Выбрать главу

Jeśli na następnym postoju nie usłyszy żadnych głosów, wyskoczy z bagażnika w ciągu paru sekund, wystarczająco szybko, żeby Rachael nie zdążyła się zorientować, o co chodzi.

Podczas gdy Rachael tankowała benzynę, leżący spokojnie i cierpliwie Eric zaczął badać dłońmi swoją twarz. Wydawało mu się, że odkrył nowe zmiany, zmiany, których nie było jeszcze w Arrowhead. Podobne wrażenie odniósł dotykając szyi, ramion i reszty ciała. Wyglądało na to, że jego budowa zaczynała zasadniczo odbiegać od standardów.

Nagle wyczuł pod palcami coś na kształt… łuski. Wstrząsnął nim zimny dreszcz i zaczął szczękać zębami. Szybko przestał się dotykać.

Ale chciał wiedzieć, co się z nim dzieje. Z drugiej strony bał się tej wiedzy. Potrzebował jej jednak. Nie, nie zniósłby takiej prawdy.

Nieśmiało podejrzewał, że po celowym zmodyfikowaniu części własnego materiału genetycznego zachwiał równowagę nie znanych człowiekowi – i chyba nawet niemożliwych do poznania – życiowych procesów chemicznych oraz sił witalnych organizmu. Ten brak równowagi nie był poważny do czasu jego śmierci. Potem zmodyfikowane komórki zaczęły zachowywać się niezgodnie z jakimkolwiek scenariuszem. „Zdrowiały” z nienaturalną wprost szybkością. Ich aktywność, wyrażająca się w obezwładniającym zalewie produkowanych przez nie hormonów wzrostu oraz protein, niejako rozluźniała węzły stabilności genetycznej i osłabiała biologiczny mechanizm regulacji tej – z założenia – bardzo powolnej, umiarkowanej ewolucji. Teraz rozwój następował w alarmującym tempie. Może nawet nie był to rozwój, lecz cofanie się. Wszak jego ciało pragnęło przetworzyć się w prehistoryczną formę, przechowywaną w pamięci genetycznej rasy ludzkiej przez dziesiątki milionów lat i wciąż istniejącą u każdego człowieka. Wiedział, że jego umysł oscyluje między współczesnym mu i znanym intelektem Erica Lebena a obcą świadomością różnych prymitywnych stanów ludzkości. Bał się, że tak umysłowo, jak i fizycznie cofnie się do jakiejś dziwacznej formy, tak dalece odległej od normalnego człowieka, iż przestanie istnieć jako Eric Leben, a jego osobowość na zawsze rozpłynie się w prehistorycznej – małpiej albo gadziej – świadomości.

To wszystko przez nią, to ona go zabiła, wyzwalając proces odpowiedzialny za genetyczne zmiany w jego komórkach. Pragnął zemsty, pragnął aż do bólu. Chciał rozpruć babie brzuch i wypruć parujące flaki, chciał wydłubać jej oczy i podziurawić głowę. Chciał rozorać pazurami tę śliczną buźkę, ten zadowolony z siebie nieprzyjazny ryj, odgryźć jej język, a potem przenieść swe usta na tryskające krwią rany i pić, pić…

Znów wstrząsnął nim dreszcz, ale tym razem był to dreszcz pierwotnej żądzy, drgawki nieludzkiej przyjemności i podniecenia.

Po napełnieniu baku Rachael powróciła na autostradę i Eric znów zapadł w swój podobny do transu stan. Tym razem jego myśli były dziwniejsze, bardziej nierzeczywiste od tych, które poprzednio chodziły mu po głowie. Teraz widział siebie, jak biegnie susami poprzez mgłę, a jego sylwetka jest ledwie na wpół wyprostowana. Na horyzoncie wyrastają parujące górskie szczyty, a niebo jest tak jasne i czyste, jakiego nie widział w swym życiu. A jednak obraz ten był mu już znany, podobnie jak obce, lśniące rośliny, których Eric Leben nigdy przedtem nie spotkał, ale zetknęła się z nimi przebywająca w jego wnętrzu inna istota. Potem cofnął się do pozycji zupełnie poziomej, stracił ludzkie kształty, ślizgał się brzuchem po ciepłej, wilgotnej powierzchni ziemi, wspinał na próchniejący gąbczasty pień, chwytał go długimi palcami u nóg, ściągając przy tym korę wraz z próchnem i odsłaniając olbrzymie gniazdo wijących się larw, w które zanurzy swój głodny pysk…

Uniesiony mrocznym, dzikim podnieceniem, zaczął tupać w boczną ścianę bagażnika i czynność ta błyskawicznie wyzwoliła go od ponurych obrazów i myśli, które wypełniały jego umysł. Zdał sobie sprawę, że tupanie może zaniepokoić Rachael, więc natychmiast przestał. Miał nadzieję, że było to tylko kilka puknięć.

Samochód zwolnił i Eric zaczął szukać w ciemności śrubokrętu na wypadek, gdyby trzeba było szybko otworzyć zamek i wyskoczyć z bagażnika. Ale zaraz potem powrócili do normalnej prędkości – Rachael nie domyśliła się przyczyny stukania – i Eric ponownie zapadł w bagno pierwotnych wspomnień i żądzy.

Teraz, kiedy umysłowo unosił się gdzieś w odległym miejscu, powrócił proces przemian fizycznych. Mroczny bagażnik był niczym łono, w którym tworzył się i rozwijał płód niewyobrażalnego mutanta; tworu, który stanowił na Ziemi coś starego i nowego zarazem, tworu, którego czas już przeminął, ale również jeszcze nie nadszedł.

Ben domyślił się, że agenci mogą go podejrzewać o chęć kradzieży jednego spośród sznura samochodów zaparkowanych na poboczu po stronie jeziora. Na pewno będą tam na niego czekać. Co więcej, mogli założyć, że nadejdzie z południa, chowając się – gdyby wędrówkę uniemożliwiał mu ruch pojazdów – do przydrożnego rowu. Mogli też pomyśleć, że został na wschodnim stoku, nie przechodząc na drugą stronę szosy, i szedł ostrożnie na północ, kryjąc się wśród drzew i zarośli. Na pewno jednak nie wpadli na myśl, że Ben przejdzie przez jezdnię na zachodnią stronę – zbliżając się do jeziora – i ruszy na północ pod osłoną lasu, aby ostatecznie wyjść przy zaparkowanych samochodach, ale od tyłu.

Rozumował poprawnie. Najpierw przeszedł pewien odcinek w kierunku północnym, mając po lewej ręce jezioro, a po prawej autostradę. Potem pokonał dzielącą go od niej skarpę, ostatnie metry czołgając się ostrożnie na brzuchu. Wyjrzał na drogę, odwrócił głowę w prawo i zobaczył zaparkowane samochody. Na przednim siedzeniu ciemnozielonego sedana marki Chevrolet czaiło się dwóch mężczyzn. Podjechali tak blisko do dodge’a station wagon, że – gdyby zamiast wyjść z drugiej strony, nadszedł od południa – na pewno nie zobaczyłby ich. Obaj patrzyli przed siebie, obserwując przez szyby stojących przed nimi samochodów geometrycznie obramowane kawałki dwupasmowej autostrady.

Ben cofnął się, przewrócił na plecy i przez minutę leżał nieruchomo na zboczu. Materacem były mu opadłe z sosen igły, wyschnięty rajgras i bliżej nie określone rośliny o jaskrawych liściach, podobne do rosnących na tym obszarze ziół. Kładąc się na nich nie martwił się, że – zgniecione – mogą poplamić swym chłodnym sokiem jego koszulę i spodnie. Był już dosyć brudny po szaleńczej ucieczce przez ten las, z domu Erica Lebena aż do autostrady.

Ponieważ wsunięty za pas combat magnum uwierał go przeraźliwie w plecy, Ben przekręcił się lekko na bok. Choć niewygodna w noszeniu, broń zapewniała mu jednak bezpieczeństwo.

Był pewien, że obaj pasażerowie chevroleta czekają właśnie na niego. Kusiło go, by pójść dalej na północ i znaleźć gdzieś nie strzeżony samochód. Wtedy ukradłby go i odjechał, zanim agenci zorientują się, że czekają na darmo.

Z drugiej jednak strony nie miał pewności, czy znajdzie w ogóle jakiś pojazd zaparkowany poza zasięgiem wzroku swego właściciela.

A już na pewno Sharp razem z tym drugim nie będą tu siedzieć zbyt długo. Jeśli w najbliższym czasie nie zobaczą Bena, dojdą do wniosku, że się przeliczyli. Zaczną wtedy jeździć po szosie tam i z powrotem, zatrzymując się co pewien czas, by wyskoczyć na boki i przeczesać zarośla. Chociaż w „te klocki” był dużo lepszy od nich, nie mógł ręczyć, że nie uda im się zaskoczyć go gdzieś wzdłuż trasy.