. Dlatego Ben nie mógł winić siebie; w końcu postąpił słusznie, odsyłając Rachael mercedesem. Myślał przecież, że nikt się o tym nie dowie, nie przypuszczał, że nie będzie w aucie sama. Czyż mógł przewidzieć…? Nie, jedyne, co mógł zrobić, to właśnie wysłać ją do Las Vegas. Nie, to nie jego wina, nie mógł przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja, nie mógł i już. Ale i tak zawzięcie przeklinał samego siebie.
Kiedy Eric czekał na nich w kuchni z siekierą w dłoni, podsłuchując ich odbywaną w garażu naradę, musiał zdać sobie nagle sprawę, że nadarza się szansa, by dopaść Rachael bez świadków. Najwyraźniej ta perspektywa była dlań na tyle miła, że mógł obejść się bez zdzielenia siekierą jej towarzysza. Ukrył się za lodówką i odczekał, aż przeszli do salonu. Wtedy zakradł się do garażu, wyjął kluczyki ze stacyjki, otworzył po cichu bagażnik, włożył kluczyki na miejsce, wgramolił się do bagażnika i zamknął za sobą metalową pokrywę.
Jeśli Rachael złapie gumę i otworzy bagażnik… Lub jeśli w czasie jazdy przez pustkowie Eric postanowi silnym kopnięciem wypchnąć oparcie tylnej kanapy i przeczołgać się do kabiny samochodu…
Serce biło Benowi tak mocno, że bał się, iż mu wyskoczy. Pobiegł szybko w stronę wypożyczonego forda, który stał zaparkowany przed domem.
Jerry Peake wypatrzył czerwono-białego koguta z blachy na szczycie jednej spośród dziesięciu skrzynek na listy. Skręcił w boczną drogę, która prowadziła stromo pod górę. Mijali liczne domostwa, ukryte przeważnie za gęsto rosnącymi po obu stronach drzewami. Prowadziły do nich zamknięte szlabanami lub bramami alejki.
Sharp skończył przykręcać tłumiki do obu pistoletów, które wydobył z teczki. Następnie wyjął z niej dwa załadowane zapasowe magazynki, zatrzymał jeden dla siebie, a drugi położył koło pistoletu przeznaczonego dla Peake’a.
– Cieszę się, Jerry, że bierzesz ze mną udział w tej akcji.
Właściwie Peake nie zadeklarował jednoznacznie, że weźmie udział w „akcji” i na dobrą sprawę nie wyobrażał sobie, jak mógłby z zimną krwią zamordować kogoś i żyć dalej, nie dręczony wyrzutami sumienia. Jedno jest pewne: prysną marzenia o tym, by stać się legendą DSA. Z drugiej strony, jeśli wejdzie Sharpowi w drogę, ten zniszczy jego karierę.
– Nawierzchnia tłuczniowa ma przejść w drogę żużlową – powiedział Sharp, czytając z kartki objaśnienia Stone’a.
Mimo wglądu w naturę swego szefa i całej wiedzy, jaką dzięki temu uzyskał, Jerry Peake wciąż nie wiedział, co ma robić. Nie widział wyjścia, które pozwoliłoby mu pogodzić szacunek dla samego siebie i pomyślny rozwój kariery. W miarę jak wznosili się coraz wyżej, a drzewa coraz bardziej zacieniały drogę, narastało w nim uczucie paniki i po raz pierwszy od wielu godzin poczuł, że nie nadaje się do tej roboty.
– Żużel – zauważył Anson Sharp, gdy skończyła się nawierzchnia.