Gdy w końcu zachciało mu się spać, zrobiło się chłodno, toteż wyjął z bagażnika strzelbę owiniętą w koc i razem z nią umościł się na leżaku. Dobrze się czuł, mając ją pod ręką. Będą spali razem otuleni jednym kocem.
W garażu był bezpieczny, mógł spokojnie zasnąć.
– Potrzebujesz snu – szeptała Annie.
Obudziwszy się, poznał po cieniach, że nadchodzi wieczór. Przespał cały dzień. Wstał, poszedł pod prawą ścianę garażu, otworzył drzwi do maleńkiej łazienki, w której mieściła się także toaleta.
Nad umywalką wisiało lustro. Ned spojrzał na siebie i zobaczył zaczerwienione oczy oraz zarost na policzkach. Ogolił się nie dalej jak wczoraj, a już miał doskonale widoczną brodę. Kładąc się poprzedniego wieczora, poluzował krawat i rozpiął górny guzik koszuli, ale chyba powinien był zdjąć garnitur. Teraz pogniecione ubranie wyglądało nieporządnie.
Co za różnica? – spytał sam siebie.
Spryskał twarz zimną wodą i spojrzał w lustro ponownie. Odbicie było niewyraźne. Zamiast swojej twarzy widział na zmianę raz oczy Peg, raz oczy pani Morgan. Szeroko otwarte, wytrzeszczone i przerażone. Wtedy, kiedy każda z nich już wiedziała, co się z nią stanie. Kiedy zrozumiała, że przyszedł ją wykończyć.
Za wcześnie jeszcze na jazdę do Greenwood Lake. Jeśli wyruszy z garażu o dziesiątej, to na miejsce dotrze mniej więcej kwadrans po jedenastej. Zeszłego wieczora, gdy czekał na powrót Harników do domu, nie zachował się zbyt rozsądnie, krążąc po okolicy. Gliniarze mogli zwrócić na niego uwagę.
Napój nie był już zimny, ale mu to nie przeszkadzało. Zjadł chipsy i zaspokoił głód. Nie potrzebował chleba, masła orzechowego ani nawet płatków. Włączył radio samochodowe, odszukał stację nadającą wiadomości. Ani o dziewiątej wieczorem, ani pół godziny później nie było słowa o znalezieniu martwej wścibskiej właścicielki domu w Yonkers. Pewnie gliniarze zadzwonili do drzwi, a ponieważ nie otwierała i samochodu nie było w garażu, doszli do wniosku, że gdzieś pojechała.
Jutro nie zrezygnują tak łatwo. W dodatku jutro jej syn zacznie się zastanawiać, dlaczego tak nagle zamilkła. Ale to będzie jutro.
Za piętnaście dziesiąta przesunął w górę drzwi garażu. Na zewnątrz zrobiło się chłodno, ale był to miły chłód, jaki nastaje po bardzo ciepłym, słonecznym dniu. Postanowił przejść się kawałek, by rozprostować nogi.
Ruszył ścieżką między drzewami, potem przez ogród. Dalej był basen.
Raptem stanął.
Co to?
Spod opuszczonych żaluzji domku dla gości wdzierały się w mrok smugi światła. Ktoś był w środku.
Na pewno nie ci, którzy tutaj dawniej mieszkali. Oni chcieliby wstawić wóz do garażu.
Przemykając od cienia do cienia, minął basen, obszedł rząd iglaków i ostrożnie, krok po kroku zbliżył się do domku dla gości. Jedna z żaluzji w bocznym oknie pozostała nieco uniesiona. Zachowując się tak cicho jak wówczas, gdy w lesie czatował na wiewiórki, Ned podkradł się do tego okna i zajrzał do środka.
Na kanapie zobaczył Lynn Spencer z drinkiem w ręku. Naprzeciwko niej siedział ten sam facet, którego widział na podjeździe tamtej nocy, gdy podpalił dom. Nie słyszał rozmowy, ale po wyrazie ich twarzy poznał, że się czegoś bali.
Gdyby wyglądali na szczęśliwych, natychmiast wróciłby po strzelbę i wykończył ich na miejscu, od ręki. Tymczasem podobał mu się ich strach. Szkoda, że nie słyszał, o czym rozmawiali.
Lynn wyraźnie miała zamiar zostać w domku jakiś czas. Ubrana była w spodnie i sweter, takie ciuchy, jakie bogaci ludzie noszą poza miastem. Niedbale. Tak oni to nazywali. Annie czytała o tych „niedbałych” ubiorach i śmiała się w głos.
– Ja to się dopiero ubieram niedbale! Mam byle jaki fartuch do noszenia tac, wkładam dżinsy i t-shirty, kiedy sprzątam, a jak się zajmuję ogrodem, no to wtedy już jestem ubrana wyjątkowo niedbale!
Zasmuciło go to wspomnienie. Kiedy stracili dom w Greenwood Lake, Annie wyrzuciła grube rękawice ogrodnicze i wszystkie narzędzia. Nie słuchała, gdy wciąż na nowo powtarzał obietnice, że kupi jej nowy dom. Tylko ciągle płakała.
Odwrócił się od okna. Było już późno. Lynn Spencer nie wróci dziś do domu. Jutro też tutaj będzie. Na pewno. Czas jechać do Greenwood Lake i zająć się sprawami zaplanowanymi na tę noc.
Drzwi od garażu otworzyły się bezszelestnie, brama też nie wydała żadnego dźwięku. Para w domku dla gości nie miała pojęcia, że ktoś w ogóle tutaj był.
Wróciwszy trzy godziny później, Ned wstawił samochód do garażu, zamknął drzwi i położył się na leżaku, razem z bronią. Czuć ją było prochem – cudowny zapach, przywodzący na myśl ogień na kominku. Objął strzelbę, naciągnął koc, opatulił i ją, i siebie, a potem kołysał się lekko, aż zrobiło mu się ciepło i poczuł się bezpiecznie.
42
Reid i Susan Barlowe mieszkali w domku z białej cegły, postawionym na prześlicznej działce graniczącej z cieśniną Long Island. Do samego domu prowadził kręty podjazd. Casey wysadził mnie przed drzwiami punktualnie o piątej. Miał na mnie zaczekać u przyjaciela Vince’a Alcotta, mieszkającego po sąsiedzku.
Otworzył mi Reid Barlowe, przywitał mnie z kurtuazją i zaprosił do pokoju słonecznego, gdzie czekała jego żona.
– Lubimy patrzeć stamtąd na rzekę – wyjaśnił, prowadząc mnie przez hol.
Gdy weszliśmy, Susan Barlowe akurat ustawiła na stoliku do kawy tacę z kubełkiem lodu oraz trzema wysokimi szklankami. Przedstawiliśmy się sobie wzajemnie i poprosiłam ich, by mnie nazywali Carley. Trochę mnie zdziwił ich wiek, na pewno nie przekroczyli sześćdziesiątki. Reid miał czarne włosy dość gęsto przetykane srebrem, natomiast Susan w dalszym ciągu pozostawała ciemną blondynką, leciutko tylko przyprószoną siwizną. Oboje byli przystojni, wysocy i smukli, o pięknych rysach twarzy, zdominowanych przez ogromne oczy. On miał brązowe, ona – niebieskoszare. U obojga czaił się w źrenicach smutek. Nie wiedziałam, czy po stracie córki, która zmarła pięć lat temu, czy po śmierci byłego zięcia, Nicholasa Spencera.
Pokój słoneczny w pełni zasługiwał na swoją nazwę. Popołudniowe słońce sączyło się do wnętrza, dodając ciepłego blasku żółtemu kwiecistemu wzorowi poduszek na wiklinowej kanapie i fotelach. Ściany i podłoga z białego dębu oraz długa skrzynka z kwiatami, biegnąca wzdłuż okien balkonowych dopełniały wrażenia połączenia ogrodu z domem.
Gospodarze nalegali, bym zajęła miejsce na kanapie, z której roztaczał się imponujący widok na cieśninę Long Island. Sami usiedli w dwóch najbliższych fotelach. Z przyjemnością przystałam na szklaneczkę mrożonej herbaty, a potem dłuższą chwilę siedzieliśmy wszyscy w milczeniu, oceniając się wzajemnie.
Podziękowałam państwu Barlowe za zaproszenie i na zapas przeprosiłam, jeśli jakieś moje pytania wydadzą im się obcesowe lub przykre.
W pewnej chwili odniosłam wrażenie, że zaraz zaczną, się schody. Gospodarze wymienili spojrzenia, a potem Reid Barlowe wstał i zamknął drzwi pokoju.
– Na wypadek gdybyśmy nie usłyszeli, że Jack wrócił do domu – wyjaśnił, siadając ponownie. – Lepiej, żeby nie słyszał naszej rozmowy.
– Jack oczywiście nie podsłuchuje – dodała pośpiesznie Susan Barlowe. – Biedne dziecko, jest całkiem zagubione. Uwielbiał Nicka. Bardzo cierpiał, słysząc o śmierci ojca, a kiedy wreszcie się z tym uporał, zaczęły się te wszystkie domysły. Teraz bardzo chce uwierzyć w jego ocalenie, ale z drugiej strony, pojawiłoby się wówczas pytanie, dlaczego Nick milczy.
Zdecydowałam się postawić na szczerość.
– Państwo wiedzą, że jestem przyszywaną siostrą Lynn Spencer – powiedziałam.