Выбрать главу

Najważniejsze, że znów był w drodze. Teraz musiał spotkać się z Rachael – albo na międzystanowej „piętnastce”, albo już w Vegas.

Rachael nic się nie stanie. Był pewien, że nic się jej nie stanie.

Białe chmury osiadały coraz niżej na błękitnawym niebie. Stawały się coraz gęstsze. Krawędzie wielu z nich były szare jak metal.

Las po obu stronach drogi pogrążał się w coraz większym mroku.

28

Pustynny żar

Rachael dojechała do Barstow we wtorek o piętnastej czterdzieści. Zamierzała zjechać z „piętnastki”, by coś przekąsić; rano jadła tylko kanapkę z jajkiem, a potem dwa małe batony, które kupiła na stacji benzynowej przed wjazdem na tę autostradę. Poza tym poranna kawa i niedawno wypita coca-cola zrobiły swoje: Rachael zaczęła odczuwać niepohamowaną potrzebę skorzystania z toalety. Postanowiła jednak, że nie będzie się zatrzymywać. Barstow było na tyle duże, że mógł się tu znajdować komisariat policji, a także oddział patroli autostrad. Chociaż istniała mała szansa, że spotka jakichkolwiek przedstawicieli władzy i zostanie przez nich rozpoznana jako niesławna zdrajczyni ojczyzny, o której mówi się w radiu, to jednak głód i parcie na pęcherz były zbyt błahymi powodami do podjęcia takiego ryzyka.

Na tym samotnym odcinku autostrady między Barstow a Vegas powinna być w zasadzie bezpieczna. Rzadko się tu trafiały patrole, więc ryzyko zatrzymania jej za przekroczenie prędkości było niewielkie. Wszystkie samochody jechały z prędkością stu dwudziestu – stu trzydziestu kilometrów na godzinę, toteż i Rachael rozpędziła mercedesa do stu dwudziestu. Co pewien czas ktoś ją wyprzedzał, wskutek czego nabrała pewności, że nawet gdyby pojawił się jakiś wóz policyjny, to najpierw zatrzyma kogoś innego.

Pamiętała, że w odległości około czterdziestu pięciu kilometrów znajdował się parking z sanitariatami. Tyle jeszcze wytrzyma. Jeśli zaś chodzi o jedzenie, to nic się nie stanie, jeśli zje dopiero kolację po przyjeździe do Vegas.

Od kiedy wyjechała z przełęczy El Cajon, Rachael spostrzegła, że im dalej zapuszcza się w pustynię Mojave, tym więcej przybywa chmur i tym ciemniejsze staje się niebo. Najpierw wszystkie obłoki były białe, potem ich brzegi zaczęły pokrywać się szarością, by wreszcie poszarzeć całkowicie i przyozdobić się ciemnymi smugami. Opady nieczęsto nawiedzały pustynię, ale latem niebiosa potrafiły się czasami otworzyć i spuścić na jałową ziemię niewyobrażalne ilości wody, jakby chciały powtórzyć biblijny potop. Wprawdzie ze względu na to niebezpieczeństwo autostrada przebiegała po nasypie, a wokół niej wykopano specjalne rowy, co pewien jednak czas znaki ostrzegały przed „nagłymi ulewami”. Rachael nie bała się samego deszczu, ale tego, że wymusiłby znaczne ograniczenie prędkości, a bardzo chciała znaleźć się w Vegas między osiemnastą piętnaście a osiemnastą trzydzieści.

Nie będzie się czuła ani trochę bezpieczna, dopóki nie dotrze do zamkniętego motelu Bena. I nie poczuje się całkowicie bezpieczna, dopóki on nie pojawi się w pokoju, nie zasunie zasłon i nie odizoluje ich od świata.

Parę minut po opuszczeniu Barstow Rachael minęła zjazd do Calico, przy którym znajdowały się ostatnie stacje benzynowe, warsztaty, motele i restauracje. Teraz leżało przed nią nie zamieszkane pustkowie. Do najbliższej ludzkiej osady, malutkiego Baker, było dziewięćdziesiąt kilometrów. Autostrada i jadące po niej samochody stanowiły jedyny dowód na to, że Ziemia jest jednak zaludnioną planetą, a nie sterylnym, pozbawionym życia kawałkiem skały, krążącym cicho po swej orbicie w morzu zimnej przestrzeni kosmicznej.

Ruch był niewielki, jak w każdy wtorek, i przeważały samochody ciężarowe. Od czwartku do poniedziałku dziesiątki tysięcy ludzi przemieszczały się tędy do i z Las Vegas. W każdy piątek i sobotę ruch wzrastał tak bardzo, że na tym jałowym pustkowiu, którego wygląd nie zmienił się od dwustu milionów lat, wydawał się rażącym anachronizmem pomyłką w chronologii, która naraz cofnęła wszystkich tych podróżnych w erę mezozoiczną. Teraz jednak bardzo często mercedes Rachael był jedynym pojazdem na autostradzie.

Jechała przez ten wysuszony obszar pełen gołych wzgórz i kamienistych równin, gdzie sterczały w niebo białe, szare i umbrowe skały niczym odsłonięte żebra, obojczyki, łopatki, strzałki, kości promieniowe, łokciowe, biodrowe, udowe oraz kości stóp, jakby ziemia ta była cmentarzyskiem gigantów z minionych epok, a wicher otworzył ich groby. Pustynne drzewka o szerokich elipsowatych liściach, przypominające posągi wielorękiego boga Siwy, oraz charakterystyczne dla wyższych partii pustyni kaktusy nie występowały na tych niżej położonych i gorętszych obszarach. Wegetacja ograniczała się do paru bezwartościowych gatunków karłowatych drzewek oraz rosnących gdzieniegdzie w niewielkich kępkach suchych, brązowych traw. Na Mojave dominował piasek, skały, alkaliczne równiny i pokłady zakrzepłej lawy. Na północy widać było odległe pasmo gór Calico, a jeszcze dalej za nimi wyrastały majestatycznie zza horyzontu szkarłatne Góry Granitowe, na południowym wschodzie zaś znajdowały się góry Cady. Wszystkie wyglądały na potężne, strome monolity gołego i ponurego kamienia.

O szesnastej dziesięć dojechała do przydrożnego parkingu, o którym przypomniała sobie, kiedy postanowiła nie zatrzymywać się w Barstow. Zwolniła, zjechała z autostrady i wjechała na olbrzymi, pusty plac. Zatrzymała się przed parterowym domkiem z płyt betonowych, w którym znajdowały się toalety. Z prawej strony stała niewielka altana, osłonięta przed słońcem grubą metalową kratą, zawieszoną na czterech trzymetrowej wysokości słupach. W środku znajdowały się trzy stoły do spożywania posiłków. Nie było tu żadnej trawy czy innej roślinności, tylko czysty piasek i niebieskie puszki na odpadki z pokrywami, na których dużymi białymi literami wypisano grzeczne życzenie: PROSZĘ NIE ŚMIECIĆ.

Rachael wysiadła z mercedesa; zabrała ze sobą tylko kluczyki i torebkę. Broń i pudełka z amunicją zostawiła ukryte pod siedzeniem, gdzie wsunęła je, zjeżdżając na stację benzynową. Bardziej z przyzwyczajenia niż konieczności zamknęła drzwi na kluczyk.

Przez chwilę patrzyła na niebo, które w dziewięćdziesięciu procentach pokryte było stalowoszarymi chmurami, jak gdyby wdziewało na siebie zbroję. Dzień jednak pozostawał wciąż upalny, temperatura wynosiła około trzydziestu-trzydziestu pięciu stopni, chociaż dwie godziny wcześniej – zanim nadciągnęły chmury – musiała być dużo wyższa, nawet o dziesięć stopni.

Po autostradzie przejechały dwie olbrzymie ciężarówki, gnając na wschód i rozdzierając pustynną ciszę. Gdy przemknęły, zapadła jeszcze głębsza, dzwoniąca w uszach cisza.

W drodze do damskiej toalety Rachael dostrzegła tablicę ostrzegającą podróżnych przed grzechotnikami. Zapewne lubiły wygrzewać się na rozgrzanych słońcem betonowych płytach.

W toalecie było gorąco, jedyną wentylację stanowiły okna bez szyb, umieszczone wysoko w ścianie i zaopatrzone w drewniane żaluzje. Przynajmniej jednak regularnie ją sprzątano. W przybytku unosił się zapach środków dezynfekcyjnych o aromacie sosnowych igieł. Rachael wyczuła także niemiłą woń betonu zanadto rozgrzanego na palącym słońcu.

Eric budził się powoli z głębokiego, sugestywnego snu – a może niewyobrażalnej, prehistorycznej pamięci gatunkowej – gdzie był czymś odmiennym od człowieka. Pełzał wewnątrz jakiejś nory o chropowatych ścianach, ale nie była to jego nora, lecz innego stworzenia. Czołgał się głębiej i głębiej, kierowany zapachem piżma, w przeświadczeniu, że gdzieś w tym mrocznym tunelu odnajdzie i pożre ukryte ciepłe jaja. Para żarzących się pomarańczowym blaskiem oczu była pierwszym sygnałem, że musi powściągnąć swe zamiary. Ciepłokrwiste futerkowe stworzenie, dobrze uzbrojone w kły i pazury, rzuciło się na niego, by bronić swego podziemnego gniazda. Niespodziewanie stał się uczestnikiem dzikiej walki, przerażającej i radosnej zarazem. Wypełniła go zimna, gadzia wściekłość. Zapomniał o głodzie, który kazał mu szukać tych jaj. W ciemności szarpał się, gryzł i drapał ze swym przeciwnikiem. Nagle zasyczał, a ten drugi pisnął i prychnął. W sumie zadał więcej bolesnych ran, niż sam otrzymał, a norę wypełniła podniecająca woń krwi, fekaliów i uryny…