Выбрать главу

Peake przykucnął i oparł się bokiem o ścianę kanału, aby nie stanowić łatwego celu.

Ale Sharp stał zupełnie odsłonięty, jakby myślał, że jest supermanem, i wywrzaskując nazwisko Shadwaya, oddał w jego stronę parę strzałów. Używając tłumika, traciło się na zasięgu i dokładności na rzecz pożądanego wyciszenia hałasu. Biorąc więc pod uwagę odległość dzielącą Sharpa od Shadwaya, właściwie każdy jego strzał szedł na marne. Albo agent nie znał efektywnego zasięgu swej broni, co zdawało się mało prawdopodobne, albo był do tego stopnia zaślepiony nienawiścią, że nie potrafił działać racjonalnie. Pierwsza kula zdarła kawałek kory z drzewa rosnącego nad samym rowem, dwa metry od lewego ramienia Shadwaya. Drugi pocisk z głośnym jęknięciem odbił się rykoszetem od głazu narzutowego. Kanał ginął na horyzoncie za zakrętem i tamże zniknął im z oczu Shadway. Sharp jednak, choć nie widział już celu, wystrzelił jeszcze trzykrotnie.

Skuteczność najlepszego nawet tłumika jest ograniczona, toteż lekkie „pyk”, wydawane przez pistolet Sharpa, z każdym kolejnym naciśnięciem spustu stawało się coraz głośniejsze. Piąty i ostatni strzał zabrzmiał już jak uderzenie drewnianego młotka o powierzchnię z twardej gumy. Nie był to wprawdzie żaden huk, ale dźwięk na tyle głośny, żeby rozbudzić na chwilę śpiące wśród drzew echo.

Kiedy echo ucichło, Sharp nasłuchiwał uważnie przez kilka sekund, a potem skoczył z powrotem w stronę tej samej przecinki, którą wyszli nad kanał.

– Chodź, Peake. Teraz dostaniemy sukinsyna.

Peake poszedł za szefem.

– Nie możemy gonić go po tym lesie – powiedział. – On jest lepiej ubrany.

– Wychodzimy z tego cholernego lasu – odrzekł Sharp i w istocie szedł tą samą drogą, lecz w przeciwnym kierunku, pod górę, w stronę domu Erica Lebena. – Chciałem się tylko upewnić, że będzie uciekał, a nie leżał gdzieś w krzakach, czekając, aż odjedziemy. Teraz wiem, że – dzięki Bogu – ucieka. Założę się, że pogna prosto na dół, do drogi przy jeziorze. Będzie chciał zwinąć tam jakiś środek lokomocji. Bez trudu nakryjemy go na próbie kradzieży samochodu jakiegoś wędkarza. A teraz chodź!

Sharp wciąż miał dziki, na wpół obłąkany wygląd, ale Peake zrozumiał, że wicedyrektor w gruncie rzeczy nie był tak zupełnie owładnięty nienawiścią, jak to na pierwszy rzut oka wyglądało. Owszem, dostał ataku szału i nie działał całkiem racjonalnie, ale nie utracił jeszcze swej przebiegłości. Wciąż był niebezpiecznym człowiekiem.

Ben walczył o swe życie, ale jednocześnie panicznie bał się o Rachael. Kobieta jechała mercedesem do Vegas, nieświadoma, że w bagażniku znajdował się Eric. Benny wiedział, że musi ją jakoś ostrzec, choć z minuty na minutę oddalała się od niego coraz bardziej, w zastraszającym tempie zmniejszając szansę naprawienia przezeń błędu. W najgorszym razie będzie musiał znaleźć telefon i zadzwonić do Whitneya Gavisa, swojego człowieka w Vegas. Kiedy Rachael zadzwoni do Whitneya w sprawie kluczy od pokoju w motelu, ten powiadomi ją o obecności Erica. Oczywiście, Eric może sam wydostać się z bagażnika do wnętrza pojazdu lub w inny sposób wyjść na zewnątrz na długo przed przyjazdem Rachael do Vegas, ale Ben nie chciał nawet rozważać tej strasznej możliwości.

Rachael sama na pustynnej autostradzie wśród zapadających ciemności… Z bagażnika dochodzą dziwne odgłosy… Oparcie tylnej kanapy zaczyna najpierw drgać, jakby ktoś kopał je z drugiej strony, po czym odpada i zsuwa się na podłogę auta… Zimny, martwy mąż Rachael wyskakuje z ukrycia… – ten potworny obraz tak bardzo wstrząsnął Benem, że bał się o nim myśleć. Jeśliby przewidywał za dużo takich sytuacji, w końcu uznałby je za scenariusz nie do uniknięcia i nie mógłby dalej działać.

Tak więc przezornie nie chciał myśleć o rzeczach nie do pomyślenia. Wyszedł z rowu odwadniającego i zaczął przeciskać się wydeptaną przez jelenie ścieżką. Tu spadek terenu był dość łagodny, ale już po trzydziestu metrach, zaraz za dwiema jodłami, szlak stawał się dużo bardziej nieprzyjazny, a wędrówka – uciążliwa. Na tym zdradliwym odcinku czyhały na Bena następujące przeszkody: pas ciernistych krzaków jeżyn, które należało obejść, nadkładając dobre pięćdziesiąt metrów, długi spadek, pokryty kruszącą się i umykającą pod stopami skałą łupkową, po którym należało poruszać się zygzakiem, aby nie spać na łeb, na szyję w przepaść, zarośnięte krzakami wiatrołomy, które należało albo obejść, ponownie nadkładając drogi, albo zaryzykować zwichnięcie lub złamanie kończyny w czasie przechodzenia przez powalone stare drzewa. Raz po raz Ben żałował, że ma na nogach przeznaczone do biegania adidasy zamiast porządnych traperek. Na szczęście dżinsy i koszula z długimi rękawami chroniły go przed pokłuciem i podrapaniem. Mimo wszystkich przeciwności posuwał się naprzód, wiedział bowiem, że w końcu dojdzie do miejsca, gdzie zbocza nie są już tak strome, a okolica mniej dzika. Tam będzie lżej. Zresztą nie miał innego wyboru. Musiał iść dalej, bo nie wiedział, czy przypadkiem Anson Sharp nie siedzi mu cały czas na karku.

Anson Sharp. Trudno w to uwierzyć.

W drugim roku pobytu w Wietnamie Ben został porucznikiem i dowodził oddziałem zwiadowczym. Jego zwierzchnikiem był kapitan Olin Ashborn, autor i wykonawca serii wysoce skutecznych rajdów na obszar zajmowany przez wroga. Kiedyś chcieli uwolnić czterech jeńców amerykańskich, trzymanych w obozie przejściowym przed odesłaniem ich do Hanoi. Wywiązała się strzelanina, podczas której zginął sierżant George Mendoza. Na jego miejsce przysłano Ansona Sharpa.

Od samego początku Ben nie lubił tego człowieka, choć zrazu nie miał mu nic do zarzucenia. To była jedna z tych instynktownych, trudnych do wytłumaczenia reakcji. Sharp nie był nadzwyczajnym żołnierzem, nie dorównywał Mendozie, ale wykazywał pewną kompetencję i – co stawiało go ponad wieloma uczestnikami tej nędznej wojny – nie pił alkoholu ani nie brał narkotyków. Chyba trochę za bardzo smakował swą niewielką władzę i gnębił swoich żołnierzy. Jego uwagi na temat kobiet nacechowane były niepokojącą pogardą, ale początkowo wyglądało to na tradycyjne, nudne i na wpół prawdziwe antybabskie gadki, jakie mężczyźni plotą we własnym gronie. Ben nie widział w nich nic alarmującego. Do czasu. Kiedy pojawił się wróg, Sharp chyba zbyt szybko podjął decyzję o nieatakowaniu i nazbyt pośpiesznie nakazał wycofać się, gdy nieprzyjaciel przeszedł do ofensywy, ale to jeszcze nie oznaczało, że jest tchórzem. Ben miał już jednak na niego oko i nawet się czuł z tego powodu winny, gdyż nie istniały żadne konkretne powody, by nie ufać nowemu sierżantowi.

Jedną z cech, których nie lubił u Sharpa, był brak własnego zdania na każdy temat. Sierżant sprawiał wrażenie, że nie zastanawia się nad problemami polityki, religii, kary, śmierci, aborcji ani żadnymi innymi, które wtedy interesowały ludzi. Sharp nie ustosunkowywał się też do wojny; nie był ani za, ani przeciw. Nie zależało mu na tym, kto wygra. Dążący do demokracji Wietnam Południowy stawiał na równi z totalitarną północną częścią kraju, jeśli w ogóle rozważał relacje między nimi w kategoriach moralnych. Wstąpił do piechoty morskiej, żeby uniknąć wcielenia do wojsk lądowych, i – w przeciwieństwie do większości żołnierzy – nie czuł się dumny z przynależności do „skórzanych kołnierzyków”. Nie angażował się uczuciowo we wspólne życie, nie zależało mu na stworzeniu tam swego drugiego domu. Zamierzał zrobić karierę, choć do służby nie pchnęło go ani poczucie obowiązku wobec ojczyzny, ani duma z jej armii, lecz pragnienie awansu do pozycji, która dawałaby mu władzę. Poza tym wojskowi mieli różne przywileje, a już po dwudziestu latach czekała ich wysoka emerytura. Potrafił godzinami się nad tym rozwodzić.