Выбрать главу

Anson Sharp zaczął górować nad wszystkimi niebezpieczeństwami, które czyhały teraz na Bena i Rachael. Mężczyzna poczuł się tak, jakby znów był na wojnie; wtedy pociski leciały na człowieka, gdy się tego najmniej spodziewał, z najbardziej nieprawdopodobnych źródeł i kierunków. Tym samym było obecne pojawienie się Ansona Sharpa: ogniem z zaskoczenia. Przy trzecim domu Ben nieomal wpadł na czterech chłopców bawiących się w wojnę. Dobrze się pochowali i Shadway w ostatniej chwili zauważył, że jeden z nich wyskakuje z ukrycia i „strzela” do drugiego z korkowca. Po raz pierwszy w życiu Ben przeżył „powrót pamięci” w czasy wojny, który prasa opisuje zawsze jako psychiczną dolegliwość każdego weterana. Mężczyzna upadł i przeturlał się za nisko rosnące zarośla dereniowe. Tam leżał przez chwilę, słuchając szybkiego bicia swego serca i przez pół minuty powstrzymując się od krzyku. Wreszcie atak ustąpił.

Chłopcy nie zauważyli go. Ben zaczął się czołgać – to na brzuchu, to na kolanach, kryjąc się zrazu za dereniami, a potem w cieniu dzikich azalii i skał wapiennych, gdzie – niczym ostrzeżenie – leżała na ziemi martwa, wyschnięta wiewiórka. Następnie przebiegł niewielkie wzniesienie pokryte ostrymi chwastami, które podrapały mu twarz, i skrył się pod kolejnym parkanem.

Pięć minut później, prawie czterdzieści minut po ucieczce z domu Erica Lebena, przedarł się wreszcie przez porośnięte krzakami zbocze do suchego kanału, który ciągnął się wzdłuż drogi nad jeziorem.

Czterdzieści minut, na miłość boską! Jak daleko mogła się Rachael przemieścić w tym czasie po niegościnnej pustyni? Nie, nie może o tym myśleć. Musi iść naprzód.

Przykucnął na chwilę wśród wysokich chwastów, złapał oddech i wstał, rozglądając się na boki. Nie zobaczył nikogo ani nic. Droga była pusta.

Zważywszy, że nie zamierzał wyrzucić ani karabinu, ani combat magnum, a wyglądał z nimi stanowczo podejrzanie, należało się cieszyć, że jest wtorek, godzina czternasta pięćdziesiąt pięć, o innej bowiem porze dnia ruch byłby znacznie większy. Rano jechaliby nad jezioro amatorzy sportów wodnych, wędkarze i plażowicze, a późnym popołudniem ci sami ludzie wracaliby do domów. Ben był również zadowolony, że to nie weekend, kiedy – niezależnie od godziny – drogą jechałyby tysiące aut.

Stwierdził, że usłyszy nadjeżdżający samochód, zanim się on pojawi, i będzie miał dość czasu na ukrycie się. Wyszedł więc z rowu i ruszył poboczem na północ w nadziei, że znajdzie pojazd, który można by sobie przywłaszczyć.

27

W trasie

O czternastej pięćdziesiąt pięć Rachael minęła przełęcz El Cajon i znajdowała się szesnaście kilometrów na południe od Victorville i siedemdziesiąt dwa kilometry od Barstow.

To był ostatni odcinek autostrady, na którym można było jeszcze dostrzec wyraźne ślady cywilizacji. Ale nawet tutaj, z wyjątkiem samego Victorville oraz paru domów i sklepów znajdujących się między tym miasteczkiem a Hespearia oraz Apple Valley, widać było głównie rozległe puste przestrzenie, pokryte białym piaskiem, wyżłobionymi przez erozję skałami, uschniętymi karłowatymi drzewami, kaktusami i inną pustynną roślinnością. Na tym prawie pięciusetkilometrowym odcinku między Barstow a Las Vegas znajdują się właściwie tylko dwa przystanki – Calico, miasteczko widmo z kilkoma restauracyjkami, warsztatami samochodowymi, stacjami benzynowymi i jednym albo dwoma motelami, oraz Baker, które mignęło Rachael w przelocie niczym fatamorgana, zupełna dziura, stanowiąca jednak wrota do narodowej dumy – Doliny Śmierci. Po drodze były też Halloran Springs, Cal Neva i Stateline, ale żadna z tych osad nie kwalifikowała się do rangi miasteczka. Liczba mieszkańców jednego z tych osiedli wynosiła mniej niż pięćdziesiąt osób. Tu gdzie zaczynała się wielka pustynia Mojave, ludzkość mogła jeszcze dominować nad jałową ziemią, ale za Barstow rządziła już tylko przyroda.

Gdyby Rachael tak bardzo nie martwiła się o Bena, na pewno delektowałaby się pięknym pejzażem, siłą i niezawodnością swojego mercedesa oraz poczuciem wolności, które zawsze podtrzymywało ją na duchu podczas jazdy przez Mojave. Ale teraz bez przerwy myślała o nim i żałowała, że zostawiła go samego. Już zapomniała o jego argumentach, które przekonały ją do takiego planu. Zastanawiała się, czy nie zawrócić, ale doszła do wniosku, że zanim dojedzie do Arrowhead, Bena może tam już dawno nie być. Zapewne wpadłaby wtedy prosto w ręce policji, tak więc wciąż gnała w stronę Barstow z prędkością stu kilometrów na godzinę.

Osiem kilometrów przed Victorville usłyszała dziwne głuche walenie, które dochodziło jakby spod samochodu: cztery lub pięć ostrych uderzeń, potem cisza. Zamarła, przerażona perspektywą awarii samochodu. Zwolniła do osiemdziesięciu, potem do sześćdziesięciu kilometrów na godzinę i przez dłuższy czas uważnie nasłuchiwała.

Tarcie opon po nawierzchni. Delikatny warkot silnika. Szum klimatyzacji. Żadnych stuknięć.

Ponieważ niepokojące dźwięki nie powtórzyły się, przyspieszyła do setki, ale doszedłszy do wniosku, że stukanie występuje właśnie – przy większej prędkości, wciąż nasłuchiwała. Kiedy po jakimś czasie nie usłyszała żadnych odgłosów, stwierdziła, że widocznie musiała trafić na dziury w jezdni. Wprawdzie nie widziała żadnych dziur ani też nie przypominała sobie, żeby mercedes podskakiwał na wybojach, jednakże żadne inne wyjaśnienie nie przyszło jej do głowy. Zawieszenie i amortyzacja były w samochodzie pierwszorzędne, co zapewne zminimalizowało skutki wstrząsu do kilku podskoków, na które nie zwróciła uwagi, wystraszona dziwnymi dźwiękami.

Po przejechaniu kilku kilometrów Rachael wciąż była zdenerwowana. I chociaż nie spodziewała się raczej, że wkrótce cały pojazd rozpadnie się z hukiem albo że silnik eksploduje, to jednak bała się, że wystąpią jakieś kłopoty, które opóźnią jej przybycie do Vegas. Tymczasem mercedes sprawował się jak na jego klasę przystało, toteż po pewnym czasie kobieta odprężyła się, a jej myśli znów popłynęły w kierunku Bena.

Wprawdzie zielony chevrolet w wyniku zderzenia z niebieskim fordem został uszkodzony, jednakże nie na tyle, by utracił zdolność do wykonywania swych podstawowych funkcji. Tak więc z wygiętym błotnikiem i stłuczonymi reflektorami Peake kontynuował jazdę w dół. Najpierw piaszczystym traktem, potem żwirową aleją, następnie drogą o nawierzchni tłuczniowej i wreszcie szosą stanową, która okrążała jezioro. Sharp siedział obok niego i lustrował otaczający ich las. Pistolet z tłumikiem trzymał na kolanach. Jak niedawno stwierdził, miał absolutną pewność, że Shadway uciekł w drugą stronę, daleko od drogi, niemniej jednak należało zachować czujność.

Peake spodziewał się, że w każdej chwili kula przebije boczną szybę i zabierze go z tego świata. Ale dojechał do samego jeziora cały i zdrowy.

Jeździli tam i z powrotem, aż zauważyli sześć aut zaparkowanych rzędem przy drodze. Pojazdy należały zapewne do wędkarzy, którzy przez zarośla przedostawali się stąd nad wodę, w swoje ulubione, trudno dostępne miejsca. Sharp założył, że Shadway zejdzie z gór od południa i, kierując się na północ, spróbuje zbliżyć się do samochodów, które widział zapewne w drodze do Arrowhead. Możliwe, że w ogóle nie wyjdzie z lasu, tylko będzie szedł po dnie jednego z kanałów, biegnących równolegle do drogi, a odsłoni się dopiero w chwili kradzieży samochodu. Peake zaparkował za ostatnim autem w rzędzie, brudnym i zdezelowanym dodge’em station wagon, podjeżdżając mu prawie pod sam zderzak, aby nadchodzący z drugiej strony Shadway nie zobaczył chevroleta.