Nie interesował się ani muzyką, ani malarstwem, ani literaturą, ani sportem, ani myślistwem, ani łowieniem ryb, ani czymkolwiek innym – poza samym sobą. On sam był dla siebie jedynym punktem zainteresowań. Choć nie należał do hipochondryków, z pewnością miał bzika na punkcie zdrowia i mógł długo opowiadać o swym trawieniu, ewentualnych zaparciach i porannym stolcu. Ktoś inny powiedziałby: „Łeb mi pęka”, ale Anson Sharp, cierpiący na podobną dolegliwość, wyraziłby ją w postaci eseju, nie tylko opisując w najdrobniejszych szczegółach charakter i stopień zaawansowania cierpienia, ale również zakreślając palcem w okolicach brwi dokładną granicę bólu.
Dużo czasu poświęcał na czesanie się, zawsze też udawało mu się gładko ogolić, nawet w warunkach polowych. Z narcystyczną przyjemnością przeglądał się w lustrach i innych gładkich powierzchniach. W ogóle czerpał z życia tyle przyjemności, ile tylko się na wojnie dawało.
Trudno było lubić człowieka, który dbał wyłącznie o swój interes.
Ale jeśli Anson Sharp przed przybyciem do Wietnamu nie był ani dobry, ani zły, lecz umiarkowany, to wojna zaczęła urabiać nie uformowaną glinę jego osobowości i w efekcie stworzyła potwora. Kiedy do Bena dotarły szczegółowe i przekonywające informacje na temat udziału Sharpa w czarnorynkowym handlu, wszczął dochodzenie, które odsłoniło zdumiewającą przeszłość kryminalną tego człowieka. Sharp zamieszany był w zagarnięcie transportu artykułów przeznaczonych na zaopatrzenie kantyn i uczestniczył w pertraktacjach z handlowym podziemiem w Sajgonie w celu sprzedania owych skradzionych zapasów. Co więcej, okazało się, że – choć sam nie używał ani bezpośrednio nie sprzedawał narkotyków – to jednak ułatwiał wietnamskiej mafii dostarczanie ich dla amerykańskich żołnierzy. Najbardziej szokujące było jednak odkrycie, że Sharp finansował z części swych nielegalnych dochodów utrzymanie piet-a-terre w dzielnicy najgorszych nocnych klubów Sajgonu. Tam trzymał jedenastoletnią dziewczynkę, Mai Van Trang, którą traktował dosłownie jak niewolnicę i gdy tylko miał okazję, wykorzystywał seksualnie. W czasie jego nieobecności dziecko pozostawało na łasce ponurego wietnamskiego zbira, który służył Sharpowi jako lokaj i zarazem strażnik.
Zdawałoby się, że sąd wojenny jest w takiej sytuacji nieunikniony. Ben miał nadzieję, że wyśle Sharpa na dwadzieścia lat wojskowego więzienia. Ale zanim sprawa trafiła do sądu, potencjalni świadkowie oskarżenia zaczęli w zastraszającym tempie umierać albo znikać. Dwóch podoficerów podejrzanych o rozprowadzanie narkotyków, którzy zgodzili się zeznawać przeciwko Sharpowi w zamian za obietnicę łagodnego potraktowania, znaleziono w bocznej uliczce Sajgonu z poderżniętymi gardłami.
Pewnemu porucznikowi podrzucono w czasie snu granat, który rozerwał go na kawałki. Lokaj o twarzy łasicy oraz biedna Mai Van Trang zniknęli, a Ben był pewien, że o ile ten pierwszy żył gdzieś w ukryciu, o tyle dziewczynkę zamordowano i zakopano w bezimiennym grobie; nie stanowiło to problemu w kraju szarpanym wojną, gdzie takich grobów były tysiące. Siedząc w areszcie i czekając na proces, Sharp mógł z powodzeniem udawać, że nie ma nic wspólnego z tymi częstymi i wygodnymi dla niego przypadkami zniknięć i śmierci. Choć było pewne, że to jego ludzie, powiązani z przestępczym światem Sajgonu, wykonywali dla niego tę robotę. Zanim doszło do procesu przed sądem wojennym, nie został już ani jeden świadek i cała sprawa ograniczyła się do zarzutów Bena i jego wywiadowców. Zadowolony z siebie Sharp twierdził oczywiście, że jest niewinny. Nie było dość konkretnych dowodów, by trzymać go dalej w areszcie, istniało jednak zbyt wiele poszlak obciążających sierżanta, by móc przywrócić go do łask. Ostatecznie więc Sharpa pozbawiono pagonów, zdegradowano i w niesławie wyrzucono z wojska.
Ale nawet ten względnie łagodny wyrok stanowił dla Sharpa policzek. W swoim głębokim, niezmiennym egocentryzmie nigdy nie dopuszczał do siebie myśli, że może zostać w jakikolwiek sposób ukarany. Osobisty komfort i dobre samopoczucie były jego głównymi – jeśli nie jedynymi – troskami. Zdawało się, że stanowi dla niego pewnik, iż jest pupilkiem całego świata i los zawsze się będzie uśmiechał do niego. Zanim odleciał w hańbie z Wietnamu, użył jeszcze resztek dawnych kontaktów, by zaaranżować krótką, niespodziewaną wizytę u Bena. Trwała zbyt krótko, by mógł w tym czasie wyrządzić Shadwayowi jakąś krzywdę, ale była na tyle długa, by zdążył przekazać mu pogróżkę „Słuchaj, gnoju, kiedy znowu wylądujesz w Stanach, pamiętaj, że ja tam jestem i czekam na ciebie. Dowiem się, kiedy wracasz, i zgotuję ci odpowiednie powitanie”.
Ben nie potraktował tej groźby poważnie. Po pierwsze, na długo przed postawieniem Sharpa w stan oskarżenia znacznie zmalała aktywność bojowa sierżanta. Czasami tak wyraźnie unikał walki, że wolałby zaryzykować odmowę wykonania rozkazu niż własną skórę. Gdyby nie oddano go pod sąd za kradzież, nielegalny handel, narkotyki oraz gwałty, prawdopodobnie wkrótce zostałby oskarżony o dezercję i inne występki wypływające z jego rosnącego tchórzostwa. Mógł sobie gadać o zemście w kraju, za bardzo się bał o własną dupę. Po drugie, Benny nie martwił się, co z nim będzie po powrocie do domu, ponieważ na dobre i na złe zaciągnął się na tę wojnę do samego jej końca, a to oznaczało, że wróci raczej w trumnie. A wtedy niestraszna byłaby mu zemsta Ansona Sharpa, o ile oczywiście naprawdę by czekał. Teraz, idąc po zboczu przez ciemny las i widząc już w oddali pierwsze zabudowania przykucnięte wśród drzew, Ben zastanawiał się, jak zdegradowany i w niesławie wyrzucony z wojska Anson Sharp mógł zostać agentem DSA. Zwykle człowiek, który raz zszedł na złą drogę, kontynuuje osuwanie się na dno. Do tej pory Sharp powinien mieć już na koncie ze dwie odsiadki za przestępstwa kryminalne. W najlepszym razie Ben mógł się spodziewać, że były sierżant będzie siedział cicho niczym mysz pod miotłą, żeby nie zwracać na siebie uwagi władz, i wymazywał nieuczciwe życie steranego weterana. Ale nawet gdyby „wyczyścił” swoje akta, nie mógł zatrzeć sprawy niesławnego wydalenia z armii. Tak zdyskredytowanego człowieka powinno się z miejsca odrzucić przy staraniach o pracę w jakiejkolwiek agencji rządowej, zwłaszcza takiej jak DSA, gdzie obowiązują przecież bardzo wysokie kryteria kwalifikacyjne.
Jak udało mu się tam wkręcić? Ben nie przestawał się dziwić.
Trawiąc ten problem, przeskoczył drewniany parkan i ostrożnie okrążył jednopiętrowy, częściowo murowany domek letniskowy, kryjąc się za drzewami i zaroślami. Gdyby ktoś wyjrzał przez okno i zobaczył mężczyznę z karabinem w jednej ręce i dużym rewolwerem wetkniętym z tyłu za pas, niewątpliwie zaraz wezwałby policję.
Zakładając, że Sharp nie kłamał, podając się za oficera DSA, a nie miał żadnego powodu, by kłamać, należało się zastanowić, jak daleko zdołał zajść w agencji. Poza tym przydzielenie go akurat do sprawy, w którą zamieszany był Ben, wydawało się nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności. Za dużo bardziej wiarygodne uznał Ben swoje podejrzenie, iż Sharp – zapoznawszy się z aktami pani Leben – odkrył jej powiązania ze swym starym i prawie zapomnianym wrogiem. Wtedy sam tak wszystko zorganizował, żeby śledztwo przydzielono właśnie jemu. Dostrzegł szansę załatwienia długo odwlekanej zemsty i uchwycił się jej. Ale na pewno zwykły agent nie miał możliwości wyboru sprawy do prowadzenia, a to znaczy, że Sharp musiał zajmować na tyle wysoką pozycję, by samemu planować sobie działania. Co gorsza, był zapewne tak dobrze ustawiony, że mógł sobie pozwolić na strzelanie do człowieka, który go niczym nie sprowokował, i oczekiwać, że uda mu się zatuszować morderstwo popełnione w biały dzień na oczach swego współpracownika.