Dwieście metrów dalej wyłaniał się zza zakrętu zielony sedan i jechał szybko pod górę. Kiedy kierowca zauważył Bena, zwolnił, ale nie zatrzymał pojazdu. Shadway odczekał jeszcze kilka sekund, zanim zwolnił ręczny hamulec i cofnął się.
Podlegając prawu grawitacji, ford zaczął staczać się alejką, która była tak wąska, że chevrolet nie miał możliwości zjechania na bok. Ford podskoczył na jakimś wyboju i skręcił w stronę rowu. Przez chwilę Ben myślał już, że samochód wypadnie z trasy, ale inna nierówność sprawiła, że znów skierował się w dół alei.
Kierowca chevroleta zatrzymał się i zaczął zawracać, ale ford nabierał prędkości i tak szybko sunął w stronę zielonego sedana, że kolizja wydawała się nie do uniknięcia. Ale znów pojawiły się wyboje i ford zboczył trochę w lewo, tak że prowadzący chevroleta w ostatniej chwili zdołał skręcić kierownicą w prawo, zapobiegając czołowemu zderzeniu, lecz o mało nie lądując w rowie. Do kolizji jednak doszło, choć siła uderzenia nie była tak wielka i niszcząca, jak Ben planował. Rozległ się huk i trzask gniecionego metalu. Prawy przedni błotnik forda trafił w prawy przedni błotnik chevroleta, potem samochodem Bena zarzuciło w lewo i, gdyby tylne koła nie wpadły do rowu, zamiast ćwierci ford wykonałby pełen obrót o sto osiemdziesiąt stopni, ustawiając się frontem do wzniesienia. Pojazd podskoczył i zatrzymał się w poprzek drogi, skutecznie ją blokując.
Pod wpływem uderzenia chevrolet potoczył się kilka metrów w dół i mało brakowało, a również wpadłby do rowu. Kierowca zapanował jednak nad pojazdem i zatrzymał go. Prawie natychmiast otworzyło się szeroko dwoje przednich drzwi i z samochodu wysiedli Anson Sharp i kierowca. Żaden z nich nie wyglądał, jakby odniósł jakieś obrażenia. Zresztą kiedy ford uniknął czołowego zderzenia z chevroletem, Ben przestał wierzyć, że któremukolwiek z pasażerów – mogło stać się coś poważnego.
Benny podniósł z ziemi karabin oraz combat magnum, odwrócił się i pobiegł na podwórko po drugiej stronie domu. Nie zatrzymał się jednak na wyschniętej trawie, lecz ukrył za zębatymi granitowymi skałkami, zza których wraz z Rachael nie tak dawno obserwował dom. Odwrócił się i przez chwilę patrzył na ścianę lasu, szukając najlepszej drogi odwrotu. Wreszcie dał nura między drzewa i pobiegł w stronę rowu odwadniającego, otoczonego z obu stron gęstymi krzakami, którym szedł już wcześniej z Rachael.
Słyszał, jak gdzieś daleko w tyle Sharp woła go po nazwisku.
Jerry Peake wciąż znajdował się w pajęczej sieci moralnych rozterek. Ostrożnie obserwował swojego szefa, trzymając się parę kroków za nim.
Wicedyrektor stracił głowę w chwili, gdy zobaczył Shadwaya za kierownicą niebieskiego forda. Wyskoczył podniecony z samochodu i zaczął biec pod górę, a potem strzelać ze straconej pozycji, nie mając najmniejszej szansy, by trafić w cel. Poza tym jakby nie zauważył, że w samochodzie nie było kobiety. Gdyby zabili mężczyznę na miejscu, zapewne już nigdy nie dowiedzieliby się, gdzie ona jest. Jednakże Peake był zadowolony, że szef sfuszerował robotę.
Obecnie Sharp lustrował wzrokiem podwórko na tyłach domu. Sapał przy tym jak wściekły byk, niepomny niebezpieczeństw czyhających na człowieka, który nie potrafi trzymać nerwów na wodzy. Znajdował się w stanie szczególnego rozdrażnienia i wściekłości. Kilka razy wszedł po kolana w zarośla na skraju lasu, szukając Shadwaya pośród zwartych szeregów drzew.
Ale lesisty teren stwarzał nieskończone możliwości ukrycia się. Widoczne wszędzie dokoła skaliste zbocza i niewielkie wąwozy uświadomiły Peake’owi, że zgubili Shadwaya na dobre. Teraz należało wezwać posiłki, w przeciwnym razie przestępca zdoła przedrzeć się przez dziki las i już nigdy go nie znajdą.
Ale Sharp pałał żądzą zabicia Shadwaya. Nie posłuchałby głosu rozsądku.
Peake patrzył więc na niego i czekał w milczeniu.
Sharp krzyknął nagle, wciąż patrząc między drzewa:
– Shadway, reprezentuję rząd Stanów Zjednoczonych! Pracuję dla Defense Security Agency! DSA! Czy mnie słyszysz? Chcemy z tobą porozmawiać, Shadway!
Odwołanie się do władzy nie skutkowało. Sharp popsuł wszystko tym, że najpierw zaczął strzelać.
Peake zastanawiał się, czy jego zwierzchnik nie przechodzi ostatnio jakiegoś kryzysu. To tłumaczyłoby jego zachowanie wobec Sarah Kiel i determinację, z jaką dążył do zamordowania Shadwaya, jak również ten bezmyślny, szalony i nieskuteczny atak z bronią w ręku na jadącego z góry forda.
Tymczasem Sharp, biegając jak opętany wzdłuż krawędzi lasu, znów skoczył w zarośla i wrzasnął:
– Shadway! Hej, Shadway, to ja! Anson Sharp! Pamiętasz mnie jeszcze, Shadway? Pamiętasz mnie?
Jerry Peake cofnął się o krok i zamrugał oczami, jak gdyby ktoś uderzył go w twarz. Na Boga! Sharp i Shadway znali się! Znali się nie tyle w teorii jako myśliwy i jego zwierzyna, lecz osobiście! I patrząc na Sharpa, na jego niegodne agenta zachowanie, spąsowiałą twarz, wyłupiaste, nabiegłe krwią oczy i słuchając wściekłego sapania, nietrudno się było domyślić, że obaj mężczyźni nie należeli raczej do przyjaciół. Tu się liczyły stare urazy i Peake nie miał już najmniejszej wątpliwości, że nie było żadnego rozkazu zwierzchniej, najwyższej władzy, by zlikwidować Shadwaya i panią Leben. To Sharp zdecydował się ich zabić; Sharp i nikt więcej. Instynkt Peake’a był coś wart, podpowiedział mu, że szef kłamie, nie rozstrzygał jednak, czy tak jest rzeczywiście. Teraz przed Jerrym otwierały się dwie drogi: albo współpraca z wicedyrektorem, albo zagrożenie mu pistoletem. Ale żadna z nich nie prowadziła do kariery, pozwalając jednocześnie na zachowanie szacunku dla samego siebie.
Sharp zapuścił się głębiej w las i zaczął schodzić po stoku w ciemność panującą wśród sosen i świerków. Spojrzał za siebie, krzyknął na Peake’a, by ten przyłączył się do pościgu, zrobił kilka kroków do przodu, znów się obejrzał i – zobaczywszy, że Jerry nie ruszył się jeszcze – przywołał podwładnego bardziej stanowczo.
Peake poszedł za nim nie bez oporu. Niektóre źdźbła trawy były tak wysokie, suche i ostre, że kłuły go przez skarpetki. Do spodni od razu przyczepiły się pyłki z dmuchawców, a gdy oparł się o jakieś drzewo, zaraz ręce miał lepkie od żywicy. Nisko rosnące pnącza łapały go za łydki, kolce jeżyn wbijały się w marynarkę, a podbite skórą buty ślizgały się perfidnie na wilgotnych kamieniach, na suchych igłach, na mchu – na wszystkim. Kiedy przechodził przez powalone drzewo, wdepnął nogą w sporych rozmiarów mrowisko. Choć zaraz się wycofał i strzepnął owady z buta, kilka z nich zdążyło wejść mu pod nogawkę. Ostatecznie agent zmuszony był zatrzymać się, podciągnąć spodnie i usunąć te cholernie gryzące paskudztwa.
– Nie jesteśmy odpowiednio ubrani – rzekł do Sharpa, kiedy go wreszcie dogonił.
– Cicho – odezwał się tamten, przechodząc pod zwisającą nisko sosnową gałęzią, obładowaną ciernistymi szyszkami.
Peake poślizgnął się i o mało nie upadł. W ostatniej chwili złapał się za gałąź i ledwie utrzymując równowagę, powiedział:
– Tu sobie można skręcić kark.
– Cicho! – zagrzmiał Sharp i spojrzał na Peake’a przez ramię groźnym wzrokiem. Wygląd jego twarzy paraliżował: wybałuszone, dzikie oczy, zaczerwieniona twarz, poszerzone nozdrza, odsłonięte zęby, drgające mięśnie policzkowe i arterie pulsujące na skroniach. Ten dziki wyraz potwierdzał podejrzenie Jerry’ego, że od chwili wypatrzenia Shadwaya wicedyrektor stracił panowanie nad sobą i kierował się maniakalną prawie nienawiścią i zwykłą żądzą krwi.
Przepchali się przez wąską szczelinę w ścianie gęstych, kłujących krzaków, ozdobionych trującymi zapewne jagodami pomarańczowego koloru. Następnie wpadli niespodziewanie do płytkiego rowu odwadniającego… i ujrzeli Shadwaya. Zbieg był mniej więcej piętnaście metrów przed nimi i przygarbiony biegł szybko przez las po dnie rowu, dzierżąc w dłoni karabin.