Выбрать главу

Nagle Peake zrozumiał, że znajduje się w dużo gorszym położeniu, niż mu się dotąd wydawało, gdyż Sharp prawdopodobnie chce zabić i jego. Gdyby próbował powstrzymać szefa przed zamordowaniem Shadwaya i tej Leben, wtedy on po prostu najpierw zastrzeliłby uciążliwego agenta i wszystko tak zainscenizował, żeby wyglądało, iż zginął z rąk dwójki uciekinierów. Co więcej, uzyskałby wytłumaczenie, dlaczego zabił Shadwaya i panią Leben: „Ukatrupili, cholera, biednego Peake’a! Czy miałem inne wyjście?” W ten sposób Sharp może nawet wykreować się na bohatera. Z drugiej strony Peake nie mógł tak po prostu zejść mu z drogi i pozwolić, by zwierzchnik sam zlikwidował tę dwójkę. To nie usatysfakcjonowałoby Sharpa. Jeśli Peake nie weźmie z entuzjazmem udziału w podwójnym morderstwie, szef nie będzie już mu ufał i najprawdopodobniej zastrzeli go zaraz po ukatrupieniu tej pary. A potem powie, że to jedno z nich go zastrzeliło. O Boże! Umysł Peake’a pracował w tej chwili szybciej niż kiedykolwiek w życiu. Wyglądało na to, że ma dwie możliwości: albo wziąć udział w morderstwie i w ten sposób zaskarbić sobie pełne zaufanie Sharpa, albo zabić go, zanim ten szaleniec sam zdoła kogokolwiek uśmiercić. Chociaż nie! To też nie było wyjście…

– Już niedaleko – powiedział Sharp, przechylając się do przodu i wyglądając uważnie przez przednią szybę. – Jedź najwolniej, jak tylko potrafisz.

…to też nie było wyjście, ponieważ – gdyby zastrzelił Sharpa – nikt nie uwierzyłby mu, że ten zamierzał zlikwidować Shadwaya i panią Leben. W końcu, jaki miał ku temu powód? Peake zarobiłby tylko proces za sprzątnięcie zwierzchnika. A żaden sąd nie jest wyrozumiały dla zabójcy policjanta, nawet jeśli on sam jest policjantem. Na pewno wpakują go do więzienia, gdzie ci wszyscy kryminaliści o wyglądzie troglodytów z rozkoszą oddadzą się gwałtom na byłym agencie rządu Stanów Zjednoczonych. W związku z tym pozostawało tylko… co? Tylko jedno, straszliwe wyjście: obniżyć się do poziomu Sharpa, wziąć udział w podwójnym morderstwie, zapomnieć o staniu się legendą i zostać bandytą nie lepszym od gestapowca. Peake znalazł się w potrzasku, w sytuacji z której nie istniało normalne wyjście, lecz tylko nikczemne, okrutne i szalone rozwiązanie. Sam był już bliski szaleństwa. Czuł, że głowa mu zaraz odpadnie od tego intensywnego myślenia.

– To jest brama, którą opisała Sarah Kiel – powiedział Sharp. – Proszę, nawet otwarta! Zatrzymaj się przed nią.

Jerry Peake zaparkował samochód i wyłączył silnik.

Zamiast oczekiwanej leśnej ciszy przez otwarte okna chevroleta dobiegł ich, odbijający się głębokim echem, odgłos pracy innego silnika. Gdzieś pomiędzy drzewami jechał jakiś samochód.

– Nie jesteśmy sami – rzekł Sharp, szybko chwytając swój wyposażony w tłumik pistolet i wysiadając z samochodu. W tej samej chwili u wylotu piaszczystej alei pojawił się, jadący z dużą szybkością, niebieski ford.

Rachael zatrzymała się na stacji benzynowej kompanii Arco. Kazała obsłudze zatankować mercedesa benzyną bezołowiową, a sama kupiła w automatach trochę słodyczy i puszkę coca-coli. Potem oparła się o bagażnik i zdarła opakowanie z batona Mr Goodbar. Miała nadzieję, że duża porcja kalorii podniesie ją na duchu i sprawi, że długa droga, która była przed nią, stanie się mniej uciążliwa.

– Pani do Vegas? – spytał pracownik stacji.

– Zgadł pan.

– Wiedziałem. Jestem dobry w zgadywaniu, dokąd ludzie jadą. Pani wygląda na taką, co to do Vegas… Niech pani najpierw zagra w ruletkę i obstawi numer dwadzieścia cztery. Ja mam nosa. Patrzę na panią i wiem. Okay?

– Okay. Numer dwadzieścia cztery.

Rachael wyjęła portfel, by zapłacić, a mężczyzna potrzymał w tym czasie jej puszkę z coca-colą.

– Wygra pani mnóstwo forsy. Oczywiście, oczekuję, że podzieli się pani ze mną po połowie. Ale jeśli pani przegra, to już diabelska sprawka, nie moja.

Rachael wsiadła do samochodu, a mężczyzna pochylił się jeszcze i zajrzał przez okienko.

– Niech pani uważa, jadąc przez pustynię. Tam nie ma żartów.

– Wiem – odpowiedziała kobieta.

Wyjechała na międzystanową piętnastą w kierunku północnym. Potem skręciła na północny-wschód w stronę Barstow. Czuła się bardzo samotna.

26

Na złej drodze

Ben wyjeżdżał właśnie zza zakrętu i zamierzał przyspieszyć, kiedy dostrzegł zaparkowanego po drugiej stronie bramy zielonego chevroleta. Przyhamował i prowadzony przez niego ford zarzucił tyłem. Kierownica szarpnęła mu w dłoniach, ale nie stracił panowania nad pojazdem i nie wpadł do rowu. Zatrzymał się łagodnie w chmurze pyłu około pięćdziesięciu metrów przed bramą.

Tymczasem z zielonego sedana wysiadło dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach. Jeden z nich trzymał się z tyłu, ale drugi – solidniejszej budowy ciała – ruszył pod górę wprost na Bena i zbliżał się szybko, niczym nadgorliwy maratończyk, który zapomniał o założeniu sportowych spodenek i obuwia. Żółtawy pył, unoszący się w występujących na przemian strefach światła i cienia, nadawał prążkowanej atmosferze wygląd solidnej bryły marmuru. Ale mimo chmury kurzu i mimo dużej, choć wciąż malejącej, odległości, która dzieliła obu mężczyzn, Ben dostrzegł u nieznajomego broń. Zobaczył też, że pistolet wyposażony jest w tłumik. To zdziwiło go najbardziej.

Ani policja, ani agenci federalni nie używali tłumików. Natomiast wspólnicy Erica w centrum Palm Springs strzelali z pistoletu maszynowego, nie było więc prawdopodobne, że nagle zaczęło im zależeć na dyskrecji.

I wtedy Ben dostrzegł wyraźnie skrzywioną twarz zbliżającego się człowieka. Zdumiony, przestraszony i wytrącony z równowagi, poznał go. To był Anson Sharp. Minęło szesnaście lat od chwili, kiedy go widział po raz ostatni, w Wietnamie, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku. Teraz jednak nie miał żadnych wątpliwości, że to właśnie on. Upływ czasu tylko nieznacznie zmienił Sharpa zewnętrznie. Wiosną i latem siedemdziesiątego drugiego Ben oczekiwał, że to tłuste prosię wpakuje mu kulę w plecy albo – gdyż Sharp był zdolny do wszystkiego – wynajmie do tej roboty jakiegoś rzezimieszka z Sajgonu. Ben jednak był bardzo ostrożny i nie dał mu żadnej szansy. I teraz, jak gdyby cofnął się w czasie, znowu miał przed sobą Sharpa.

Co, do cholery, sprowadziło go tutaj? Minęło już tyle czasu od wojny, ale Shadway miał idiotyczne przeczucie, że Sharp szukał go przez te wszystkie lata. A ponieważ bał się stawić mu czoło, poczekał na dogodny moment i właśnie teraz, kiedy wszystko waliło się Benowi na głowę, zapragnął wyrównać rachunki. Ale nie, to nieprawdopodobne, to niemożliwe. Sharp jest chyba po prostu w jakiś sposób związany ze sprawą akt „Wildcard”.

Kiedy odległość między nimi wynosiła już tylko około dwudziestu metrów, Sharp zatrzymał się i – rozstawiając szeroko nogi – przyjął pozycję strzelecką. Po chwili otworzył ogień. Coś puknęło o przednią szybę, a gdy pękła tafla bezpiecznego żywicznego szkła, towarzyszyło temu głośne cmoknięcie. Pocisk przeszedł w odległości trzydziestu centymetrów od twarzy Bena.

Ten natychmiast wrzucił wsteczny bieg i obrócił się w fotelu, by widzieć drogę przed sobą. Prowadził teraz jedną ręką, drugą opierając na siedzeniu pasażera. Jechał pod górę najszybciej, jak tylko potrafił. Usłyszał, że druga kula, gdzieś bardzo blisko, odbija się rykoszetem od karoserii. Ale już dotarł do zakrętu i zniknął Sharpowi z oczu.

Na wstecznym biegu dojechał z powrotem do domu. Tam się zatrzymał, zwolnił na luz, włączył hamulec ręczny – jedyną rzecz, która mogła utrzymać samochód stojący na pochyłości – i wysiadł, nie wyłączając silnika. Położył karabin i combat magnum na ziemi obok siebie, a Sam schylił się, wsunął głowę do wnętrza forda, złapał za dźwignię hamulca i spojrzał na drogę.