Ben popatrzył najpierw na jedne, potem na drugie buty. Miał nadzieję, że nie będzie musiał akurat kichnąć, zakasłać czy puścić wiatrów.
– On strzelał w opony. Widzisz? Po co miałby niszczyć nasz środek transportu, gdyby chciał nas zabić?
– Przestrzelił przednią szybę – argumentował Peake. – Tak, ale my byliśmy pochyleni, poza linią strzału, i Shadway wiedział, że nic nam się nie stanie. Powiem ci coś: ten pieprzony obrońca uciśnionych to dupa wołowa niezdolna skrzywdzić muchy. Strzeliłby do człowieka tylko w ostateczności, i nigdy jako pierwszy. Gdyby zależało mu na tym, żeby nas zabić, to miał nas jak na widelcu, kiedy leżeliśmy w samochodzie. Z jednej albo drugiej strony mógł nas powystrzelać przez szybę w ciągu dwóch sekund. Przemyśl to, Peake.
Przez chwile obaj milczeli. Peake zapewne przemyśliwał.
Ben zastanawiał się, o czym myśli Sharp. Miał nadzieję, że nie zna Skradzionego listu Edgara Allana Poe. Chyba jednak nie zachodziło takie niebezpieczeństwo, bo Sharp nie sprawiał wrażenia człowieka, który w swym życiu czytał coś więcej niż magazyny dla skinów.
– Schował się w lesie – rozstrzygnął ostatecznie Sharp, odwracając się tyłem do samochodu, pod którym leżał Benny. – W lesie od strony jeziora. Założę się, że nas obserwuje. Czeka, co teraz zrobimy.
– Musimy wziąć inny samochód – doradził Peake.
– Nie, najpierw ty musisz pójść w stronę jeziora i spróbować wypłoszyć go z kryjówki.
– Ja?
– Tak, ty.
– Panie dyrektorze, chyba nie jestem do tego odpowiednio ubrany. Moje buty…
– Tu jest mniej poszycia niż wokół domu Lebena – powiedział Sharp. – Nic ci się nie stanie.
Peake zawahał się, po czym odezwał się:
– A co pan będzie w tym czasie robił?
– Stąd mam doskonały widok na wszystkie przecinki między drzewami – wyjaśnił Sharp. – Będąc tam w środku możesz go nie zauważyć, kiedy zacznie się cofać pod osłoną skał i zarośli. A tu popatrz – stąd widać wszystko. Na pewno zobaczę, jak się przemieszcza. A wtedy już ja załatwię sukinsyna!
Ben usłyszał dziwny odgłos, niczym odkręcanie wieczka ze słoika typu twist-off. Przez chwilę nie wiedział, co to jest, zanim zrozumiał, że Sharp zdejmuje tłumik.
Agent potwierdził to podejrzenie.
– Może karabin wciąż daje mu przewagę…
– Może? – spytał Peake rozbawiony.
– …ale nas jest dwóch, mamy dwa pistolety, a bez tłumika będzie większy zasięg. Startuj, Peake. Zejdź do lasu i wystaw mi go.
Peake wydawał się buntować, ale poszedł.
Ben czekał. Drogą przejechało kilka samochodów. Leżał w bezruchu, obserwując buty Sharpa. Po chwili agent odszedł na krok od samochodu. Dalej nie mógł, bo znalazłby się na pochyłym zboczu, które wiodło do lasu.
Kiedy w pobliżu przejeżdżał kolejny samochód, Ben wykorzystał warkot jego silnika jako osłonę, by – nie zwracając na siebie uwagi – wyjść spod dodge’a od strony kierowcy. Tam przyczaił się koło drzwi, chowając głowę pod linią okna. Teraz station wagon był między nim a Sharpem.
Trzymając strzelbę w jednej ręce, drugą odpiął koszulę i wyciągnął odłamek skały, który znalazł w lesie.
Po drugiej stronie Sharp poruszył się.
Ben zastygł w bezruchu i nasłuchiwał.
Agent najwyraźniej przemieścił się tylko wzdłuż skarpy, by nie stracić z oczu swego podwładnego.
Ben wiedział, że musi działać błyskawicznie. Gdyby przejeżdżał teraz jeszcze jeden samochód, siedzący w nim ludzie mieliby niezłe kino: facet w brudnym ubraniu trzyma w jednej ręce odłamek skalny, w drugiej karabin, a za pas ma wsunięty rewolwer. Kierowca na pewno zatrąbiłby, ażeby ostrzec Sharpa przed czającym się za nim szaleńcem.
Ben podniósł się i spojrzał poprzez wnętrze samochodu prosto na ciemię Sharpa. Gdyby ten odwrócił się teraz, jeden z nich musiałby zabić drugiego.
Shadway odczekał w napięciu chwilę, aż upewnił się, że uwaga Sharpa skoncentrowana jest na północno-zachodniej części lasu. Potem rzucił odłamek wysoko, z całych sił, daleko od głowy agenta, żeby świst nie wzbudził jego zainteresowania. Ben miał nadzieję, że kamień upadnie głęboko w lesie, nie uderzy za wcześnie o jakieś drzewo i że Sharp nie dostrzeże go w locie.
Ostatnio zbyt wiele opierało się u niego na „mam nadzieję” i na żarliwych modlitwach.
Nie czekając, co się stanie, znów przykucnął za samochodem i usłyszał, jak jego pocisk łamie gałęzie sosen lub krzaków, by wreszcie upaść z łoskotem.
– Peake! – wykrzyknął Sharp. – Za tobą, za tobą! Tędy! Ktoś się poruszył w tamtych zaroślach za rowem!
Ben usłyszał jakieś szuranie, szelest i trzask łamanych gałązek. To mógł być Sharp schodzący po skarpie do lasu. To zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, pomyślał Benny i podniósł się ostrożnie.
Zdumiewające, ale Sharp zniknął. Droga była pusta i tylko dla Bena. Przebiegł więc wzdłuż rzędu zaparkowanych pojazdów, sprawdzając drzwi; otwarte znalazł w czteroletnim chevette. Co prawda był to grat o jaskrawożółtej karoserii i zielonej tapicerce, ale w obecnej sytuacji Benny nie mógł przecież kierować się gustem.
Wsiadł i zamknął delikatnie drzwiczki. Wyciągnął zza pasa combat magnum kaliber 357 i położył go na siedzeniu w zasięgu ręki. Następnie kolbą karabinu tak długo uderzał w stacyjkę, aż wybił z kolumny kierowniczej płytkę zapłonu.
Ciekaw był, czy hałas rozlegający się wewnątrz pojazdu docierał do znajdujących się w lesie Sharpa i Peake’a.
Odłożył na bok remingtona, pośpiesznie wyciągnął na wierzch przewody zapłonu i, wciskając pedał gazu, połączył dwie gołe końcówki. Silnik parsknął, zaskoczył i zawarczał.
O ile Sharp mógł nie słyszeć walenia kolbą w stacyjkę, o tyle na pewno usłyszał, że jeden z samochodów rusza. Wiedział, co to oznacza, i bez wątpienia wspinał się już gorączkowo na skarpę, po której niedawno zszedł do lasu.
Ben zwolnił ręczny hamulec, wrzucił bieg i wyjechał na trasę. Skierował się na południe, gdyż w takim kierunku zaparkowano samochód, a nie było czasu na zawracanie.
Z tyłu rozległ się huk wystrzału.
Zacisnął usta i, spoglądając we wsteczne lusterko, wtulił głowę w ramiona. Zobaczył Sharpa, słaniającego się na nogach gdzieś między dodge’em a sedanem, na środku drogi, skąd mógł lepiej mierzyć.
– Za późno, frajerze – powiedział Ben, wciskając pedał gazu do samej podłogi.
Chevette parsknął, jakby był chorym na gruźlicę, kulawym, starym koniem pociągowym, któremu zaproponowano udział w Kentucky Derby.
Nagle usłyszał, jak druga kula trafia w tylny zderzak, a może błotnik. Przeciągły jęk dziurawionej blachy zabrzmiał jak wyrażany przez zdziwiony samochód okrzyk boleści.
Chevette zatrzymał się, charcząc i trzęsąc, ale w końcu pomknął do przodu, zostawiając za sobą chmurę niebieskiego dymu.
Patrząc we wstecznym lusterku na Sharpa, Benny zobaczył, że agent robi się coraz mniejszy, jakby był diabłem, schowanym w oparach piekielnych dymów do Hadesu. Możliwe, że jeszcze raz strzelił, ale nic nie było słychać poprzez rzężenie silnika.
Droga wznosiła się najpierw, potem opadała, dalej skręcała w prawo i znów opadała. Ben zwolnił trochę. Pamiętał o zastępcy szeryfa, który zainteresował się nimi koło sklepu ze sprzętem sportowym i bronią. Stróż prawa mógł krążyć po okolicy. Benny pomyślał, że gubiąc Sharpa wykorzystał już swój limit szczęścia i teraz, przekraczając dozwoloną prędkość w pragnieniu oddalenia się od Arrowhead, prowokowałby tylko los. W końcu miał na sobie podejrzanie brudną odzież, prowadził kradziony samochód, był uzbrojony w karabin i rewolwer, gdyby więc został zatrzymany za jazdę z nadmierną prędkością, nie mógł oczekiwać, że skończy się na mandacie.