Выбрать главу

Odzyskawszy ludzką świadomość, Eric zrozumiał, że samochód stoi. Nie wiedział jednak, kiedy się zatrzymał – może przed minutą lub dwiema, a może przed paroma godzinami. Walcząc z hipnotyzującymi siłami, które chciały na powrót wciągnąć go do krainy snów, pragnąc znów znaleźć się w rzeczywistym, znajomym świecie przemocy, pierwotnych żądz i przyjemności, przygryzł dolną wargę, aby rozjaśnić swój umysł. Zaniepokojony, choć przygotowany na to, zauważył, że ma znacznie ostrzejsze zęby niż dotychczas. Przez chwilę nasłuchiwał, ale z zewnątrz nie doszły go żadne głosy ni dźwięki. Nie wiedział, czy są już w Vegas, czy może mercedes – zgodnie z poleceniem Shadwaya – stoi teraz na parkingu przed motelem.

Zimna, nieludzka wściekłość, którą czuł we śnie, wciąż w nim tkwiła, choć przeniosła się z żyjącego w podziemnych norach, małego bursztynowookiego ssaka na Rachael. Nienawiść do niej obezwładniała go. Pragnienie, by dostać ją w swoje ręce, rozpruć jej gardło i wybebeszyć, graniczyło z szaleństwem.

W ciemnym jak noc wnętrzu bagażnika zaczął szukać śrubokrętu. Choć nie docierało tam więcej światła niż przedtem, Eric widział już nieco lepiej. I jeśli wzrokiem nie odbierał wyraźnie wszystkich wymiarów swej styksowej celi, to bez wątpienia mógł je uchwycić jakimś nowym, szóstym zmysłem. W każdym razie miał podprogową świadomość pozycji i znamiennych cech każdej metalowej ściany. Czuł również, że śrubokręt leży przy jednej z nich, na wysokości jego kolan. Kiedy zgiął się, by sprawdzić wiarygodność tego wrażenia, jego dłoń trafiła dokładnie na rowkowany uchwyt z pleksiglasu.

Otworzył śrubokrętem klapę bagażnika. Do środka wlało się światło. Przez chwilę raziło go w oczy, ale zaraz przywykł do jasności. Pchnął klapę w górę. Zdumiał się, widząc pustynię. Wyszedł z bagażnika.

Rachael umyła ręce nad umywalką – była ciepła woda, ale brakowało mydła – po czym wysuszyła je pod suszarką, zastępującą papierowe ręczniki.

Wyszła z toalety, a ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nią. Z ulgą zauważyła, że w tym czasie żaden grzechotnik nie rozłożył się na rozgrzanych betonowych płytach, po których miała przejść. Z niepokojem natomiast spostrzegła otwarty bagażnik samochodu.

Zatrzymała się i zmarszczyła brwi. Nawet jeśli klapa nie była zamknięta na kluczyk, to zamek nie mógł przecież otworzyć się sam.

I nagle doznała olśnienia: to Eric!

Jakby na potwierdzenie jej domysłu, zza węgła, w odległości kilkunastu metrów od niej, wyszedł Eric. Utkwiła w nim swe spojrzenie, jakby chcąc go przykuć do miejsca, w którym stał, równie silnie jak wzrok Erica paraliżował ją.

To był Eric, ale jakby nie ten sam.

Przestraszona, patrzyła wciąż na niego, nie wierząc własnym oczom. Taka zdumiewająca metamorfoza jest przecież niemożliwa! Zrozumiała jednak, że to manipulacje strukturą genetyczną organizmu doprowadziły do tych potwornych zmian. Ciało Erica było najwyraźniej zdeformowane, ale ponieważ miał na sobie ubranie, trudno było dokładnie określić, co się z nim stało. Najbardziej rzucały się w oczy niekształtne kolana, biodra oraz garb; koszula w szkocką kratę pruła się w szwach, nie mogąc pomieścić wielkiej narośli na jego plecach. Ręce wydłużyły mu się o kilka centymetrów, co podkreślały za krótkie rękawy. Jego niepodobne do ludzkich dłonie, nakrapiane żółto-brązowoszarymi plamami, z dziwnymi gruzowatymi kostkami były potężne i budziły strach. Sprawiały wrażenie giętkich i chwytliwych jak u zwierząt, a ich wydłużone, kościste palce wieńczyły szpony. W niektórych miejscach skóra wyglądała tak, jakby zastąpiła ją szorstka łuska.

Ale najgorsza była dziwnie zmieniona twarz Erica. Każdy szczegół tego niegdyś przystojnego oblicza uległ przemianie, choć pewne charakterystyczne cechy pozostały, umożliwiając identyfikację. Jednakże zdeformowały się kości – były teraz albo szersze i bardziej płaskie, albo też węższe i bardziej zaokrąglone, a wokół cofniętych oczu i wysuniętej szczęki wyraźnie węższe. Między brwiami pojawiła się szkaradna żłobkowana narośl, która wędrowała – malejąc – przez środek głowy.

– Rachael – odezwał się Eric.

Miał niski, drgający i chrapliwy głos. Rachael wyczuła w nim ponurą, nawet melancholijną nutę.

Na jego szerszym nieco czole rosły dwie bliźniacze stożkowate wypukłości, które w przyszłości miały zapewne stać się rogami wielkości kciuka. Gdyby szorstka łuska widoczna na jego dłoniach nie pojawiła się również na twarzy, a skóra na szyi i karku nie zgrubiała, jak u każdego gada, to rogi nie miałyby sensu. Występowały one u niektórych jaszczurek i może w pewnych okresach odległych początków ludzkości – choć wydawało się to nieprawdopodobne – także u niektórych gatunków zwierząt ziemnowodnych. Pozostałe elementy strasznej twarzy Erica były ludzkie lub może bardziej – małpie. Rachael zaczęła niejasno przeczuwać, że w Ericu skupiły się dziesiątki milionów lat genetycznego dziedzictwa, że każdy stopień ewolucji walczył teraz o dominację w jego organizmie; dawno zapomniane formy życia w całej swej mnogości prowadziły walkę o powrót do świata przyrody, jakby komórki Erica zdolne były pomieścić ich materiał genetyczny.

– Rachael – powtórzył, ale nie ruszył się z miejsca. – Chcę… Chcę…

Zdaje się, że nie mógł znaleźć słów, by dokończyć myśl, a może po prostu nie wiedział, czego chce.

Rachael też stała jak wryta, częściowo dlatego, że paraliżował ją strach, częściowo zaś z chęci zrozumienia, co się z nim stało. Jeśli istotnie wielość gatunkowych pamięci wewnątrz materiału genetycznego pchała go w przeciwnych kierunkach, jeśli rozwój zmierzał w stronę jakiegoś podludzkiego stanu świadomości, w którym obecny wygląd i intelekt zachowałyby dominację nad życiem komórkowym, to wtedy każda zmiana wewnątrz jego organizmu byłaby funkcjonalna, a jej cele w oczywisty sposób związane z tą lub inną przedludzką formą. Ale to chyba jednak nie zachodziło. Pulsujące żyły na jego twarzy, guzowate narośle i różne wklęśnięcia wyglądały na przypadkowe, nie występujące u żadnej ze znanych istot na drabinie ewolucji. To samo dotyczyło garbu na plecach Erica. Rachael podejrzewała, że – oprócz walczących ze sobą o dominację różnych form – także zmutowane geny czyniły w organizmie Erica nieuzasadnione zmiany lub pchały go w stronę jakiejś obcej formy życia, znacznie odbiegającej od gatunku ludzkiego.

– Rachael…

Miał niezwykle ostre zęby.

– Rachael…

Szaroniebieskie tęczówki jego oczu nie były już okrągłe, lecz wydłużyły się, przypominając teraz owalne, pionowo ustawione tęczówki węży. Nie były to całkowicie oczy węża, gdyż przemiana jeszcze się nie zakończyła, ale już znacznie różniły się od ludzkich oczu.

– Rachael…

Jego nos zapadł się jakby w głąb twarzy, wskutek czego bardziej wyeksponowane były nozdrza.

– Rachael… proszę… proszę…

W patetycznym geście podniósł w jej stronę mocarną łapę, a w jego chrapliwym głosie wciąż pobrzmiewała nuta żałości i litowania się nad sobą. Ale pojawił się w nim też nowy akcent, wyraźniejszy nawet niż ton miłości i pożądania, który jego samego jakby zdawał się zdumiewać nie mniej niż Rachael.